31.12.2014

Rozdział 9

Przydałby mi się prysznic.
Zabawne, czemu pomyślałam o tym, gdy już trzecia godzinę interesowałam się biała ścianą, usiłując wymyślić, jak mam się z tond wydostać. Jak dać komuś zdać, że tu jestem. Próbowałam jeszcze wymyślić, dlaczego mnie tu trzymają.
Jednak nic nie zdało egzaminu. Mój mózg nie chciał pracować. Zupełnie jak po narkotyku, który ktoś dodał do drinka na imprezie.
Po pewnym czasie postanowiłam otworzyć okno i zaczepić osobę, która będzie przechodziła obok, aby mi pomogła. I tutaj znowu zawód - w skwarze dnia nikt nie miał najmniejszej ochoty wychodzić z chłodnych zaciszy swojego domu. Po chwili ja też zamknęłam okno, nie mogąc znieść dusznego powietrza.
Poznałam każdy zakamarek tego zwykłego pokoju, nie szukając niczego. Odważyłam się nawet wyjść z pomieszczenia i poszukać łazienki.
Zaczynałam wariować, tracić zmysły. Nie odzywałam się do nikogo od czasu nocnej wyprawy. Nigdy nie byłam rozgadaną osobą, ale gdy człowiek siedzi, walcząc z bezsilnością, strachem o najbliższą na świecie osobę, rzeczy się zmieniają. W odruchu miałam nawet ochotę prowadzić dialog z własną osobą, byle uwolnić się od czarnych myśli, brudzących zakamarki mojego umysłu. Coś nie pozwalało mi po prostu wybiec z tego domu, chociaż i tak nie zrobili by mi krzywdy. Nie zamknęli mnie pod kluczem, czyli ufają mi na tyle, żeby zostawić mnie w spokoju. Jaka szkoda, że będą musiała ich zawieść.
Zamykają wszystkie drzwi na noc, ale nic nie mówili o dniu. Po prostu wyczaję odpowiedni moment i ucieknę cichutko. Nawet nie zauważą, że mnie nie ma.
Podjęłam jeszcze jedną próbę i na paluszkach otworzyłam drzwi pokoju. Na korytarzu nie było nikogo. Zaczęłam się skradać i zatrzymałam się dopiero na pierwszym stopniu schodów, wytężając słuch. Na dole toczyła się dyskusja. Ośmieliłam się zejść jeszcze kilka stopni i przykucnęłam, by obserwować moich oprawców, którzy rozmawiali w przedpokoju.
-Nie będę jej pilnować - warknęła blondynka, a ja spróbowałam przypomnieć sobie jej imię.
-Zostaniesz tutaj - odpowiedział ze spokojem Ashton, a ja wychwyciłam w jego głosie nutę mściwej satysfakcji - I dopilnujesz, żeby coś zjadła.
-Nie jestem jej niańką - odfuknęła dziewczyna - Ty tak bardzo ją lubisz i rozumiesz rozkapryszone nastolatki, więc ty sobie ją popilnuj.
Poczułam się urażona. Nastolatką już praktycznie nie jestem i na pewno nie jestem rozkapryszona. Stereotyp, że jedynaczki są zadufane w sobie i zapatrzone we własne obicie w lusterku jest wredny. I zdecydowanie nieprawdziwy. A oni nie wyglądają na starszych ode mnie.
-Zachowujesz się jak dziecko - podsumował Ashton, wkładając buty.
Blondynka spojrzała na bruneta, który stał koło drzwi, przysłuchując się tej dziecinnej wymianie zdań, jakby to była codzienność. Westchnął i otworzył drzwi.
-Zostajesz Chloe - zadecydował - I zajmij się nią.
Chłopcy wyszli, a gdy tylko zamknęły się drzwi, blondynka kopnęła wściekła w ścianę. Zadowolona z rozwoju wypadków, wycofałam się do "swojego" pokoju. Samochód akurat opuszczał podjazd i niebawem zniknął z zasięgu wzroku. Czułam, jak rozpiera mnie energia, jakbym wypiła co najmniej cztery filiżanki kawy. To moja szansa, nie mogę jej nie wykorzystać. Jedną, wkurzona na cały świat dziewczynę łatwiej jest oszukać niż cała trójkę.
W mojej głowie już powstawał plan, jak zejść na dół, upewnić się że mnie nie widzi i wybiec z domu, do najbliższego mieszkania w poszukiwaniu pomocy. W końcu nie jestem na odludziu.
W mojej podświadomości coś drgnęło...
Co oznaczał rozkaz " Zajmij się nią" ?
Wykręciłam boleśnie palec, by nie dać się ponieść panice. Dobra, trudno. Chloe na pewno nie będzie chciała się mną "zajmować". Jest zbyt zajęta swoją osobą.
Gdy tylko to pomyślałam, drzwi do pokoju otworzyły się. Blondynka weszła z przyklejonym na twarzy sztucznym uśmiechem, przez który wzdłuż mojego kręgosłupa przeszły ciarki.
