03.04.2015

Podziękowania

muzyka
I'll come back when you call me
No need to say goodbye
~ Regina Spektor - "The Call"


        Nic nie ma końca. Opowiadania nie kończą się na tym, że ktoś umiera i tym samym zabiera ze sobą wszystko. Pozostają bliscy, którzy nadal tutaj są, nadal czują. Nadal tworzą.
        Widzicie, moja przygoda z tym blogiem dobiegła końca. I będę tutaj szczera, gdy napisze "Nareszcie". Nie czułam tej historii, ona we mnie nie żyła. Nie zatracałam się w wątkach, nie myślałam na lekcjach co napiszę w następnym rozdziale, nie potrafiłam tego zrobić. Sama fabuła przyszła znikąd, spisałam ja na kartce i po prostu pisałam według punktów. Inspirowałam się na początku "Cieniem", później całkowicie zmieniłam bieg wydarzeń, bo uznałam, że to nie moje klimaty. Jeszcze na etapie tworzenia zamieniłam bohaterów, bo na początku miała to był obsada z House of Anubis. Na koniec zostali tylko Brad i Ana. Czekałam tylko na to, żeby jak najszybciej skończyć to opowiadanie.
        Musicie wiedzieć, że od czasu opublikowania prologu do teraz, gdy to pisze, jestem zupełnie inną osobą. W ciągu ostatnich miesięcy znalazłam powody, dlaczego czuję się taka nieszczęśliwa, co mnie ogranicza i co muszę zmienić. Po prostu wyłączyłam Twittera i zaczęłam myśleć nad swoim życiem. Ale o tym odrobinę późnień.


Żaden dzień się nie powtórzy, 
nie ma dwóch podobnych nocy, 
dwóch tych samych pocałunków, 
dwóch jednakich spojrzeń w oczy. 
~ Wisława Szymborska - "Nic dwa razy"


Wiele osób przyczyniło się do tego, że to opowiadanie powstało. Chciałabym im tutaj podziękować. Być może nie wymienię wszystkich i niektórzy poczują się urażeni. Ale przynajmniej spróbuje.
        Klaudia. Wiesz jak bardzo cię kocham. Wiesz, jak bardzo mi na Tobie zależy. Zawsze byłaś przy mnie, choć nawet tego nie oczekiwałam. Nie wiem co napisać. Poważne. Więc po prostu podziękuje. Dziękuje ci za to, że zawsze mogłam do Ciebie napisać w każdej sprawie. Że starałaś się wczuć w moja sytuacje, pomóc mi najlepiej jak potrafiłaś. I nawet nie wiesz, jak bardzo wtedy mi pomagałaś. Wydawało ci się, że tak naprawdę nic nie zrobiłaś. Owszem, zrobiłaś. Po prostu byłaś. Nawet gdy chciałam sobie przerwę od pisania tej historii, dałaś mi czas i radziłaś. Wiedziałaś, że to dla mnie trudne. A jednocześnie widziałaś, że i tak nie odejdę, bo znasz mnie tak dobrze, że czasami jest to przerażające. Nigdy się nie spotkałyśmy. Ale w końcu się nam uda, rzucimy sobie w ramiona i będziemy płakać milcząc, i w ten sposób powiemy sobie wszystko.
        Wiktoria. Poznałyśmy się przez to, że napisałam jak bardzo nie lubię sprzątać w swoim pokoju. Do tego czasu nic się nie zmieniło. Nadal tego nienawidzę robić. Tobie też dziękuje. Za to, że mogłam się  ciebie zwrócić w trudnych sytuacjach, że pocieszałaś mnie kiedy łzy lały się tak bardzo, że nie mogłam ich powstrzymać. Nadal liczę na wspólne jedzenie arbuza. Bądź silna kochanie.
        Dagmara. Nie utrzymujemy ze sobą kontaktu od października. Chyba żadna z nas nie próbuje. Poszłyśmy innymi drogami. Może dobrze, że odbyło się to bez płaczu i ckliwych pożegnań. Na początku, gdy zaczęłam pisać to opowiadanie, wysyłałam ci rozdział do sprawdzenia i oceny. Dziękuje ci za to, że poświęcałaś mi czas, choć nie musiałaś. Bądź szczęśliwa, idąc swoja drogą, teraz już beze mnie.
        Ewelina i Karolina. No cóż. Jesteście bo siostry muszą ze sobą wytrzymywać. Dziękuje Wam. Karolinie za użyczanie komputera, gdy chciałam pisać, a ten główny był zajęty. Obie się nie interesujecie, co ja stukam w tą klawiaturę przez trzy godziny. Ewelina jako pierwsza poznała zakończenie przed finałem. Gdy powiedziałam, że Ariana wyjdzie cała i zdrowa, Ashton zwieje bez pożgania do Australii, Chloe do Ameryki, a Brad zapadnie w śpiączkę po wypadku samochodowym odpowiedziała: "Nie, tylko nie Braduś. Albo zabijasz wszystkich, albo nikogo."
        Droga mamo i tato. Tak w sumie to ciesze się, że nie macie pojęcia o tym, co pisze, jak pisze i po co piszę. Ale dzięki Wam nie byłabym tutaj. I dzięki, że jeszcze ze mną nie zwariowaliście i nadal płacicie za internet.
        Droga klaso, oddział FT w rokach 2014/2018. Dziękuje, że dzięki Wam odzyskałam chęć wstawania rano i udania się do szkoły, do klasy, gdzie czuje się lubiana i rozumiana. Nie zamieniłabym Was na nikogo innego, chociaż czasem czuję, że zaraz walnę każdego po kolei patelnią. Ale te sytuacje ginął w gąszczu dobrych wspomnień. A to dopiero początek, jeszcze przed nami trzy lata. Jesteście najlepsi.
        Wiktoria. Dziękuje ci, że jako jedna z pierwszych komentowałaś "Winnego" i czekałaś z niecierpliwieniem na rozdział. Życzę ci, żebyś spełniała marzenia i pisała dalej, robiąc to co kochasz. 
        Julio . Chyba jesteś jedną z tych nielicznych osób, które przeżywają to, że opowiadanie się wreszcie skończyło. Dziękuje, że oczekiwałaś z takim niecierpliwieniem nowych rozdziałów.
        Twitterze. Wszyscy ludzie z Twittera. Gdyby nie Wy, ten blog by się nigdy nie rozkręcił. to wy byliście tym paliwem, dzięki któremu to wszystko ruszyło z miejsca. Jesteście niesamowici. Życzę Wam szczęścia i każdego dnia przeżytego jak najlepiej.
        No i przechodzimy do tej najtrudniejszej części.

(...) lepiej tracić niż nigdy nie spotkać.
~ Clive Staples Lewis – Cztery miłości

        
        Teraz chciałabym podziękować szczególnym osobom, bohaterom tego opowiadania, ludziom, których nazwiska i imiona wykorzystywałam wiele razy w rozdziałach. A mianowicie Bradowi, Arianie, Ashton'owi i Chloe. Byliście inspiracją. Wasza twórczość, sposób w jaki poprawialiście mi humor... To było wspaniałe, gdy po długim dniu, siadałam, włączałam sobie Waszą muzykę bądź oglądałam filmy z Waszym udziałem. Byliście dla mnie wszystkim, kiedy nie miałam nic. Inspiracją, pociechą, jedyną nadzieją...
        Ale jak mówiłam na samym początku, zaczęłam myśleć. Przeczytałam jedną, mega inspirująca książkę i zrobiłam to, co nakazała autorka. Wsłuchałam się w głos w swojej głowie, poszukałam źródła wszelkiego smutku. No i go znalazłam. Nie potrafię sobie wybaczyć. Rozgoryczenie swoją przeszłością, swymi błędami... Wiem, że gdybym mogła przenieść się w czasie, wymazałabym kilka bolesnych dla mnie decyzji.         A potem zadałam sobie pytanie, kiedy to wszystko zaczęło się psuć. Kiedy stałam się tak wrażliwa, że każda obelga była niczym nóż wbijany w moje serce.
        I znalazłam odpowiedź. Odkąd założyłam Twittera, znalazłam idoli stałam się marną imitacją swojego życia. Uwielbiałam okres tych dwóch lat, kiedy moje spadało na drugi plan, a ich grało pierwsze skrzypce w mojej szarej codzienności. A potem zaczęły się problemy. Zbyt bolesne dla mnie, żeby je tu opisywać. Błędy innych ludzi, moje błędy. A oni zawsze byli ze mną. Skupiałam się na nich, nie na sobie. I to mnie zniszczyło. Nie szukałam siły we własnej osobie, tylko w ich głosach. Mówię tutaj głównie o Bradzie. Wypłakałam z nim wiele godzin, wyśmiałam tyle samo. Dzięki niemu poznałam moją kochaną Klaudię, Wiktorię... I dziękuje Bogu za to, że tak się stało, bo zyskałam ludzi, do których mogę napisać zawsze.
        Tylko że na zawsze w odniesieniu do idoli, trwało zdecydowanie dla mnie za krótko.
        Mam dziennik. Pierwszy post napisałam w sierpniu, a później o nim zapomniałam. Potem stało się coś, że miałam za dużo myśli w głowie. Po raz pierwszy nie włączyłam Twittera, tylko wzięłam zeszyt i zaczęłam pisać. I tak mi zostało. Po części dlatego, że wiedziałam, że nie mogę sobie pozwolić na lenistwo wśród natłoku obowiązków i sprawdzianów, a zeszyt otwiera się szybciej niż włącza mój komputer. No i wpadałam coraz częściej w melancholie, zastanawiając się, dokąd ja właściwie chce dojść. I co ja właściwie robię? I po co to robię?
        Wiecie, jak się spostrzegłam, że nie kocham już Brada tak mocno jak wcześniej? Jak doszłam do tego, że te, teraz już trwające trzeci rok uczucie się wypaliło? Nie czułam już ciepła w mojej piersi, kiedy go słuchałam. Nie macie pojęcia, ile łez wylałam, pytając się Boga "dlaczego" i dochodząc do wniosku, że mój czas naszedł. Wiedziałam, że kiedyś odejść, ale myślałam, że to będzie później. Okłamywałam samą siebie przez pełne trzy miesiące, zanim dobyłam się na odwagę i powiedziałam to głośno, patrząc sobie w oczy i mówiąc " Pora, żebyś ruszyła w drogę bez niego". Jeszcze nigdy słowa, że z Fandomu nie da się odejść, nie wydawały mi się tak prawdziwie. Dotąd wiedziały o tym tylko Klaudia i Wiktoria.