-Choć za mną - powiedziała z nieudaną słodyczą w głosie. Zwracała się do mnie jak do dziecko. Złożyłam ręce na piersi, czekając, aż zwróci się do mnie jak do osoby dorosłej. Zmierzyłam ją wzrokiem, nie ruszając się z miejsca.
Chloe dała sobie spokój ze sztucznym uśmiechem i zrezygnowanym tonem, jakby znudzona, odparła:
-Choć, zrobisz ze sobą porządek.
Uznałam, że na razie musi wystarczyć i posłusznie za nią ruszyłam. Jeszcze ją wychowam, że oduczy się nazywana mnie "rozkapryszoną nastolatką".
Zaprowadziła mnie do łazienki i opierając się o ścianę, wyliczała:
-Tu masz ręcznik, nowe ciuchy, szczoteczkę, mydło i jak chcesz, możesz się umalować - kończąc, wyszła z łazienki i słodkim, kpiącym głosem, zwróciła się do mnie, stojącej na środku łazienki i ogłupiałą miną - Miłej kąpieli.
Drzwi się za trzasły i usłyszałam szczęk zamka. Czyli przynajmniej ona nie ma do mnie zaufania. Z jej całą wyniosą postawą, jako jedyna ma cholerną rację.
Stanęłam i rozejrzałam się po łazience. Raczej nie mam jak się z tond wydostać, więc chyba skorzystam z "gościnności" i wezmę ten cholerny prysznic, za który dałabym się pokroić dziesięć minut temu. Ściągnęłam ubrania i weszłam pod prysznic. Wrząca woda spłynęła po moim ciele, mocząc włosy i pobudzając. Wylałam dosyć sporą ilość szamponu na dłoń, i wmasowałam w przetłuszczające się włosy. Później dokładnie umyłam się mydłem, który nie był o zapachu wanilii, którego zwykle używam, ale nie wybrzydzałam. A później stałam, i stałam, dając się opłukiwać ciepłej wodzie. Kurek zakręciłam dopiero wtedy, gdy usłyszałam pukanie do drzwi i rozdrażniony głos Chloe:
-Już?
-Jeszcze nie.
Wytarłam się ręcznikiem i włożyłam czysta bieliznę, która leżała koło ubrań. Spojrzałam na nie i jęknęłam. Musiały to być ciuchy blondynki, które mi "wspaniałomyślnie" pożyczyła. Były czarne. A ja, przyzwyczajona do dziewczęcych, jasnych strojów, patrzyłam na nie jakbym nie wierzyła, ze naprawdę tu leżą. W końcu chcąc nie chcąc włożyłam na siebie ciasne, czarne, skórzane rurki i t-shirt. Przejrzałam się w lustrze i uznałam, że wyglądam jak idiotka. Znalazłam suszarkę i wysuszyłam włosy, rozczesałam i zostawiłam rozpuszczone, nie mając jak je związać ani zakręcić na lokówce, jak to zazwyczaj miałam w zwyczaju. Umyłam zęby i zrobiłam makijaż. Gdy odstawiałam na miejsce tusz do rzęs, ktoś przekręcił klucz w drzwiach i wszedł do zaparowanej łazienki. Dziewczyna zmierzyła mnie wzrokiem, po czym powiedziała:
-Przynajmniej teraz wyglądasz na swój wiek.
Podniosła moje ubranie i wrzuciła do kosza, stojącego przy drzwiach. Ja natomiast zabawiałam się, mordując ja wzrokiem i czerpiąc radość z myśli, jakie okropieństwa mogłabym jej zrobić, gdybym była nieco większa i silniejsza.
Zeszłyśmy na dół, do kuchni. Jednak robiła za moją niańkę. Zamówiła pizzę wegetariańską, bo wiedziała, ze nie jem mięsa. Nie chciałam wiedzieć, skąd ma takie informacje. Już sam fakt, że zjadłam prawie 3/4 pizzy, był przerażający. Postawiwszy przede mną herbatę z lodem, wlepiła we mnie swój wzrok. A  ja, nie dając za wygraną, patrzyłam się na nią.
Uderzyło mnie to, jaka jest ładna. Zielone oczy, górna warga wysunięta lekko do przodu, a same usta były pełne i lekko różowe. Nie malowała się mocno, co kontrastowało z jej stylem ubierania. Jansa cera, jasne włosy... Gdyby nie ten kpiący uśmiech i spojrzenie zza przymrożonych powiek, powiedziałabym, że jest delikatna dziewczyną o niespotykanej urodzie. Co ona robiła w tym bagnie, w którym siedziałam i ja, nie wiedząc za jakie grzechy lub grzechy moich przodków?
-Wyjaśnijmy sobie coś - powiedziała powoli - Niańczyć cię nie będę, ani przejmować się tym, czy jesz czy nie. Jesteś tu, bo ten debil spaprał sprawę i musimy za to cierpieć. W każdym razie nie próbuj zwiewać, bo i tak nie dasz rady.
Gdyby wiedziała, jaką radość w tej chwili sprawia mi mordowanie ją w środku. Mordowanie ich wszystkich po kolei.
-Po co mnie tu trzymacie? - zaryzykowałam - Zróbcie, co macie zrobić od razu, a nie dawajcie mi głupią nadzieje.
Ucieszyłam się, ze nie zabrzmiałam jakbym sie załamywałam. Zupełnie odwrotna sytuacja toczyła się wewnątrz mojej osoby - byłam jak okręt miotający się na sztormie bez kapitana.
Chloe nadal milczała, wpatrując się we mnie uporczywie. Pociągnęłam łyk zimnej herbaty i kontynuowałam:
-Gdzie jest mój ojciec? Doskonale wiem, że...
Przerwały mi dźwięki : śmiechy oraz trzask zamykanych drzwi. Chloe wstała natychmiast i podążyła do przedpokoju. Ja natomiast wymknęłam się z kuchni do salonu. Było zaskakująco czysto, choć w oczy kuły niektóre przedmioty, który nie powinny się tu znajdować. Zrobiłam duży krok nad ciężkimi butami i usiadłam na fotelu odwróconym do okna. Na zewnątrz było słonecznie, ale okno znajdowało się w cieniu wielkiego drewna. Odetchnęłam z ulgą, gdy na moją twarz dmuchnął strumień zimnego powietrza. Ktoś musiał włączyć klimatyzacje.
Czemu oni nie traktują mnie jak ostatniego śmiecia, tylko jak chwilowego gościa? Czemu nie odpowiadają na moje pytania? Zachowują się tak, jakby... Jakby co? Jakby próbowali z tego zrobić normalną sytuację czy coś w tym rodzaju. Jakbym była na wakacjach. Teraz, w tym momencie, miałam już dojeżdżać do pięknych plaż, śpiewając razem z Aną i dodając zdjęcia na instagrama. Przed oczyma pojawiła się roześmiana twarz...
Ktoś wszedł do salonu. Wstrzymałam oddech i skuliłam sie na wielkim fotelu, na którym siedziałam, nie ruszając się. Nieznajomy coś położył - sądząc po dźwięku - i wyszedł. Powoli, odwróciłam się, a moje serce zaczęło bić szybciej.
Komórka.
Jednym susłem dostałam się do niej i miałam ją w swoich drżących palcach. Kliknęłam, a na ekranie pojawiła się blokada, żądająca hasła. Bez namysłu kliknęłam 'numer alarmowy'.
Z urywanym oddechem wstukałam numer na policje. Właśnie w tej chwili usłyszałam głos blondynki:
-Gdzie jest Ariana?
Rzuciłam się do ucieczki, w mgnieniu oka znalazłam się na schodach i pędziłam do pokoju, aby tam się zabarykadować. Problem w tym, że za mną te coś biegną. Rozpaczliwie podciągając nosem, zatrzasnęłam drzwi i naparłam na nie całą swoją siłą, klikając słuchawkę połączenia. Usłyszałam pierwszy sygnał... Drugi...
Drzwi otworzyły się gwałtownie, a ja upadłam na ziemię wypuszczając z rąk komórkę, która potoczyła sie i zgasła. Rzuciłam się rozpaczliwie po nią, ale ktoś złapał mnie za kostki i odciągnął. Wyłączył telefon i schował go do kieszeni.
Dopiero gdy stanęłam na nogach, Ashton odwrócił się do mnie. Poczułam falę chłodu. W jednej chwili znalazłam sie przygnieciona do ściany jego ciężarem, a jego dłonie oplatały moje chude nadgarstki. Byłam pewna, że mi je połamie.
-Co ty sobie kurwa wyobrażasz? - zasyczał mi w twarz, a ja czułam, jak łzy, które powstrzymywałam, leją się po policzkach. Zacisnęłam oczy - Myślisz, że to jakaś pierdolona zabawa? Jesteś na tyle głupia, żeby nie pojmować, w jakiej sytuacji się znalazłaś? ODPOWIEDZ!
-Puść mnie - wyszlochałam - Zostaw mnie w spokoju....
-Nikt ci nie pomoże. Słyszysz? NIKT!
Szamotałam się, aż w końcu mnie wypuścił. Osunęłam się po ścianie i zaczęłam szlochać. Chłopak opuścił "mój" pokój, zamykając drzwi z trzaskiem. Później usłyszałam dźwięk, który przeraził mnie bardziej od jego krzyków - dźwięk klucza przekręcanego w zamku. Zerwałam się na nogi i szarpnęłam klamką. To na nic. Byłam zamknięta.
-Ashton? - zapytałam głośno, szarpiąc za klamkę - Ashton wypuść mnie!
Nic. Walnęłam pięścią w białe drzwi i wrzeszcząc:
-Wypuść mnie! Wypuść mnie do cholery!
Waliłam w drzwi pięściami, otwartymi dłońmi, kopałam i szarpałam za klamkę. Gdzieś w połowie się rozpłakałam się, wrzeszcząc histerycznie i wzywając pomocy. Nie przestałam, gdy zrezygnowana osunęłam się po nich i robiłam to na siedząco. Myśl, że zostałam zamknięta w pokoju, dodała w moich żyłach adrenaliny. Krzyczałam, wrzeszczałam... Wszystko na marne. Nikt nie przyszedł.
Zasnęłam na podłodze, zrezygnowana i wyczerpana płaczem. Do końca cicho pukałam i prosiłam, żeby mnie wypuścili.
Mogłam czekać jedynie na księcia, który mnie uwolni z zamkniętej wieży...