Żad­na wiel­ka miłość nie umiera do końca.
~ Jonathan Carroll - Poza ciszą

        Jestem cholernie wdzięczna za te lata spędzone w fandomach i na Twitterze. Poprawiłam swój angielski ( okay, nauczyłam się angielskiego), poznałam niesamowitych ludzi... Ale pora się rozstać. Nie odchodzę. Po prostu ograniczam. Klaudia jest gotowa przejąc większość administratorskiej pracy na Brad Kavanagh Poland na swoje barki, co i tak robi od dawna, bo ja już straciłam do tego całe serce. Na Twittera też nie będę wpadać zbyt często. Ogólnie, daje sobie spokój z internetem. Zbyt bardzo mnie uzależnia. Chce się skupić na sobie. Zacznę znów ćwiczyć, bo się rozleniwiłam i we wrześniu znów spróbować w szkole modelek działającej w moim technikum. Od dawna dołączyłam do teatru szkolnego i zamierzam naprawdę pokazać tam klasę, co jest możliwe tylko przez pracę. Chce również mieć jeszcze lepsze wyniki w nauce. Na wakacjach zapisałam się na staż. Dodatkowo będę angażowała się w szkolne życie, już mam kilka propozycji, takich jak wystawianie mojej sceny sztuki na dniach otwartych, kręcenie w hotelu scenek po niemiecku. Podczas tego całego życia, nie będę mieć wolnego czasu.

Tworząc książkę, autor pisze list do siebie sa­mego po to, 
by opo­wie­dzieć so­bie rzeczy, o których inaczej by się nie przekonał.
~ Carlos Ruiz Zafon

        Bez pisania będę nikim. Nie mam innego talentu, niż spisywanie wydarzeń rozgrywających się w mojej szkole. Gitara jest miłym przerywnikiem, daje odprężenie po godzinie rozwiązywania równań matematycznych. Ale to pisanie daje mi wolność. Ostatnio się zagubiłam w tym wszystkim. Zatraciłam także radość tego, co robiłam. Gdy piszę, nie czuje ciepła w piersi, nie odczuwam tak głębokiej satysfakcji. Pora na przerwę, nie wiem jak bardzo długą. Dlatego ogłaszam, że po "Winnym" nie opublikuje już żadnego nowego fanfiction. Kończę z publikowanym pisaniem na jakiś czas. Może nawet i na rok. Podczas tych miesięcy muszę się zastanowić, posłuchać własnych rad i wziąć swoje życie we własne ręce. Przerwać monotonie. Nie zamierzam jednak z tego rezygnować. Posłucham Was i nie "zmarnuje takiego talentu". Nie będę publikowała opowiadań, tylko pisała do szuflady. Mam kilka pomysłów, według mnie ciekawych. Może kiedyś wrócę. Może już nie jako Joylitte... Pod innym pseudonimem. Nie wiem. Naprawdę.

Kochać to także umieć się roz­stać.
~ Vincent van Gogh

        Dziękuje Wam wszystkim za wsparcie, jakie mi udzielaliście. To było piękne czytać wszystkie komentarze, zdobywać wysokie noty... Będę za tym tęsknić. Ale z każdą decyzją zyskujemy coś innego. Dziękuje Wam za każde przeczytane zdanie, za słowa uznania i krytyki, za każdą otartą łzę.
Pora się uściskać i życzyć sobie wszystkiego najlepszego.

Niestety to chyba koniec. Już tu nie wrócimy.
Nie wrócimy?
Wy dwoje tak. Przynajmniej tak mi się wydaje.
Ale czemu? Oni zrobili coś złego?
Wręcz przeciwnie, najmilsza. Ale wszystko ma swój czas. Twój brat i siostra nauczyli się już w Narnii. Pora rozpocząć dorosłe życie.
Nie martw się. Inaczej to sobie wyobrażałem. Ale nie szkodzi. Kiedyś przyznasz mi racje.
~ Opowieści z Narnii. Książę Kaspian (film)


        Może się ze mną nie zgodzicie. Ale przyjdzie taki czas, że przyznacie mi racje. Życzę Wam, żeby to nie było tak bardzo bolesne tak jak dla mnie. Zacznijcie spełniać swoje marzenia, zanim zrobią to inni. Kocham Was. Nigdy nie przestane.

Żegnajcie.

01.04.2015

Epilog


Wiele chciałabym Wam powiedzieć, ale naprawdę nie mam pojęcia jak zacząć pierwsze zdanie. By nie zanudzić Was gadaniną typu " Było ciężko, jest ciężko, ale wracam do względnej normalności".
A z resztą, co mi szkodzi.
Kopnęłam kamyk, chowając dłonie w kieszenie swetra. Był pochmurny, typowy londyński dzień. Zmierzałam w stronę szpitalu, z nieobecnym wzrokiem wbitym w szary chodnik, myślami błądząc po krainach mojego umysłu i wymyślając sytuacje, które nigdy się nie wydarzą. Kątem oka spostrzegłam, że ktoś za mną idzie i uważnie mnie obserwuje. Westchnęłam w duchu i podążyłam dalej swoją drogą.
Ostatnie miesiące były trudne. Ciągłe przesłuchania, rozprawy... Posłuchałam Chloe i powiedziałam, że wszystko już sobie przypomniałam. Po prostu udałam, że znów uderzyłam się w głowę, po czym oświadczyłam, że pamiętam każdy, nawet najdrobniejszy szczegół. Po wstępnym przesłuchaniu poleciałam do dziadków na Florydę, żeby odpocząć. Odwiedziłam grób mamy i tam, wybaczając sobie i innym wszystko, wróciłam do Londynu. Śledztwo było niczym w porównaniu z tym całym bagnem, w który wpadłam już dawno. Byłam przypadkiem jednym z wielu, a dzięki Mortez mieli mnóstwo materiałów dowodowych, które sobie w spokoju badali i z dumą przyznawali, że zrobili wielki krok w postępowaniu. Za każdym razem, gdy mówili o tym w radiu, wyłączałam je.
Zostałam otoczona opieką psychiatry. Znaczy się, próbowali mnie ją otoczyć. Pewnego dnia przyszła do mnie mama Any i poprosiła, żebym się ubrała i poszła z nią do poradni. Nie potrafiłam jej odmówić i buntować zaczęłam się dopiero w poczekalni, gdzie strącałam jej rękę z ramienia i mruczałam wściekłym głosem:
-Po cholerę mi jakaś terapia, nie jestem psychiczna...
-Kochanie - zaczęła zaniepokojona, gdy mój głos stał się głośniejszy i ludzie zmierzali mnie zdegustowanym spojrzeniem - Dużo przeszłaś, to dla twojego dobra.
Prychnęłam i jak na rozkaz otworzyły się drzwi gabinetu i zaproszono mnie do środka. Usiadłam na sofie a na przeciwko mnie psychiatra, pedagog czy cholera tam wie kto. Zaczął pieprzyć, że wie jakie to trudne, że dużo przeszłam i to zrozumiałe, że najpierw nie będę chciała się otworzyć, ale z czasem mi się to uda.
-Musisz po prostu zrozumieć, że tak już musiało być, zaakceptować i przyjąć to, co dał ci los. Takie było twoje przeznaczenie...
-Przeznaczenie jest dla takich nieudaczników jak pan, którzy nie biorą swoje życia we własne ręce i czekają na cholerny cud, który nigdy się nie wydarzy.
W duchu przeżyłam chwilę satysfakcji, gdy ujrzałam jego zmieszana minę. Po czym znów zaczął swoje, a ja nawet nie trudziłam się, by udawać, że go słucham. Mi to wszystko nie było potrzebne. Tak samo ochrona, którą zorganizowała mi policja, sąd i inne państwowe instytucje. Tak trudno było im zrozumieć, że chce żyć normalnie i zapomnieć o tym wszystkim?
Tylko Ana w tym całym zamieszaniu była moją jedyną pociechą. Postawiła sprawę jasno i spytała się, jak ma się teraz zachowywać. Czy ma dać mi spokój i odejść, czy rozmawiać ze mną o tym, czy też po prostu być i udawać, że to wszystko było nocnym koszmarem, który nie wpłynął na nasze życie. Wybrałam opcję trzecią, czasem przeskakiwałam na drugą. Tak też Ana podsunęła pomysł dodawania filmów na YouTube jak śpiewam. Uznała, że mam dokonały głos i mogę coś osiągnąć. Nadal się waham, czy dodać cover, który nagrałam niedawno, czy dać temu zwariowanemu pomysłu spokój. Sława chyba nie jest dla mnie, choćbym nie wiadomo jak była utalentowana.
Nie zamknęłam się w domu i nie płakałam całymi dniami i nocami. Zbyt długo byłam sama, bez towarzystwa innych ludzi. Darowałam sobie tylko imprezy, bo ochota na zabawę i alkohol całkowicie mi przeszła.
Dużo natomiast myślałam o tym, co powiedziała mi Chloe podczas naszego ostatniego spotkania. Ostatnio dostałam kartkę z Nowego Jorku. Od Grace McCoy. U niej wszystko w porządku. Zaczynała od nowa, dostała się na studia i zapewne jest tam najlepsza na swoim roku, jeśli nie na całej uczelni.
Ashton zniknął z mojego życia równie niespodziewanie jak się w nim pojawił.
Wbiegłam po schodach prowadzącym do szpitala i pchnęłam drzwi. W moje nozdrza uderzył dobrze znany zapach.
Brad obudził się pięć dni temu. Leżał w śpiączce ponad cztery miesiące. Prawie wszyscy stracili nadzieje, że coś się zmieni. Wszyscy prócz jego brata, babci... i mnie. Gdy na własne życzenie wypuszczono mnie z szpitala, przychodziłam tu codziennie, by go odwiedzać. Jego i tatę.
Nauczyłam się czegoś. Nie tylko tego, żeby na imprezach uważać na swoje napoje, ale również czegoś o naszym losie. Nie należny czekać na cud i prosić Boga, żeby  w naszym życiu się coś stało. Nie lepiej samemu przerwać tą szarą monotonię? Wypłakać się za wszystkie czasy, wypłakać ten ból, którzy inni ludzie nam zadali i który sami sobie zadaliśmy niewłaściwymi decyzjami... i po prostu sobie wybaczyć.
Wbiegłam na piętro, gdzie mieścił się oddział, na którym leżał Brad.
Ludzie biegali. Pielęgniarki coś wykrzykiwali, policja kręciła się po korytarzu. Nikt nie zwracał na mnie uwagi, gdy szłam oszołomiona do jego pokoju. Nic nie rozumiałam. Dopiero słowa pielęgniarki tłumaczącej funkcjonariuszowi co się stało, sprawiło, że w mojej głowie wszystko stało się jasne.
Zajrzałam do pokoju przez uchylone drzwi.
-No po prostu... wieczorem jeszcze tu leżał... a dzisiaj jak przyszłam, to już go nie było...
Łóżko było puste.
"Co zrobisz, kiedy to wszystko się skończy?"
Wszystko będzie dobrze. Obiecuje. A ja obietnic dotrzymuje.
Gdy tylko to powiedziała, powiedziałem sobie, że muszę cię chronić.
Oni nie ścierpią tego, że winny zostanie na wolności.
"Wyjadę. Sam."
Moje usta rozciągnęły się w smutnym uśmiechu. Kolejna cześć mnie odeszła bez pożegnania. Bolało. To tak, jakbyś darzył kogoś uczuciem przez wiele lat i niedawno sobie zdał sprawę z tego, że już go nie kochasz. Te łzy, gdy sobie to uświadamiasz, gdy wmawiasz sobie, że przecież coś tak wielkiego, silnego i pięknego nie może skończyć się rozstaniem. Ale tak jest. I z każdą blizną stajemy się silniejsi, dojrzalsi... Dostałam to, czego chciałam. Życie, bez osób, które zaprowadziły w nim chaos. Ale myślę, że nie odeszły tak naprawdę. Zostanie jakiś ślad. Zawsze zostaje. Pozostaną myśli, do których mogę powrócić. To tak jak przypomnieć sobie czasy, znajdując starą fotografię w wytartych, niemodnych jeansach. Z jednej strony żałujemy, że to minęło, a z drugiej strony to lepiej, bo dzięki tym zdarzeniom jesteśmy tymi osobami, które jesteśmy. Każda decyzja nas tworzy. Problem pojawia się wtedy, gdy sobie tego nie uświadomimy. Gdy nie zaakceptujemy siebie, swoich decyzji i swojej przeszłość. Ja się tego uczę. Wy też powinniście. Zróbmy to razem.
Nie bądźmy więźniami własnego umysłu.

28.03.2015

Rozdział 19

Dla wszystkich, 
którzy pozostali ze mną do końca


-Ariana, słyszysz mnie?
Znajomy głos przebił się przez gęstą mgłę, którą wytworzył mój umysł do zablokowania bodźców zewnętrznych. Chętnie trwałabym dłużej w tym stanie, ale to nie było mi dane. Budziłam się. Fala przerażenia i obaw, co będzie jeśli otworzę oczy, zalała mnie, odpierając możliwość poruszania którąkolwiek kończyną. Tępy, pulsujący ból z tyłu głowy... Jednocześnie był on łagodzony przez chłód... Pewnie lód. To dokładnie tam musiała upaść kula śnieżna, którą na siebie zrzuciłam. Wszystko zaczęło mi się mieszać.
Wciągnęłam głęboko powietrze i zdecydowałam się otworzyć jedno oko. To nie był dobry pomysł. Zawroty w głowie stały się intensywniejsze, gdy do mojej siatkówki  dopłynęły kolory, gryzące i mącące zmysły.
Leżałam na kanapie. Nogi miałam położone na poduszkach, tak samo jak głowę. Ktoś musiał położyć mi na głowę zimny kompres z lodu, bo woda skapywała z niego i biegła po mojej szyi, wywołując nieprzyjemny dreszcz.
Jeszcze raz otworzyłam oczy, tym razem powoli, przygotowana na wszystko. Kształty były rozmazane, jakbym założyła zbyt mocne okulary. Zamrugałam parę razy i obraz się wyostrzył. W pomieszczeniu było pełno funkcjonariuszy policji. Zabezpieczających przedmioty, zbierających odciski palców... Byłam kompletnie zdezorientowana, co tu się dzieje i jakim prawem dotykają rzeczy, które do nich nie należą.
Potem napotkałam wzrok niebieskich oczu, niezwykle troskliwych i znajomych. Łzy stanęły mi w gardle. Kosztowało mnie dużo wysiłku, alby się nie popłakać ze szczęścia.
-Pan Mulvoy-Ten? - spytałam cicho, próbując wstać. W głowie mi zawirowało. - Co się stało?
-Leż spokojnie - nakazał mi. - Dostałaś dość mocno w głowę. To szczęście, że nic poważnego ci się nie stało.
Coś mi się nie zgadzało. Przecież ojciec Any był chirurgiem, a nie lekarzem jeżdżącym z policją. Położyłam się posłusznie z powrotem i utkwiłam wzrok w suficie. Po chwili jednak stwierdziłam, że lepiej żeby panowała ciemność i moje powieki opadły.
-Gdzie jest mój tata? - zapytałam głucho.
Ktoś odchrząknął. Nie spodobało mi się to.
-Ariano, musimy zadać ci parę pytań.
Otworzyłam oczy. Zaczynający siwieć funkcjonariusz stał nade mną z poważną miną. Po moich plecach znów przebiegł dreszcz, lecz nie miał nic wspólnego z lodowatą wodą, która wylewała się z prowizorycznego okładu. Ojciec Any wstał i złapał funkcjonariusza za ramie, po czym zerkając na mnie ukradkiem, odciągnął go ode mnie. Znów zamknęłam oczy, starając się wyłapać te słowa, na których mi zależało.
-Naprawdę sądzę, że to może poczekać - zaczął doktor - Dziewczyna dużo przeszła, musimy ja jak najszybciej odwieźć do najbliższego szpitala i sprawdzić, czy nie ma poważnych urazów głowy. Zdążycie ją jeszcze przesłuchać, podejrzewam że nie raz.
Ostatnie zdanie wypowiedział gorzkim tonem. Funkcjonariusz westchnął ciężko.
-Pan nie rozumie, że musimy zrobić to jak najszybciej? To wszystko jest... dziwne. Nieprawdopodobne. Jakby ktoś czekał tylko na odpowiedni moment. A dziewczyna wcale nie wygląda tak, jakby działa jej się krzywda.
-Nalegam - odpowiedział na to ojciec Any przez zaciśnięte zęby. Po kilku chwilach najwyraźniej policjant skapitulował, bo usłyszałam głos pana Jimmy'iego:
-Kochanie, dasz rady wstać? - powiedział, a ja otworzyłam oczy i ujrzałam wyciągniętą ku mnie rękę.
-Tak, myślę że tak - odrzekłam, łapiąc wyciągniętą dłoń, która zacisnęła się mojej ręce. Najpierw wstałam do pozycji siedzącej, zaciskając zęby. Kompres na głowę został na poduszkach. Potem powoli wstałam, a ramię mężczyzny zacisnęło się na mojej tali. Zrobiłam pierwszy krok, potem drugi. Funkcjonariusz ruszył za nami jak cień.
-Przynajmniej wiesz, kto cię uderzył? - zapytał z nadzieją w głosie, gdy znajdowaliśmy się w drzwiach, a pan Mulvoy-Ten spiorunował go wzrokiem. Poczułam chłody wiatr na twarzy.
-Ja... ja... - jąkałam się, nie mając pojęcia ,jak z tego wybrnąć. Zmarszczyłam brwi, jakbym usiłowała sobie przypomnieć, ale tak naprawdę szukałam rozpaczliwie rozwiązania.
-Nie pamiętasz? - zdziwił się policjant, po czym zwrócił się do lekarza - Amnezja?
-Całkiem możliwe - odmruknął w odpowiedzi. Wolną ręką otworzył drzwi radiowozu i pomógł mi usiąść na tylnym siedzeniu. Zapiął mnie pasami, a ja z ulgą przyjęłam to, że mogłam usiąść - Proszę nas zawieść do szpitala.
Amnezja. Tak oczywista przykrywka, że nawet o niej nie pomyślałam. Wystarczy mówić "nie pamiętam: i z głowy. Skłamać. Przynajmniej przez jakiś czas. Zdawałam sobie sprawy, że to złe. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że nie pisnęłam ani słowa, więc nie skłamałam. Po prostu nie zdemaskowałam niedomówienia. Silnik zamruczał. Po chwilę sunęliśmy po wiejskiej drodze, potem wjechaliśmy na asfalt, co powitałam z ulgą, bo od podskoków samochodu robiło mi się niedobrze.
Jechaliśmy może z pół godziny, gdy samochód zatrzymał się. Otworzyłam zamknięte oczy.
Droga była zablokowana. Karetka i radiowozy stały na niej. Biały dym unosił się w bladoniebieskie niebo. Odpięłam pasy i wyszłam z samochodu.
-Ariana!
 Ludzie biegali dookoła i krzyczeli coś do siebie, panował straszliwy huk i błyski świateł pojazdów. Sunęłam wśród tego całego bałaganu, jak duch z otwartymi ustami i prawie tak samo nieobecna. Stanęłam przy czerwonej wstędze, rozwieszaną dookoła miejsca wypadku. Spojrzałam na samochód, głos ugrzązł mi w gardle.
-Brad... - zdołałam wychrypieć cichutko, a wypowiedziane imię zginęło wśród całego zamieszania. Moje oczy same odnalazły nosze, na których ratownicy wieźli do karetki czarnowłosą postać. Ruszyłam w tamtą stronę, powtarzając cicho jego imię jak w transie, lecz czyjeś silne ramiona otoczyły mnie od tyłu, uniemożliwiając ruch. Nie należały one ani do Ashton'a, ani nawet do Chloe... Zaczęłam się wyrywać, wymachując nogami, drapiąc i wrzeszcząc z całych siły, tyle ile miałam powietrza w płucach.
-Brad! Brad! - krzyczałam i zawodziłam, szamocząc się i próbując uwolnić, ze łzami w oczach widząc, jak ratownicy wykrzykują polecenia, jak załadowują jego bezwładne ciało do karetki i zamykają drzwi. W końcu mi się udało wyswobodzić. Zaczęłam biec do pojazdu, potrącając ludzi, na wpół oślepiona przez łzy. Nie dobiegłam. Kartka ruszyła zanim dotknęłam jej drzwi. Biegłam jeszcze za nią wolno, zataczając się jak pijana, wrzeszcząc rozkaz, żeby wrócił i mnie nie zostawił, że nie może.
Czyjeś ramiona znów mnie pochwyciły i przytuliły do piersi, tłumiąc szloch. Płakałam. Płakałam gorzko, uczepiona koszuli ojca mojej najlepszej przyjaciół, przyjaciółki tej Ariany, której kiedyś byłam, i słuchając jego bezwartościowych słów i zapewnień:
-Uspokój się, wszystko będzie dobrze...
Nic nie będzie dobrze. Nigdy nic nie było dobrze. Obiecał, że mnie będzie chronić. Więc dlaczego teraz mnie opuszcza? Dlaczego nie wróci, kiedy po raz pierwszy w życiu go oto proszę? Dlaczego wsiadł do tego przeklętego samochodu, co było jak wyrok... śmierci.
Zawyłam, gdy te słowo pojawiło się w moim umyśle. Wróć, błagam cię, wróć, nie opuszczaj mnie.
Moje usta szeptały, powtarzając jego imię jak zaklęcie, które miało sprowadzić go z powrotem.
-Brad, Brad Brad...