Yep, Dżojlitka wróciła, zobaczymy na jak długo.
No miśki, kończy się ten beznadziejny rok ( przynajmniej dla mnie był chujowy). Teraz trzymam kciuki aby 2k15 r., był o niebo lepszy. I believe.
Życzę Wam spełnienia wszystkich marzeń w Nowym Roku. Nie będzie on dużo lepszy od tego,  który mija, jeśli się nie postaramy z całych sił i całego serca nie zaprzemy się nogami i nie powiemy sobie "Dość, teraz ja". Ja zamierzał schudnąć i wyrobić sobie kondycje. Może nie będę miała zadyszki po pierwszej minucie biegu. Życzę wam również wiary w siebie, bo każdy bez wyjątku jest niezwykły, a jego talent drzemie w nim, należy tylko go odkryć. Spotkania idoli, dużo miłości i uśmiechu. Każdy jest piękny, zapamiętajcie sobie. Trudno w to uwierzyć, nawet mi czasami jest trudno. A wtedy wracam do dawnych opowiadań, listów od przyjaciół i tweetów do idoli. I uświadamiam sobie, ze jestem coś warta. A jeśli moje wnętrze jest coś warte, to moje ciało również, moja twarz też. Znalazłam w sobie atuty, których wcześniej nie zauważyłam. Życzę Wam, żebyście osiągnęli w waszej walce jak najwięcej. Za Narnie, za Aslana!
Sobie życzę, żebym skończyła do końca to i inne fanfiction i w końcu nie obżerała się tymi ciastkami. Chyba, ze to będzie ptasie mleczko, wtedy mogę. I w końcu schudła na bokach, eh.