~*~
Tydzień później

Głaskałam bezmyślnie jego dłoń, nieobecna i wpatrzona w biel ścian. Ciche pikanie aparatury było nieodłącznym dźwiękiem, gdy go odwiedzałam. Czy to nigdy już nie zamilknie? Czy w  mojej głowie nigdy nie nastanie cisza?
Byłam w Londynie. W szpitalu. Miałam wstrząśnienie mózgu, co stwierdziło grono bardzo mądrych lekarzy w bardzo białych służbowych strojach z bardzo ważnym zadaniem, by doprowadzić bardzo ważną Arianę Grande-Butera do stanu bardzo dobrego. Żeby będzie można ją przesłuchać. I żeby odzyskała pamięć.
Westchnęłam ciężko. Byłam bezpieczna. Czemu więc czułam się tak jak po śmierci mamy, tak jakbym już nigdy nie miała się uśmiechać?
Ana czekała tutaj, gdy tylko pojawiłam się, przywieziona karetką z najbliższej kliniki w miejscu, gdzie mnie znaleźli. Przebiła się przez moją "ochronę" i omal mnie nie udusiła. Płakała, a ja nie. Cieszyłam się, że w końcu ją widzę, że w końcu znalazłam się w jej ramionach. Zasmuciło mnie jednak to, że jej włosy straciły blask, skóra poszarzała, a pod oczami miała sine worki. Ale to była ta sama Ana, którą pamiętałam. Pachniała jak Ana, uśmiechała się przez łzy też jak Ana.
Popłakałam się natomiast, gdy w końcu zobaczyłam tatę. Był skatowany, ale żywy. Zaczął żyć, gdy zobaczył swoją córkę, swoje jedyne dziecko, całe i zdrowe. Widząc jego siniaki, szwy w tak wielu miejscach, ból w mojej piersi rósł i rósł. Przytuliłam się do niego pomimo protestów niezadowolonych lekarzy. I nie ruszałam się przez dwie godziny, dopóki nie zasnęłam. Obudziłam się we własnym, szpitalnym łóżku.
Spojrzałam na jego spokojną twarz.
Przywieziono go dwa dni po wypadku samochodowym. Kosztowało mnie dużo energii, kopniaków, gróźb, łez i przekleństw, żeby dostać się na oddział, w którym leżał. Jego widok wcale nie polepszył mi samopoczucia. Miałam nadzieje, że przynajmniej będzie przytomny.
Zapadł w śpiączkę. Lekarze mówią, że to cud, że żyje.
Cud. Bradowi by się to spodobało. Nazwali go cudem.
Był podłączony do tylu przyrządów, że nie zdołałam ich zliczyć. Wszystkie kontrolowały jego funkcje życiowe. Chociaż, co to za takie życie.
Cztery dni wcześniej, gdy przyszłam go odwiedzić, zobaczyłam, że już ma gości. Jego babcia i czarnowłosy chłopiec siedzieli przy jego łóżku. Domyśliłam się, że to właśnie jest Reece. Wycofałam się powoli na palcach, oszczędzając sobie i babci Brada bólu, którego nie mogłybyśmy znieść.
Chloe i Ashton nie dawali znaku życia.
-Wróć do mnie - szepnęłam do Brada, poprawiając mu kosmyk włosów, który opadł mu na czoło - Po prostu do mnie wróć.
Podniosłam jego dłoń, przyciskając sobie ją do policzka. Nadal miał je ciepłe. A ja nadal miałam swoje lodowate.
-Panienko Grande? - spytał ktoś nieśmiało. Podniosłam znudzony wzrok na młodą siostrę, która pojawiła się w drzwiach - Grace McCoy czeka w bufecie i pragnie się z tobą zobaczyć.
Zmarszczyłam brwi. Nie znałam nikogo takiego. Mimo to wstałam, przyrzekając sobie, że jeszcze tu wrócę i ruszyłam na parter, gdzie mieścił się bufet. Nie obyło się bez szeptów i ciekawskich spojrzeń. To ta Ariana Grande. Byłam jednak zbyt bardzo zmęczona, by się tym przejąć.
W szpitalnej kawiarence śmierdzącej środkami czystości siedziała brunetka w kwiecistej sukience. Włosy zakrywały jej twarz, więc dopiero gdy podniosła głowę znad kawy kupionej w automacie, rozpoznałam ją.
Chloe uśmiechnęła się do mnie smutno.
Z wrażenia grzązł ugrzązł mi w gardle. Włosy miała ciemne, makijaż naturalny a ciuchy... no cóż, ciuchy były moje. Poznałam swoją sukienkę, która dla niej była nieco przyciasna w biuście. Można było zauważyć, że to ta sama dziewczyna tyko patrząc na paznokcie, która miała pomalowane czarnym lakierem.
-Grace McCoy? - mruknęłam na wpół roześmiana, na wpół wstrząśnięta.
-Masz ochotę na rozmowę? - spytała cicho, pokazując krzesło naprzeciw niej. Rozejrzałam się uważnie dookoła, by sprawdzić, czy nikt nas nie obserwuje i dopiero wtedy usiadłam. - Amnezja? Czemu to robisz?
Nie odpowiedziałam, tylko zbyłam jej pytanie, pytając rozdrażniona.
-A ty co tu robisz? - Byłam zła, że dopiero tydzień po wypadku zdobyła się na odwagę, by przyjść.
-Chce porozmawiać - oznajmiła, zadzierając podbródek do góry, tak jak pamiętałam - Myślisz, że łatwo się do ciebie dostać? Czuję się... winna, że odejdziemy tak bez wyjaśnienia ci kilku rzeczy.
Pokręciłam głową.
-Nie mów mi, nie chce wiedzieć. Im mniej wiem, tym mniej ze mnie wyciągnął. Będziecie bezpieczniejsi.
Chloe-Grace zacisnęłam wargi w linię, po czym oznajmiła cichym głosem:
-Dorosłaś.
Zamrugałam, zbita z tropu. Dziewczyna westchnęła ciężko.
-Jesteś dorosła, ale dopiero teraz dorosłaś. Kiedyś ci się wydawało, że skoro masz dziewiętnaście lat, możesz wszystko. Imprezowałaś, piłaś alkohol, chciałaś pozbyć się stereotypów na swój temat, tak jak każda nastolatka. Wydawało ci się, że na tym to wszystko polega. Ale dopiero teraz zrozumiałaś, jak może być ciężko. Teraz wiesz, że nie jest tak kolorowo, że nie zawsze będzie ktoś przy tobie, kto cię ochroni i sama musisz walczyć, by pozostać w miejscu, którym pragniesz. Przez całe życie ukrywałaś się, usprawiedliwiałaś się przed samą sobą, okłamywałaś. Teraz jesteś szczera. Życie nie składa się z samych przyjemności. Dopiero gdy nas porządnie kopnie w dupę, możemy zrozumieć, jak bardzo potrzebujemy siebie nawzajem i jak bardzo jesteśmy niewdzięczni za to, co mamy. Ale nie załamałaś się. Dążyłaś do celu. I to w tobie podziwiam.
Ostatnie zdanie podziałało mnie mnie jak kubeł zimnej wody. Podziwiam. Chloe przerwała na chwilę, upiła łyk kawy i powiedziała:
-Jutro wylatuje do Ameryki.
-Co?
-Odchodzę Ariano. Więcej mnie nie zobaczysz.
-A Ashton?
Chloe spuściła wzrok na papierowy kubek.
-Ashton już wyleciał. Jest w Australii, w Sydney.
Poczułam się, jak zimna dłoń zaciska się na moich wnętrznościach. Poczułam żal do niego, że nie zaczekał, żeby się ze mną pożegnać. Czy może tak było lepiej? Dla nas obojga?
-Tak po prostu było lepiej - odrzekła Mortez, wypowiadając moje myśli na głos - Musimy iść dalej sami.
-Co będziesz robić? - spytałam.
-Złoże papiery na studia informatyczne - wzruszyła ramionami - Może nie jest jeszcze za późno. Ariano, dla ciebie również. Jutro przyznaj się, że wszystkich oszukiwałaś. Powiedź, jak było naprawdę, tylko nie mów, gdzie jesteśmy. Będziesz miała kłopoty, gdy będziesz ciągnąć to dalej.
Kiwnęłam głową. Chloe wstała, wygładzając sukienkę. Również podniosłam się z krzesła, a wtedy ona porwała mnie w ramiona.
-Obiecaj, że się nim zaopiekujesz - wyszeptała mi cicho w ucho.
-Obiecuje - szepnęłam z chrypą w głosie. Puste słowa. Ale jestem gotowa się postarać.
Wypuściła mnie z objęć. Przypatrzyła się dobrze mojej twarzy, a ja jej. Żadna z nas nie płakała. Powiedziałyśmy sobie już wszystko.
-Żegnaj Ariano.
-Żegnaj Chloe. I dziękuje.
Ruszyła do wyjścia. Zatrzymała się jeszcze, zanim wyszła, jak gdyby chciała coś dodać, ale nie odwróciła się, opuszczając kawiarenkę i moje życie.
Zostawiła mnie samą i pozwalała patrzeć, jak cześć mojego życia odchodzi na zawsze.
Ale będę o niej pamiętała. Pamiętała o nich wszystkich - ta pamięć sprawi, że będą nieśmiertelni i zostaną na zawsze częścią mnie.

21.03.2015

Rozdział 18


Zakładam się, że nie raz lub dwa czułeś się tak jak ja w tej chwili. Więc możesz łatwo sobie to wyobrazić. Te uczucie, kiedy coś długo oczekiwanego w końcu przychodzi, a ty cieszysz się jak dziecko z nowej zabawki, a gdy obserwujesz rozwój wypadków, będąc jednocześnie ich częścią, wcale nie jest tak różowo jak sobie to wyobrażałeś. Żałujesz decyzji, którą podjąłeś, bo wiedziałeś, że to ty tak zażarcie o to walczyłeś. Masz żal do siebie, że nie ustąpiłeś. Do siebie i do wszystkich wokół, że cię nie powstrzymali. Zostało ci tylko dyskretnie się z tego wycofać i płakać, płakać, płakać... Aż wylejesz z siebie wszystkie złe emocje, które zaprzątają twoje myśli i nadchodzi błogi spokój. Obojętność do wszystkiego, co znajduje się w promieniu tysiąca kilometrów. Nie obchodzi cię, gdzie jesteś - masz ochotę się położyć, spać i spać, zapominając o wszystkim innym.
Tak czułam się ja, wbijając paznokcie w siedzenie samochodu i rozluźniając uścisk, po czym znów i znów powtarzając tą czynność.
Błędne koło.
Próbowałam się uspokoić. Powtarzałam w myślach, że wszystko będzie dobrze, że podjęłam słuszne decyzje i żadnej nie żałuje. Pozytywne afirmacje nie pomogły. Rozluźniałam więc mięśnie, po czym znów je spinałam. Medytowałam w ciszy. Głęboko oddychałam.
Nic z tego.
Myśl, że to wszystko moja i TYLKO moja wina mnie nie opuszczała. Że stawiając na swoim, wykonałam wyrok na własnych... przyjaciołach. 
Proponuje ci układ. Twoi przyjaciele za tatusia.
Co chwilę te słowa wracały. Jak bumerang. Wbijałam paznokcie w nadgarstek, by bólem się ich pozbyć. Wszystko na nic.
To było oczywiste, że byli tam tylko dlatego, bo liczyli na szybkie załatwienie sprawy. 
Teraz wiedzieli, że jestem z nimi. Teraz mogą skrzywdzić mojego tatę, bym miała karę. I nie zrobią tego subtelnie, w ciszy. Mnie spotka to samo. Już im na mnie tak nie zależy. Znudziła im się ta gra. Teraz należy szybko zwinąć planszę i ukryć ją, by nikt nie zorientował się, że w ogóle się nią bawiło.
Przed oczyma stanęły mi kartki. Napisy wyklejone literami z gazet. To było dawno, dawno temu... Pewnie teraz to był dowód w nieudolnym śledztwie. Pewnie zakładali, że ta historia skończy się jak każda inna...
Będziesz patrzył, jak twoja córka błaga o śmierć.
Wszystkie wspomnienia do mnie wracały, kilkadziesiąt razy silniejsze. Wcale nie wyblakły.
Westchnęłam ciężko. Brad chyba nawet tego nie usłyszał.
Na początku debatowali przez radio, obmawiając co należy zrobić, gdzie się udać. Potem Brad dostał sms z adresem. Przeczytał go na głos. Odnotowałam go w pamięci, choć nie wiem, do czego teraz by mi się przydał. Potem wszystko ucichło i został tylko dźwięk silnika.
Czułam się jak na kolejce. Samochód jechał albo bardzo szybko, albo wlókł się niemiłosiernie lub jechał zgodnie z przepisami. Teraz akurat Brad przeżywał tą ostatnią fazę, więc sunęliśmy jednostajnie przez autostradę. Było cicho i ciemno jak w grobie.
Było mi zimno. Ale mi zawsze jest zimno. Pocierałam od czasu do czasu dłońmi, chuchając w nie. Chłopak nie zauważył nawet tego.
Gdy dotarliśmy, było około północy. Brad zaparkował na jakimś pustym parkingu. Ja wychwyciłam szczegóły, które były widoczne pod światłem lamp ulicznych. Kompletnie nie kojarzyłam, w jakiej części miasta się znajdujemy. Zrezygnowałam przymknęłam oczy, opierając głowę o fotel.
Po kilku minutach na parking wjechał drugi samochód. Pod powiekami ujrzałam czerwone światło, więc otworzyłam oczy. Chloe i Ashton wyskoczyli z samochodu. Jasna karnacja Mortez i jej blond włosy sprawiały wrażenie, jakby była duchem. Odpięłam pas i wyszłam z samochodu.
Nieraz zdarzało mi się wracać po północy do domu. Razem z Aną od czasu do czasu pozwalałyśmy sobie na odrobinę imprezowego szaleństwa. Dzisiaj jednak było wyjątkowo zimno, jak na letnią noc. Przypomniałam sobie złośliwe żarty o Londynie ludzi z zagranicy. Miasto wiecznie zimne, spowite mgłą i mżawką. I w takiej scenerii były zazwyczaj robione zdjecia. Niezwykle entuzjastyczne.
Chloe wepchnęła dłonie w kieszenie czarnej bluzy.
-No to się doczekaliśmy - mruknęłam do swoich butów - Miejmy to za sobą.
Mówiła tak jak o sprawdzianie z matematyki. Nic nie umiem, ale wolę to napisać i dostać pałę, niż zwiać i mieć kłopoty. 
-Nie musicie iść ze mną - zauważył delikatnie Brad - Nie zmuszam was.
Obydwoje moich przyjaciół spojrzało na niego, wymieniając krzywe uśmiechy.
-Mamy cię zostawić? - spytała blondynka.
-I opuścić taką zabawę? - dodał gorzko Ashton, po czym ruszył do auta, w którym przyjechaliśmy. Nie obserwowałam go. Skupiłam się na pendrive, który znalazłam w mojej kieszeni. Kompletnie o nim zapomniałam.
-A co z tym? - spytałam, podnosząc urządzenie, które błysnęło w świetle ulicznej latarni.
-Trzymaj go, na wszelki wypadek - powiedziała Chloe z dziwnym błyskiem w oczach. Nie spodobało mi się to. Kiwnęłam jednak głową i schowałam go z powrotem do kieszeni, tam skąd go wyjęłam.
Podciągnęłam nosem. Od długiej jazdy w ogrzewanym samochodzie, a potem wyjścia na mroźne powietrze, woda lała mi się z nosa. Otarłam ją rękawem i powiedziałam:
-To nie jest żadne cholerne pożegnanie, prawda?
Blondynka i Brad wymienili spojrzenia, po czym wykrzywili usta na kształt uśmiechu. Zamarłam z półotwartymi ustami. Drzwi samochodu zamknęły się z hukiem.
-Czyli, że jest? - pisnęłam po chwili. W głowie mi się nie mieściło, że to niby ma się tak skończyć. Moja przygoda miała się zakończyć na obskurnym parkingu w środku nocy? Pokręciłam głową.
Czyjeś ręce chwyciły mnie od tyłu, przyciskając jakiś materiał do twarzy, zakrywając usta i nos. Chwyciłam kurczowo nadgarstek napastnika i szarpnęłam, mając nadzieje, że to wystarczy i się uwolnię. Wiedziałam, co to jest. Wstrzymałam oddech, jednak na długo nie starczyło mi powietrza. Pierwszy wdech przyniósł rozluźnienie mięśni. Mój umysł pokrył się białą mgłą. Próbowałam jeszcze raz szarpnąć za rękę, lecz moje dłonie już mnie nie słuchały. Poczułam, jak ktoś nachyla się nad moim uchem.
-Przepraszam... - szepnął Ashton. Doskonale wiedziałam, że nie przeprasza mnie za to, że zaraz stracę przytomność. Przeprasza mnie za wszystko, co wydarzyło się w ostatnich miesiącach. Że nie pożegnaliśmy się tak jak należy.  Za to, że mnie pocałował.
Chciałam odszepnąć, że go nie obwiniam. Ale zamiast tego osunęłam się w nicość.