Kocham Was z całego serducha, dajecie mi siłę i motywacje. Nigdy Wam tego nie zapomnę x

Justysia ♥

23.11.2014

Zawieszenie czyli Joylittka i inne potworki

Szok? Joylittka odpuszcza sobie pisanie i nie dokończy jakiego opowiadania? Czy Justysia dobrze się czuje?




Soł, dla mnie to też jest trudne, bo jak coś zacznę, muszę skończyć. Ale zgadnijcie, przez kogo to wszystko? No, przez szkołę.
Dobra, możecie mówić, że mogę pisać w weekendy. Ale ok, nie należę do osób, które piszą na odwal się, byle dodać. Nie jestem tym typem. Wstaje w poniedziałki o 5:30 i wracam o 5pm, w środę ta sama godzina pobudki tylko wracam o godzinę wcześniej. Wtorek, czwartek i piątek to jest katorga : wstaje o 4pm, bo mam autobus 5:11 i nie mogę się spóźnić, bo nie mam innego. Zmieniam przewoźnika na prywatnego, zobaczymy czy będzie lepiej czy nie. Jak przychodzę, mam ochotę się położyć i spać, ale nie mogę. Chce się załapać na dobre praktyki, więc lecę na samych piątkach i czwórkach ( szóstki też sie zdarzają) a jak dostanę trójkę, co dla mnie jest straszną porażką, to zapieprzam jak nigdy dotąd. Możecie mi mówić, że za bardzo sie przejmuje, słyszałam to tysiąc razy. Ale ja taka jestem, wiem że wiele osób chciałaby mieć mój upór, tym bardziej że nauka idzie mi lepiej i szybciej od innych przyswajam nowe wiadomości ( o losie, zaczęłam lubić matematykę).
Mam jedynie sobotę na jaki taki odpoczynek, bo niedzielę zapieprzam na cały tydzień, odrabiam zadania i uczę się na poniedziałek. Przykładna uczennica ze mnie, nie ma co.
Poza tym, czynnikiem mojego "prywatnego" życia, którego nie mam, jest samo opowiadanie. Na początku szło dobrze, a teraz wyświetlenia spadły, komentarze etc. W dodatku sama fabuła zaczyna mi się zdawać trochę kiczowata. Wiedziałam, że tak będzie.
Zaczęłam pisać coś innego, coś w moim stylu. Chyba to co teraz tutaj pisze nie płynie tak z serca. Musze tego doświadczyć, przekonać się do bohaterki, w którą się wcielam, muszę czuć to co ona. Udało mi się to raz, na poprzednim blogu. Był straszny, ale uwielbiałam moją Megan i czasami jak wspominam abo przeglądam posty, czuję pustkę, bo wiem że to już jest zamknięte. Jak na razie nie potrafię utożsamić się całkowicie z Ari. A to dla mnie bardzo ważne.
Pracuje nad czymś innym, co planuje opublikować w czerwcu, coś innego i dotąd nieznanego. Zazwyczaj ff są o gangach, nieszczęśliwej miłości albo o... no wiecie. A to na co ostatnio wpadłam, oglądając jeden film, wydaje mi się naprawdę dobre. Pierwszy rozdział już jest, oceniony przez jedna osobę. Podobno naprawdę dobry, ale muszę nad tym popracować, żeby było per-fect. Jeśli coś z tego wyjdzie, koło maja pojawi się zwiastun, a 1 czerwca prolog.
Nie oznacza to, że całkowicie kończę z "Winny". To ZAWIESZENIE, a nie usunięcie. Jak na razie. Biorę sobie """urlop""" na cały grudzień, może coś napiszę w między czasie. Jeśli nie pojawię się na początku stycznia, miejcie małą nadzieje. Jeśli nie będzie mnie w lutym, to... W każdym razie, powiadomię Was o mojej decyzji. 
Możecie mnie znienawidzić, pozwalam Wam :)

Jeśli są tu jacyś fani Brada, informuje, że ja i Klaudia kombinujemy coś na projekt świąteczny. Więc śledźcie Brad Kavanagh Poland na twitterze i facebooku x


Do zobaczenia kochani, mam nadzieje.


Joylitte x

07.11.2014

Rozdział 8

To nie była moja poduszka. To nie była moja kołdra. Nie pachniały wanilią. Poszewki były szorstkie, pozbawione delikatności. Trudno mi powiedzieć, dlaczego akurat to wydało mi się dziwne jako pierwsze.
Potem przyszedł potworny ból. Syknęłam i dotknęłam tyłu głowy, wyczuwając wielkiego guza. W głowie zaczęło mi się kręcić, tak że marzyłam, zęby znowu zasnąć i obudzić się jak wszystko minie.
Ale musiałam otworzyć oczy. I gdy to zrobiłam, przekonałam się, że to nie jest mój pokój.Ściany były pomalowane na biało, a meble ciemne. Nie było żadnego obrazu, żadnego lustra. Nic, co by pomogło mi stwierdzić, do kogo należał ten pokój.
Odgarnęłam pierzynę i usiadłam, dotykając rozgrzanymi stopami dywanu. A potem przyszły wspomnienia, rzucając się na mnie jak drapieżne stworzenia, rozrywając serce i powodując jeszcze większy ból. Strzały, krzyk mojego taty, wzrok Ashton'a, gdy traciłam przytomność.
Na stoliku obok łóżka stała szklanka wody i zegar. Byłam tak spragniona, że nie myślałam nad tym, czy wypić. Po prostu to zrobiłam.Otarłam usta wierzchem dłoni i spojrzałam na zegar.
Dochodziła szesnasta.
Z niemałym trudem wstałam i chwiejnym krokiem podeszłam do okna. To co zobaczyłam, nie spodobało mi się. To nie był Londyn. Trawa rosła przed domami z ogrodami, gdzie kwitły kolorowe kwiaty. Byłam jakimś przedmieściu albo na wsi.
Zaczęła ogarniać mnie panika. Gdzie oni mnie zabrali? Co oni mi zrobią? I kim są ci 'oni'?
Czy policja zaczęła mnie już szukać?
Odsunęłam się od okna, gdy przez ulice przejechał samochód. Stałam na środku pokoju, nie wiedząc co ze sobą robić. Oprzytomnił mnie hałas. Ruszyłam przez pokój i otworzyłam drzwi, dziękują Bogu, ze nie skrzypią.
Wyszłam na korytarz z jasnymi panelami i białymi ścianami. Postanowiłam iść w lewo i chwilę później zobaczyłam schody.
I usłyszałam przytłumione głosy.
Powoli, starając się jak najciszej zejść na dół, wytężałam słuch, chcąc usłyszeć o czym toczy się dyskusja na dole. Jednak nie mogłam zrozumieć żadnego słowa, nawet gdy znalazłam się w holu. Cicho, tak jak kot, szłam w stronę uchylonych drzwi. Dopiero teraz mogłam doskonale słyszeć. I widzieć.
-Nie drzyj się tak, obudzisz ją - warknął blondyn, którego imię już znałam. Ashton. Serce zaczęło mi bić szybciej.
-Wiesz co Irwin? Skoro tak bardzo zależy ci na niej, trzeba było jej pilnować! - odkrzyknęła mu blond włosa dziewczyna, z czerwonymi wypiekami na twarzy ze złości.
-Nic jej się nie stało, mogłabyś dać sobie spokój i zająć się własną robotą?!
-Ashton, prawie ją zgwałcono i porwano. Nie wiem jak dla ciebie, ale dla mnie to nie jest nic - odpowiedział mu chłopak z ciemnymi włosami, stojący do mnie tyłem. Jako jedyny starał się trzymać nerwy na wodzy. A ja starałam się przypomnieć, czy kiedykolwiek słyszałam już ten głos.
-Czyli to wszystko moja wina, tak? - odpowiedział blondyn ze złością. Blondynka prychnęła.
-Gdybyś trzymał się planu, do niczego by nie doszło - powiedział brunet i przeczesał palcami włosy.
-Gówno prawda - warknęła dziewczyna - I tak by do tego doszło, ale gdyby nie ten idiota, wszystko było by tak, jak zaplanowaliśmy.
-Jak na swoja rasę szczekasz za głośno, Mortez - odgryzł się Ashton - Przypominam, że to ja musiałam jej pilnować, gdy wy sobie siedzieliście na dupach i nic nie robiliście!
-Tak Ashtonku, wspaniale ci to wyszło! Dorzucili je narkotyków do drinka i wywlekli na z klubu, gdyby nie Brad...
-Chloe, dość - przewał jej w pół zdania brunet, siadając na krześle i chowając twarz w dłoniach - Wszytko się zawaliło. Będziemy musieli zacząć od początku...
Miałam dość schowania się za drzwiami i słuchania, jak o mnie rozmawiają. Gdy tylko umilkli, wyprostowałam się i pchnęłam drzwi. Cała trójka spojrzała na mnie z zaskoczeniem. Mimo tego, z e to ja miałam element zaskoczenia, poczułam się mała i chciałam się wycofać. Było jednak za późno.
Musiałam powiedzieć to, na co musiałam otrzymać odpowiedź:
-Gdzie jest mój tata? - spytałam, brzmiąc jak dziecko, które zgubiło ojca w sklepie - Gdzie on jest?