~*~

Gdy moje powieki zatrzepotały, w ogóle nie poczułam, że otworzyłam oczy. Ciemność, jaka panowała wokół nie była tak samo nieprzenikniona, jak ta, która mnie otaczała gdy zamykałam powieki. Odetchnęłam głęboko, gdy moją głowę zalały myśli, wspomnienia i obrazy. Zerwałam się na równe nogi i usłyszałam trzask. A potem ból. Jęknęłam i potarłam nogę. W coś się uderzyłam. Wyciągnęłam rękę i zaczęłam nią błądzić w ciemności. Natrafiłam na śliską powierzchnie i ze zdziwieniem zauważyłam, że to zwykły stolik. Zdałam sobie sprawę, że siedzę na miękkiej kanapie. Podniosłam się z trudem, nie zważając na ból w nodze. On minie. Teraz miałam ważniejsze rzeczy do załatwienia. Poruszałam się po pomieszczeniu jak ślepiec, w końcu dochodząc do ściany, zaczęłam sunąć wzdłuż niej, szukając drzwi. Gdy w końcu je znalazłam, wymacałam obok kontakt. Wcisnęłam go dwoma palcami. Skrzywiłam się, gdy ostre światło zalało pomieszczenie. Zamrugałam parę razy, żeby przyzwyczaić się do jasności.
Byłam w obcym domu. Stolik, w który się chwilę temu uderzyłam był niski i ciemny. Kanapa była jasna, natomiast fotele były koloru śliwkowego. Długie, kremowe zasłony i białe firanki spadały kaskadą z kloszy. Ciemne panele przykrywał dywan w części, gdzie stały sofy i stolik. Na przeciwko stał wielki, plazmowy telewizor, obok którego na szafkach stały zdjęcia. Ostrożnie podeszłam do nich i przyglądnęłam się nim. Nie kojarzyłam tych ludzi nawet z widzenia.
To tak bardzo w ich stylu. Podrzucić mnie do obcego domu jakiś bogaczy. Pewnie gospodarzy nie było. Wyszłam z wielkiego salonu do przedpokoju. Schody biegły w górę, jednak jak podeszłam do drzwi wyjściowych. Szarpnęłam za klamkę, jednak te nie ustąpiły. Kto by się spodziewał. Przetrząsnęłam cały przedpokój w poszukiwaniu kluczy. Niczego nie znalazłam.
Nie skierowałam się na górę, tylko poszłam wzdłuż korytarza. W pierwszych drzwiach była nowoczesna łazienka, urządzona w tych samych kolorach co salon. W następnych była kuchnia. Podeszłam do zegara i spojrzałam na godzinę. 02:16. Wypuściłam powoli powietrze z płuc i opadłam na krzesło. Co ja mam teraz zrobić? Schowałam twarz w dłoniach, opierając łokcie o wypolerowany blat stołu. Mam czekać, aż ktoś wróci do domu i krzykiem mnie powita? A potem zadzwoni na policję, bardziej uradowany niż przerażony, bo w jego domu znajduje się dziewczyna, której szuka cały kraj? Nie. Musze ich znaleźć. Gdybym tylko wiedziała, gdzie jestem...
Przeszukałam kuchnię, aż znalazłam szklankę. Napełniłam ją wodą z kranu i wypiłam ciurkiem. I następną. Otarłam usta rękawem i odłożyłam szklankę do zlewu. Po czym stwierdziłam, że to zbyt niegrzeczne i umyłam ją, wytarłam i odłożyłam na miejsce.
W drewnianym stojaku były noże. Wybrałam ten największy i trzymając mocno za rękojeść ruszyłam na górę. Były tam same sypialnie i łazienka. W ostatnim pokoju stał laptop. Podeszłam do niego powoli o otworzyłam. Odetchnęłam z ulgą, gdy okazało się że nie jest na hasło. Usiadłam na krześle i włączyłam przeglądarkę.
Nie macie pojęcia, jakie to było dla mnie dziwne. Byłam odcięta od świata na całe dwa miesiące z haczykiem, a moje palce przez ten czas zdążyły zapomnieć, jak szybko pisze się na klawiaturze. Gapiłam się wiec na motyw, zanim wymyśliłam, co mogłabym zrobić. Włączyłam Google Maps i znalazłam swoją lokalizację. Po czym wpisałam adres miejsca, który dostał Brad w smsie. Nie był oto daleko. Jakieś pięc minut szybkiego marszu, czyli w moim wypadku biegu.
Napadła mnie dziwna chęć, by sprawdzić powiadomienia na Twitterze. Sprawdzić, czy moje imię bądź nazwisko znalazło się kiedykolwiek w trendach, jakie ludzie snują teorię na temat mojego zniknięcia. Widzieć wpisy od przyjaciół, gdzie pytają się, gdzie jestem. Kiedyś internet był dla mnie towarzyszem, gdy Ana była zajęta, lub ja zbyt leniwa lub przybita, by się z nią zobaczyć. Wtedy wchodziłam na Twitera, poznawałam nowych ludzi, słuchałam coverów na YouTube, przeglądałam posty na Tumbrze... Zamknęłam szybko laptop. Gdybym to zrobiła, policja na pewno szybko by zareagowała i mnie znalazła. Teraz muszę iść.
Kosztowało mnie trochę wysiłku, by wstać z krzesła. Blask monitora pobudził moje dawne uzależnienie, obudził głód, by znowu znaleźć się w wirtualnym świecie. Lecz ja wiedziałam, że to tutaj, w tej chwili toczy się moje życie. Nie tam, gdzie było tylko zbiorem pikseli, zapamiętanym hasłem do konta.
Ale z drugiej strony, co ja miałam tam zrobić? Będę tylko przeszkadzać. Byłam bezpieczna, tu nic mi nie groziło. Mogłam poczekać do rana, na właścicieli mieszkania i oddać się w ręce policji oraz zapewne psychologów. Wymacałam w kieszeni mały pendrive. Mogłam go podłączyć do laptopa i sprawdzać jego zawartość. To, co genialny umysł Chloe zdołał znaleźć.
Nie potrafiłam się na to zdobyć. Nie mogłam. Byli moimi przyjaciółmi przez ostatnie tygodnie. Zrobiło i się wstyd, że  mogłam w ogóle tak pomyśleć.
Miałam nóż. Mogłam się bronić. Sprawdzić, jak im idzie i w razie niebezpieczeństwa sprowadzić pomoc. To wszystko, co mogłam zrobić. Zabrali mi pistolet, więc kawałek ostrej stali musiał na razie mi wystarczyć.
Zbiegłam po schodach. Teraz pozostała tylko kwestia, jak się stąd wydostać. Wyważyć drzwi czy jeszcze raz spróbować poszukać kluczy? Nie wiedziałam, ile mam czasu, zanim...
Usłyszałam strzały. Moje serce zaczęło bić szybciej.
Właściwie, to ja już nie miałam czasu. Mój mózg gorączkowo zaczął szukać wyjścia. Moje nogi skierowały się z powrotem do salonu. Odsunęłam firanki i otworzyłam okno. Chłodne, nocne powietrze uderzyło w moją twarz, zmierzwiło włosy i sprawiło, że ręce pokryły się gęsią skórką. Usiadłam na ramię i skoczyłam, uginając kolana. Wstałam i nie wierząc we własne szczęście, że zgodnie ze swoim zwyczajem , niczego nie skręciłam, odnalazłam ulicę i pościłam się biegiem.
Dopiero po kilku chwilach dotarło do mnie, że biegnę w złą stronę. Zawróciłam, klnąc na swoją niezdarność i oddychając głęboko i równomierne. Nie chciałam się zbytnio zmęczyć, tym bardziej że do wf-u się zbytnio nie przykładałam. Wypluwałam niezwiązane włosy z ust, słysząc, jak odgłosy strzałów się przybliżają. I nagle wszystko ucichło. Brzmiały tylko ujadania psów. Zwolniłam i przełknęłam ślinę.
Widziałam samotną sylwetkę w świetle latarni. Jej ramiona unosiły się i upadały. Postawiłam jeden krok w jego stronę. Starałam się nie rozglądać na boki, choć kątem oka uchwyciłam nieruchome ciało. Słyszałam, jak serce tłucze mi się o żebra. Strzelanina mogła znów się rozpocząć. Wzmocniłam uścisk na rękojeści noża. Drugi krok.  Odgłos odbezpieczania broni.
-Brad, nie! - z mojej piesi wydobył się krzyk, a nogi same znów zaczęły biec. Zatrzymałam się dopiero trzy kroki za jego plecami. U jego stóp leżał nieruchomy kształt. Moje nogi zauważyły, że dostał już kulkę w nogę. Brunet stał, posyłając mu wściekłe spojrzenie, trzymając broń nad jego ciałem. Gdy tylko się do niego zbliżyłam, odwrócił głowę w moją stronę. Zamarłam na widok błysku w jego oczach.
-Nie rób tego - powiedziałam cicho - Nie warto zostawać mordercą z ich powodu.
-Zamknij się - warknął przez zaciśnięte zęby, znów zwracają wzrok na nieruchomego człowieka.
-Posłuchaj mnie - zaczęłam błagalnym tonem - Wiem, że to boli. Wiem, że się za to wszystko obwiniasz. Ale naprawdę nie warto. Musisz sobie wybaczyć, inaczej to nigdy nie minie. Zemsta nic nie da. A twoi rodzice nie chcieliby żebyś został zabójcą w imię czegoś takiego - powiedziałam, podchodząc bliżej i położyłam mu dłoń na ramieniu - Nie rób tego. Proszę.
Oddychałam równomiernie. W ustach zrobiło mi się sucho. Trwało to chyba godziny, zanim stracił moją dłoń z ramienia i ruszył w stronę samochodu. Stałam, jakbym przyrosła do ziemi, patrząc na jego plecy załzawionym oczami.
-Brad? - szepnęłam, choć wiedziałam że nie może mnie usłyszeć. Jakaś ciepła ręka chwyciła mnie za  rękę, gdzie trzymałam nóż.
-Ariana, choć szybko - ponaglił mnie delikatnie Ashton. Moje uszy zarejestrowały dźwięk policyjnej syreny - Ariana, na Boga rusz się do cholery.
Ustąpiłam i razem pobiegliśmy do samochodu. Za kierownicą siedziała Chloe. Ashton wepchnął mnie na tyle siedzenie, siadając obok mnie, a blondynka nacisnęła pedał gazu. Ruszyliśmy z piskiem opon.
Siedziałam zaszokowana. Nie mogłam uwierzyć w to, co oni zrobili. Ja być może uratowałam jedno ludzkie życie, ale zanim się zjawiłam, ile oni ich odebrali?
Schowałam twarz w dłoniach i zaszlochałam. Ashton otoczył mnie ramieniem, lecz go odtrąciłam. Nie chciałam, żeby ktokolwiek mnie dotykał. Niech wszyscy dadzą mi w końcu spokój. Moje myśli mieszały się ze sobą tak intensywnie, że jedynie płacz dawaj jaką taką ulgę. Listy, wybita szyba w moim domu, zakończenie roku szkolnego, morze, jasne włosy Any, uśmiech pełen dumy mojego taty, strzały, ból głowy spowodowany uderzeniem poprzedniego dnia...
Wyczerpana zasnęłam po dwóch godzinach. Wyczerpana płaczem, myślami, sobą i troską o ciemnowłosego chłopaka z zielononiebieskimi oczyma.
Obudziłam się o świcie. Ashton drzemał obok mnie na siedzeniu, a Chloe nadal sztywno wyprostowana prowadziła samochód. Ujrzałam skrawek morza. Wracaliśmy do domu w którym ukrywaliśmy sie przed wyjazdem o Whitehaven. Czułam się pusta w środku. Nic nie warta. A właściwie, to nie obchodziło mnie już zupełnie nic.
Chloe zatrzymała się przy domu. Patrzyła się na niego przez chwilę, po czym z westchnieniem wyszła z auta. Na dźwięk trzaśnięcia drzwi Ashton się ocknął. Przeciągnął się i rozejrzał nieprzytomnie. Wypadł z samochodu i skierował się w stronę Chloe, która stała z zwieszoną głową. Ja zostałam w samochodzie.
-Czemu akurat tutaj? - zapytał blondyn.
-Masz lepszy pomysł? - odpowiedziała pytaniem. Byłą zbyt zmęczona, by silić się na zjadliwy ton. Odwróciła się do auta i gestem pokazała, żebym wyszła. Zrobiłam to. Blondynka otworzyła drzwi. Nie skierowała się jednak na kanapę, by odpocząć, tylko pewnym krokiem weszła do kuchni. Podążyliśmy za nią bez słowa. Zachowywała się tak, jakby w ogóle nie spałą cała noc i nie prowadziła samochodu przez prawie cztery godziny. Ja robiłam niewiele, a jednak padałam na twarz.
Chloe usiadła przy stole i zaszlochała. Ashton usiał przy niej i objął ją. To jakoś mnie rozczuliło. Bez Brada zdawali się tacy... bezbronni. Podeszłam do ekspresu i zrobiłam nam aromatycznej kawy. Po wypiciu łyka blondynka nieco się uspokoiła. Oczy miała czerwone.
-Musimy go znaleźć - oznajmiła drżącym głosem.
-Zwariowałaś? - odpowiedział Ashton - Dość wrażeń na dziś. Musisz się przespać. Pojadę sam.
-Nie - zaprzeczyła - Nie zasnę, dopóki nie będę wiedzieć, że nic mu nie jest.
-To duży chłopiec, poradzi sobie. Ty musisz odpocząć.
Chloe głęboko westchnęła, jakby miała się znów rozpłakać. Nie odzywałam się. Patrzyłam na parę która unosiła się znad mojej kawy. Ściskałam kubek, ogrzewając dłonie.
-Przynajmniej się udało - odpowiedziała blondynka, siląc się na uśmiech - Teraz policja przejmuje pałeczkę.
-Co? - uniosłam głowę. Nie odpowiedzieli.W ciszy dopijaliśmy kawę. Potem Chloe wzięła prysznic, przebrała się w coś czystego, posprzeczała się z Irwin'em i ruszyła do auta. Ashton głęboko westchnął i spojrzał na mnie stojącą w drzwiach. Chłopak stał na ganku. Wiatr mierzwił mu jasne włosy. Uśmiechnął się smutno i podszedł do mnie. Uścisnął mnie mocno.
-Przepraszam cię - powiedział cicho.
-Za co? Nie masz za co przepraszać. To ja powinnam wam wszystkim podziękować.
-Wiesz, ten pocałunek... To nie było tak, że mi się nudziło, to było...
Zawiesił się. Postanowiłam mu pomóc.
-Szczere? - podpowiedziałam mu. Kiwnął głową.
-Ale to by nam się nigdy nie udało. Teraz powinienem wrócić do rodziny.
Kiwnęłam głową, rozumiejąc o czym mówi. Zrobiło mi się głupio. On coś do mnie czuł, a ja zinterpretowałam to jako rozrywkę. Przynajmniej moje uczucia tak potraktowałam.
-Do zobaczenia Ari...
-Mam nadzieje - wysiliłam się na uśmiech. Pomachałam im, gdy wyjechali z podjazdu. I machałam, dopóki nie zniknęli z moich oczu.
Wróciłam do salonu. Znów zostałam sama z własnymi myślami. Usiadłam na kanapie ze skrzyżowanymi nogami, wierzch dłoni skierowałam do góry, kładąc je na kolanach. Odetchnęłam głęboko. Potrzebowałam oczyszczenia. Mruczałam "ommm", medytując i zwalniając myśli. Mogłam je teraz swobodnie przeglądać, a gdy miałam dość, zawiesić się w stanie pomiędzy jawą i snem. Tak dawno nie medytowałam, że prawie zapomniałam, jakie to wspaniałe uczucie.
Po jakieś pół godzinie otworzyłam przerażona oczy. W ciągu dwudziestu czterech godzin usłyszałam ten dźwięk trzeci raz.
Policyjna syrena. Podbiegłam do okna. Prawie nic nie widziałam. Stan spokoju opuścił mnie, całkowicie ustępując miejsca panice. On nie mogą mnie tu znaleźć. Wydobędą ze mnie zbyt szybko wszystkie informacje. Ręce zaczęły mi się trząść. Pognałam na tył domu, gdzie było wejście do ogrodu. Otworzyłam drzwi na oścież i wróciłam do pokoju. Mój wzrok padł na wielką kulę śnieżną. Niezbyt oryginalne, ale się nada.
Zacisnęłam palce na zabawce. Sztuczny śnieg zawirował wokół aniołka z różowymi skrzydłami. Głos syreny był coraz bliżej. Teraz albo nigdy.
Zacisnęłam zęby i powieki, unosząc kulę. Przygotowałam się do odegrania największej roli w moim życiu. Upuściłam ją nad moją głową. Prawie nie poczułam bólu. Od razu zostałam ogłuszona i spadłam w nicość.




Nie mogę uwierzyć, że to prawie koniec. Został tylko następny rozdział i prolog. Myślałam, że poddam się i nie zakończę tej historii. Bo wiecie, ja się tak łatwo nie poddaje i muszę, po prostu muszę zakończyć to co zaczęłam.
Dziękuje wam za wszystko. I naprawdę jestem zaskoczona, ile wyświetleń miał poprzedni post. Just woow. Więcej niż dwa poprzednie razem wzięte.
Miłego weekendu x Napiszcie w komentarzu, jak wam się podobało x


Do zobaczenia ( mam nadzieje) 
Justysia x

15.03.2015

Rozdział 17


Patrzyłam, jak Ashton załadowuje torby do bagażnika samochodu, przecierając raz po raz oczy i ziewając. Była dziesiąta wieczorem.
Po dwutygodniowej ucieczce wracaliśmy do Londynu. Nareszcie.
Spokojne życie w Whitehaven, jakie tutaj toczyłam, otoczona książkami i muzyką, nie było dla mnie. Zbyt bardzo się niecierpliwiłam. Strach o tatę, o moich bliskich wyżerał mnie od środka, a ja nie potrafiłam sobie z nim poradzić. Siedząc z własnymi myślami, palącymi mój umysł i pytającymi, co właściwie mam zrobić, kim jestem i czy to wszystko ma sens, czułam, jak wola walki mnie opuszcza. Dlatego tak bardzo cieszyłam się, że znowu wracam do akcji.
W oddali potoczył się grzmot. Drgnęłam. Odwróciłam wzrok od okna w salonie i spojrzałam na babcie Brada, która ze smutkiem w oczach przypatrywała się mojej osobie. Uśmiechnęłam się pokrzepiająco, mając nadzieje, ze chociaż o pomoże. Nie chciałam jej opuszczać. Tak bardzo przypominała mi swoją babcie, w inny sposób, ale je łączyłam razem. Tak samo potrafiły mnie pocieszyć, doradzić i rozwiać moje wątpliwości.
Chloe właśnie wynosiła swój ukochany sprzęt, za nią szedł Brad. Dołączyłam się do tego pochodu, obejmując się rękami, jakby było mi zimno. I faktycznie gęsia skórka pojawiła się na moich nagich ramionach, gdy tylko zderzyłam się z chłodem nocy. I było duszno. W powietrzu dało się wyczuć burzę i można było tylko czekać, aż pierwsze zimne i ciężkie krople deszczu zaczną bębnić o szary chodnik. Ashton zatrzasnął bagażnik, gdy tylko Chloe wsadziła tam swój sprzęt i stanął z włożonymi dłońmi w kieszenie jeansów. Czuł się niezręcznie. Obserwując go, też zdałam sobie sprawę z tego, że czuję to samo.
Pożegnania.
Nienawidzę pozaganiań. Zwłaszcza, że zdawałam sobie sprawę, że nigdy już nie zobaczę tej sympatyczniej starszej pani, która potrafiła zgasić swojego wnuka jedynie kilkoma słowami, rzucała sarkastyczne pytania i miała niesamowicie dobry gust muzyczny.
-Przyjeżdżacie w nocy, wyjeżdżacie w nocy - mruknęła babcia Brada, pojawiając się u mojego boku - Jak kryminaliści.
-Babciu, błagam - jęknął Brad. Miał zażenowany i zmęczony głos - Tylko znów sobie czegoś  nie wmawiaj.
Starsza pani zrobiła urażoną minę, po czym mruknęła gburowato:
-Nigdy bym was o coś takiego nie podejrzewała. No, może ten tutaj jest wyjątkiem - wskazała na Ashton'a, a ja zagryzłam wargę, powstrzymując się od wybuchu śmiechu. Irwin pokazał język, po czym uściskał starszą panią i zniknął we wnętrzu ciemnego samochodu. Potem zrobiła to Chloe. I ja.
-Dziękuje pani za wszystko - powiedziałam, trzymając jej ręce we własnych dłoniach. Uśmiechnęła się dobrotliwie i poklepała mnie po wierzchu dłoni.
-Trzymaj się, Ariano. Odwagi, moje serduszko.
Uśmiechnęłam się, moje palce wyślizgnęły się z jej uścisku. Weszłam do auta, które miała prowadzić Chloe. Zapięłam pasy i zacisnęłam powieki.
Żegnaj, więcej się nie zobaczymy nigdy.
Muzyka grała cicho. Mortez odpaliła silnik, włączyła klimatyzacje i ruszyła. Czekała nas teraz podróż przez autostradę. Prosto w burzę.
Nie minęło dużo czasu, zanim zasnęłam. Powieki stały się ciężkie, w ustach zrobiło mi się sucho. Ciepłe powietrze ogrzewało moje stopy. Ręce zrobiły się ciepłe. Gdzieś w moim umyśle zapaliła mi się lampka, że zasypiam.
Nie trwało to długo. Wkrótce poczułam, jak toś szarpie mnie za ramię. Otworzyłam zaspane oczy i ujrzałam Chloe. Silnik był zgaszony.
-Dojechaliśmy - odparła cicho. Spojrzałam przez szybę. Noc powoli się kończyła, na horyzoncie dostrzegłam bladą smugę świtu. Staliśmy przed motelem, chłopcy właśnie wysiadali z auta. Ashton pomachał mi. Uniosłam dłoń i pomachałam ją w prawo, potem w lewo. Uśmiechnął się. Przełknęłam ślinę, czując w gardle nieprzyjemny guz.
-Czy to nie będzie niebezpieczne? - spytałam  zachrypniętym głosem. Ciepło snu powoli mnie opuszczało, ustępując miejsca bólowi od spania w niewygodnej pozycji.
-Kogo to teraz obchodzi? - odpowiedziała Chloe, wyłączając radio i w mgnieniu oka wysiadając z samochodu. Zrobiłam to samo.
Poczułam ulgę na widok pustego holu. Recepcjonista uwijał sie przy ladzie recepcyjnej, nie zauważając mnie i Chloe. Mój wzrost tym razem działał na moją korzyść. Ukryłam sie za Ashton'em, bo był najwyższy i podążyłam za nim do pokoju, depcząc mu po piętach.
Wzięli dwa dwupokojowe pokoi. Znów byłam przydzielona z blondynką. Na szczęście nie chrapała.
Obudziłam się koło południa. Chloe zadzwoniła do recepcji, żeby przynieśli mi śniadanie. Gdy usłyszałam pukanie, schowałam się łazience. Byłam zdziwiona tym odruchem. Czułam sie niebezpiecznie Na widoku. Nie było mi z tym dobrze.
Trzy tygodnie temu oddałabym wszystko, by znaleźć się w takiej sytuacji. Idealna pora do ucieczki. A teraz nie wyciągnęli by mnie stąd siłą.
Powiedzenie, że wzięłam szybki prysznic byłby doskonałym określeniem. Woda, mydło, woda. Nie trawiło to nawet pięciu minut. Owinęłam ręcznik wokół ciała, wślizgnęłam się do pokoju i wzięłam ubranie na zmianę oraz kosmetyczkę. Chloe nawet nie drgnęła, nadal pisała na swoim laptopie. Wróciłam do łazienki, przebrałam się, uczesałam i umalowałam.
Tacka ze śniadaniem leżała na stoliku nocnym. Zaburczało mi w brzuchu na widok jedzenia. Nie miałam pojęcia, ze jestem aż tak głodna. Położyłam ją sobie na kolanach i zaczęłam jeść owocową sałakę. Blondynka podniosła wzrok i się mi przyglądała. Niezręczna cisza.
-Wzięłam dla ciebie coś zdrowego - powiedziała - Wiem, że mięsa ani nic tłustego nie jadasz.
-Dzięki - odparłam, łamiąc na pół chrupkiego croissanta. Pobiłam go kawą. Potrzebowałam kofeiny jak nikt inny. Jej gorzko-słodkawy smak pobudził mój umysł. Ciasto francuskie rozpływało mi się w ustach. Mimo zdrowego i pełnowartościowego śniadania miałam ochotę na tłuste frytki, które popiłabym colą.
-Co teraz? - spytałam, biorą się za drugą połowę rogalika. Chloe westchnęła ciężko, jakby była po wielu dniach ciężkiej pracy.
-Czekamy.
Więc czekaliśmy. Chłopcy parę razy wpadli, by sprawdzić jak idzie Chloe. Próbowałam jakoś podglądnąć, co robi, ale gdy tylko zobaczyłam ciąg liczb, zmarszczyłam brwi i wróciłam do czytania książki. Koło dziewiętnastej, gdy już całkiem znienawidziłam pokoju motelowego, Chloe zamknęła laptopa i przeciągnęła się. Jej kości strzeliły. Potarła czerwone oczy i uśmiechnęła się do mnie z zadowoleniem.
-Przebierz się - rozkazała, a ja zamknęłam książkę, uprzednio zaznaczając miejsce gdzie skończyłam czytać zakładką.
-W co? - spytałam, siląc się na zabawkowy ton. W środku zżerał mnie niepokój i podniecenie.
-W coś ciemnego, żeby ci było wygodnie - odpowiedziała, sama sięgając do swojej walizki - I płaskie obuwie, żebyś mogła w razie czego szybko uciec.
Spojrzałam na nią z przerażeniem wymalowanym na twarzy. Wychwyciła to i uśmiechnęła się promiennie.
-Taki żarcik.
Nie było mi do śmiechu. I w głębi serca wiedziałam, że nie żartowała. Czy sama byłabym w stanie uciec i zostawić ich, byle ratować swoją skórę?
Nie.
Mimo to zrobiłam tak jak radziła.Ciemne spodnie, ciemna bluza, ciemne trampki. Tak jak w filmie szpiegowskim, ale nie było mi zbytnio do śmiechu, a te porównanie, gdy pojawiło się w mojej głowie, przeraziło mnie. Nie związałam włosów, zakrywając się nimi, by nikt mnie nie rozpoznał.
Odetchnęłam z ulgą, gdy znalazłam się w klimatyzowanym samochodzie, tym razem z Bradem. Jechaliśmy w kompletnej ciszy. Chłopak nawet nie afiszował się, nie próbował ukryć że się denerwuje. Bo robił coś wbrew sobie, tylko dlatego, że jak tak zadecydowałam. Do Harlow było godzinę drogi. Stanęliśmy na pustym parkingu. Silnik zgasł, tak samo światła. Jedynie latarnie świeciły jasno. Nigdzie nie widziałam samochodu, który prowadził Ashton. Nie spytałam, skąd wiedza, ze na pewno tutaj mieliśmy czekać. Nikt nic nie powiedział o miejscu spotkania. Ale mieli swoje tajemnice, a ja nie wnikałam. Liczył mnie efekt - chce zobaczyć się z tatą. Tęsknie za nim tak bardzo, że to boli.
Obydwoje oddychaliśmy głęboko. Po chwili Brad wyjął mała walizkę i podał mi pistolet. Patrzyłam na broń z osłupieniem. Poczułam suchość w ustach, gdy skierował ją rękojeścią w moją stronę.
-No dalej - szepnął - Potrafisz strzelać. Nie po to Ashton cię uczył, żebyś teraz była bezbronna.
Kiwnęłam głową i chwyciłam za zimną stal. Przyjemnie ciążyła mi w dłoni.