Mówiąc to patrzyłam na Ashton'a, bo jako jedynego znałam go z całego towarzystwa. Blondyn spojrzał na swojego przyjaciela, nie wiedząc co odpowiedzieć.
-Ariana... - zaczął, robiąc krok w moja stronę. Cofnęłam się.
-Nie zbliżaj się do mnie - odparłam cicho - Gdzie jest mój ojciec? Kim wy do cholery jesteście?
Zebrałam się w sobie i spojrzałam na pozostałą dwójkę, którzy pewnie usiłowali wymyślić, jak wybrnąć z tej sytuacji.
-Gdzie jest mój ojciec? - powtórzyłam. Blondynka westchnęła i złożyła dłonie na piersi.
-Bardzo dobre pytanie. Sami chcielibyśmy to wiedzieć.
-Nie wiecie? - spojrzałam na Ashton'a, wyczytując z jego twarzy lekkie poczucie winy - Musimy iść na policję.
Wycofałam się z pokoju, zmierzając ( jak mi się wydawało) do drzwi wejściowych. Już miałam dłoń na klamce, gdy usłyszałam dźwięk, którego nie da się pomylić z żadnym.
Odbezpieczanego pistoletu.
Powoli się odwróciłam i ujrzałam blondynkę, która mierzyła we mnie ze swojej broni.
-Nawet nie próbuj - wycedziła przez zęby - Teraz wróć na górę i poczekaj, aż dorośli skończą rozmawiać.
Spojrzałam na Ashton'a, jakbym liczyła, że jest jedynym moim sprzymierzeńcem. Blondyn wyglądał, jakby miał zamiar się kłócić. W tej chwili nie wiedziałam co robić. Po prostu stałam i patrzyłam się na nich.
W końcu powoli ruszyłam w stronę schodów i weszłam po nich. Ruszyłam korytarzem do pokoju, w którym się obudziłam. Cicho zamknęłam za sobą drzwi. Zsunęłam się po ścianie, podkurczyłam pod siebie kolana i oparłam na nich brodę. Nie wiedziałam co myśleć, co czuć, nie wiedziałam nic.
Czułam się, jakby całe szczęście przestało istnieć.
Mieli jakiś plan, który im się nie powiódł. częścią tego planu była moja osoba. Prytanie brzmi, dlaczego?
Na zastanawianie się będzie czas później. Jedno było pewne, musiałam stąd uciec. Mieli broń, a wyglądali niewiele na starszych ode mnie. Musiałam wydostać się z tego domu i znaleźć kogoś, kto mi pomoże. Byłam w obcym miejscu, z obcymi ludźmi. Jedynym miejscem, gdzie mogliby mi pomóc jest komisariat policji.
Czy policja o tym wszystkim wiedziała? Jeśli tak, czemu nic nie zrobiła? Ci ludzie są niebezpieczni.
Minęła dobra chwila, zanim zdołałam uspokoić swoje myśli i uporządkować wszystkie wydarzenia.
ktoś się na nas uwziął, z nieznanego mi powodu. Wysyłał listy z groźbami, dosypał mi czegoś do drinka, później napadł na nas. Tylko to nie wyjaśniało, czemu obudziłam się tylko z guzem na głowie, a nie w jakimś starym, cuchnącym magazynie.
Zaszlochałam. Powinnam teraz wyjeżdżać z Londynu razem z Aną i jej rodzeństwem na wakacje. Nad morze, za którym tak cholernie tęskniłam.
Drzwi otworzyły się i do pokoju wszedł Ashton. Usiał na przeciwko mnie, nie wiedząc co zbytnio ma robić. Po raz pierwszy mogłam mu się dokładnie przyjrzeć.
Chłopak zaczął nerwowo wykręcać swoje palce, nie wiedząc od czego zacząć. Nie zamierzałam ułatwić mu sprawy, niech się męczy. Nie zamierzałam nawet się odzywać, jeśli do jakieś dyskusji miało dojść.
W końcu odezwał się. Był pewny siebie do tego stopnia, ze mnie to zaskoczyło.
-Musisz tu zostać - powiedział, a ja spojrzałam na niego spod łba - Posłuchaj, wiem, że to wszystko może wydawać ci się dziwne, ale nie chcemy ci zrobić krzywdy. Przykro nam, że akurat na ciebie to wypadło.
Akurat na mnie? Mam tu zostać? Nie chcą mi zrobić krzywdy? Tak, to by wyjaśniało grożenie mi kulką w łeb, jeśli tylko postawię stopę za próg tego domu.
-Raczej nie masz ochoty na rozmowę, co? - spytał sarkastycznie, a gdy mu nie odpowiedziałam, wstał z podłogi - Jak będziesz głodna, zejdź do kuchni. Wiesz, gdzie jest.
Zaledwie zamknęły się za nim drzwi, podniosłam się i ruszyłam do okna. Zeskoczenie nie wchodziło w grę, było za wysoko. Mogłam spróbować wymknąć się, związać prześcieradła tak jak na filmach, ale z moim szczęście, złamałabym sobie przynajmniej jedną kończynę. Albo gdy wszyscy pójdą spać, wymknąć się przez frontowe drzwi. Tak, to było najbardziej rozsądne rozwiązanie.
Wsunęłam się znowu pod kołdrę i zamknęłam oczy, próbując zasnąć. Sen zmorzył mnie dopiero po dwóch godzinach.