-Teraz mnie posłuchaj - powiedział powoli, a ja skupiłam sie na jego słowach - Jeśli ktokolwiek sie zjawi, masz nie wychodzić z auta. Wszystkim się zajmiemy. Broni masz użyć tylko, jak toś CIEBIE zaatakuje, co oznacza, że nie masz panikować, jak NAM stanie się krzywda. Jeśli coś by się stało, siadasz na miejscu kierowcy i jak najszybciej jedziesz na najbliższy komisariat, jasne?
Pokręciłam głową.
-Przecież was nie zostawię, nie mogłabym - odpowiedziałam stanowczo.
-Zabiłabyś, jeśli to byłoby konieczne? - spytał, zmieniacz temat.
Utkwiłam wzrok w broni, którą trzymałam w spoconej dłoni. Wszystkie lekcje z Ashton'em uciekły mi z głowy, pozostał jedynie huk wystrzału. I jego głos, gdy starał sie mnie uspokoić po moim pierwszym, niecelnym strzale.
Ariana, musisz się opanować. Nikogo teraz nie zabijasz.
Wtedy tak. To było celowanie do małej tarczy, a Ash był perfekcjonistą, musiałam trafić w sam środek. A teraz tym środkiem miało być serce. Bijące serce człowieka, które mogłam zatrzymać po naciśnięciu spustu. Człowieka prawdopodobnie bez kręgosłupa moralnego, ale jednak człowieka.
Ale musisz zrozumieć, że to koniecznie. Weź się w garść i  pozbieraj. Dla taty.
-Nie wiem Brad - odparłam szczerze po chwili milczenia - Naprawdę nie wiem.
-Musisz przyrzec, że uciekniesz, jeśli będzie taka potrzeba - powiedział stanowczo - Musisz zwiać, jak coś się spieprzy. Obiecujesz, że to zrobisz?
Walczyliśmy przez chwile, zanim westchnęłam i odparłam cicho.
-Obiecuje.
Uśmiechnął się i podał mi pendrive. Wzięłam go drżącymi pacami. Był jeszcze ciepły.
-Dasz go policji - odrzekł, a ja schowałam go do kieszeni - Chloe odwaliła kawał dobrej roboty. To ich zniszczy.
Jego twarz nie wyrażała emocji. Znów przybrał maskę, za którą krył się latami. W moje serce wbił się niewidzialny sztylet.
-Co zrobisz, kiedy to wszystko się skończy? - spytałam cicho, przymykając powieki.
-Wyjadę. Sam. - odrzekł krótko.
-Zostawisz to wszytko? Babcie, Chloe, Ashton'a, rodzinę? - spytałam nużącym głosem. Chciałam, żebyśmy mieli to za sobą.
Chłopak podniósł nieco głos.
-A mam jakieś inne wyjście? - prychnął - Ariana, to nie jest pieprzona książka, w której wszystko kończy się dobrze. Jesteśmy poszukiwani. Włamaliśmy się do archiwum, do akt, wykradliśmy hasła. Nie jesteśmy bez winy.
-Ale w dobrej wierze - odpowiedziałam - Podobno cel uświęca środki. Jeśli wam się uda, to myślę, że nie dostaniecie... wysokiej kary.
-Jasne, liczmy na litość - mruknął bardziej do siebie, niż do mnie - Tego nam potrzeba - żalu. Oni nie ścierpią, że winny zostanie na wolności. Choć złapać go im jest trudno...
-Tak w ogóle to kogo chcecie zniszczyć? - zapytałam. Noc Szczerych Wyznań, pomyślałam gorzko.
-Tych złych. My jesteśmy ci dobrzy. Ci źli kogoś zabijają, sprzedadzą dziecku narkotyki, ale o tym sie nie mówi. Policja to tuszuje. Tylko od czasu do czasu będzie jakaś wzmianka, że znaleziono nastolatka, który przedawkował. No cóż, zdarza się.
-Ci dobrzy... - powtórzyłam - Czyli to jakiś gang, tak? I ci źli nie przejmują się tymi dobrymi?
-Jesteśmy dla nich dzieciakami, którzy bawią się w detektywów - odparł gorzko - Tak jak pryszcz. A pryszcza mozna się pozbyć i to tak, by nie zostawił blizny.
-Jesteśmy jak wrzut na tyłku - usłyszałam, jak Ashton mówił przez radio w samochodzie. Jego głos brzmiał w akompaniamencie trzasków i szumów - Czy od wrzodu na tyłku można dostać jakiegoś zapalenia albo infekcji?
Uśmiechnęłam się. To rozładowało atmosferę. Dało się słyszeć odgłosy przepychanki, po czym rozbrzmiał głos Chloe.
-Niedługo dziesiąta, będziemy zaczynać.
Brunet kiwnął głową, ale przecież Mortez nie mogła tego zobaczyć.
-Brad?
-Mhmm?
-Boje się.
Wyszeptała to. Jej głos drżał. Miałam wielką ochotę wybiec z auta, znaleźć ją i przytulić.
-Wszystko będzie dobrze - powiedział ciepłym głosem do mikrofonu, czy jak to tam się nazywa - Obiecuje. A ja obietnic dotrzymuje.
Wzięła głęboki oddech i powiedziała:
-Wiem.
Rozłączyła się. Szum znikł. Pozostała tylko wszechobecna cisza.
Wkrótce na parking wjechał samochód. Jego jasne reflektory prawie mnie oślepiły. Zakryłam dłonią oczy, moje serce przyśpieszyło. To się działo. D z i a ł o  s i ę. Brad zdecydowanym ruchem wyszedł z samochodu. Widziałam jego ciemną sylwetkę, gdy podchodził do mężczyzny, który wysiadł z samochodu. Wyglądał na  dwadzieścia pięć lat. Ścisnęło mnie w żołądku. Tak młodzi ludzie wpakowywali się w to gówno i to na własne życzenie?
Chwilę rozmawiali. Czekałam, zaciskając pięści. Nagle pojawiło się dwóch gości, którzy zrzucili dwie osoby na ziemię. Serce podeszło mi do gardła, gdy rozpoznałam Chloe i Ashton'a.
Chyba właśnie coś zaczynało się pieprzyć.
Miałam uciekać. Zamiast tego chwyciłam komórkę Brada, którą zostawił w samochodzie i wybrałam numer policji.
-Halo? - powiedziałam.
-Posterunek policji w Harlow, słucham.
Moje serce przyśpieszyło. Byłam pewna, że zaraz rozwali mi żebra.
-Na parkingu, niedaleko szkoły jest jakaś bijatyka - powiedziałam roztrzęsionym głosem - Boże, nie wiem co się dzieje, jakiś goście grożą sobie bronią!
-Proszę sie uspokoić - powiedziała funkcjonariuszka chłodnym tonem - Niech pani poda swoje dane i dokładny adres, zaraz tam kogoś wyślemy.
-Cholera, skąd mam wiedzieć gdzie to jest, jestem tu przejazdem - zapiszczałam do słuchawki - Jestem Helen Brow, ten parking niedaleko szkoły, pośpieszcie się.
Rozłączyłam się, po czym wypadłam z samochodu. Stanęłam na drżących nogach, czując jak zimne powietrze chłoszcze mi twarz a pistolet ciąży w dłoni. Postawiłam jeden krok, potem drugi aż weszłam w krąg światła rzucany przez reflektory. Mężczyzna, który stał z wycelowanym pistoletem w Brada, zauważył mnie. Wytrzymałam jego ciężkie spojrzenie. Kątem oka wychwyciłam, że nos Chloe krwawił, a Ashton miał spuchniętą wargę. Poza tym nic poważnego im się chyba nie stało.
-No proszę, a mówiłeś że panienka Grande jest gdzie indziej - powiedział mężczyzna. Przełknęłam ślinę. Jeden z jego towarzyszy zaczął iść w moja stronę, lecz ja podniosłam szybko broń. Tak jak mnie uczył Ashton. Równowaga.
Cisza stała się aż męcząca. Usłyszałam cichy śmiech. Tak, to musiało być zabawne, widząc małą dziewczynę celująca z broni do dorosłego faceta.
-No dalej, zastrzel go - zamruczał gość. Słyszałam, jak Brad ciężko oddycha - Jak myślisz, co by powiedział tatuś, gdyby jego córeczka została morderczynią?
-Skąd mam wiedzieć? - powiedziałam cicho - Odebraliście mi go.
Znów cisza. Tak głęboka, że słyszałam własne bicie serca. Jak długo jeszcze mam czekać, aż przyjedzie policja?
-Proponuje ci układ - odezwał się znowu, szczerząc zęby - Twoi przyjaciele za tatusia.
Ręce mi się pociły tak bardzo, że bałam się, że broń zaraz mi sie wyślizgnie z rąk i uderzy w asfalt. W głowie mi huczało. Miałam odzyskać tatę, ale musiałam dobrowolnie pozwolić ich zabrać? Jakaś cześć mojego serca wrzeszczała, żebym powiedziała "Zgadzam się". Druga część mnie, kierująca się rozumem podejrzewała, że to tylko kłamstwo.
Wtedy zabrzmiały policyjne syreny. Nie zawahałam się. Nie myślałam o skutkach, nie myślałam o niczym. Po prostu wstrzymałam oddech i strzeliłam. Nie w serce, tylko w nogę. Chloe kopnęła gościa, który nad nią stał, a ja do niego strzeliłam. Krzyk. Nie wiem, jak Bradowi udało się wtrącić broń temu, który w niego celował. Być może wykorzystał element zaskoczenia, który był moją sprawką. W każdym razie on też dostał kulkę. Ashton i Chloe już pędzili do swojego samochodu. A ja gapiłam się na ludzi, którzy leżeli w krwi. Wiedziałam, że rany, które im zadałam nie były śmiertelne. Zaraz zjawi sie policja, odpowiedni lekarze i im pomogą. Ale świadomość, że sprawiłam im ból, że zraniłam drugiego człowieka... Jak inni mogą mordować ludzi, i to z zimną krwią? Miałam ochotę do nich podbiec, rzucając uprzednie pistoletem i im pomóc. Zamiast tego nadal go ściskałam, a moje rozmyślania trwały zaledwie sekundę. Brad złapał nie za nadgarstek i pociągnął za sobą do samochodu. Z piskiem opon zaczęliśmy uciekać.
Byłam przerażona. Z letargu wybudził mnie ostry dźwięk głosu Brada:
-Cholera, Ariana, miałaś uciec! Po cholerę to zrobiłaś! Przecież obiecałaś.
Poczułam sie okropnie zmęczona, mimo że długo odpoczywałam w motelu.
-Niektóre obiet­ni­ce przek­raczają nasze możliwości - odpowiedziałam.
Telefon zaczął wibrować. Dzwonił nieznany numer. Brad ostro zahamował, po czym odebrał komórkę. Trwało to chwilę. Po czym on sam zadzwonił i dziwnym, nienaturalnym głosem powiedział:
-Ashton? Zadzwonił do mnie. Jedziemy do Londynu. Załatwimy to raz na zawsze.
Przypomniał mi się komputerowo zmieniony głos. Dreszcz przebiegł po moich plecach.
-Kiedy? - spytałam roztrzęsionym głosem. Ash musiał zadać pewnie to samo pytanie, bo brunet odpowiedział:
-Jeszcze dzisiaj.


~*~
Jedno wielkie gówno, nie podoba mi się, amen. Jeszcze dwa rozdziały, prolog i po wszystkim.