***

Obudziło mnie nieprzyjemne ssanie w żołądku. Mój organizm potrzebował jedzenia, a ja nie chciałam schodzić na dół do kuchni. Byłam w obcym domu, uwięziona przez ludzi, których nie znam.
Oczywiście robili to dla mojego dobra.
Nadal nieco kręciło mi sie w głowie od mocnego uderzenia, zadanego mi wczoraj w głowę. Guz również nie zmalał - nadal był sporej wielkości. Westchnęłam i przekręciłam sie na drugi bok.
Czułam dziwną pustkę. Niby nic mi się nie stało - nie miałam złamanej ręki ani nogi, nie byłam postrzelona, tylko z guzem na głowie. Fizycznie było wszystko w porządku. Psychicznie natomiast byłam wrakiem.
Porwali mojego ojca. To, że stała mu się jakakolwiek krzywda, nie dopuszczałam nawet do świadomości. Co zrobiliśmy oboje nie tak, żeby sobie na to zasłużyć. Żeby zasłużyć sobie na groźby, zastraszanie i znęcanie. Próbowałam sobie przypomnieć, czy od wprowadzenia sie do Londynu, stało się coś, za co można było nas ukarać. Nie znalazłam niczego.
W pokoju panował półmrok. Księżyc przebijał się przez zasłonięte zasłony. Nie przypominałam sobie, żebym je zaciągała.
Policja pewnie mnie szuka. Mnie i mojego taty. Jaki sens ma trzymanie mnie tutaj? Nie lepiej oddać mnie policji? Tam byłaby bezpieczniejsza niż w domu nie wiadomo gdzie.
Musiałam się z ton wydostać. Nie mogłam tu tkwić wśród obcych ludzi, którzy mnie uwięzili. Nie przykuli łańcuchami do łóżka, fakt. Ale porwali mnie i nie chcieli, żebym poszła na policję.
Wyślizgnęłam się spod pierzyny i chichotko na palcach otworzyłam drzwi. Światła były pogaszone, wiec mogłam wywnioskować, że wszyscy śpią, albo ich nie ma. Zamknęłam je z powrotem.
Nie miałam butów. To, że zaczęło się lato, nie znaczy ze mogę biegać w leginsach i bluzce z krótkim rękawem oraz bez butów po ulicy.
Przeszukałam cała szafę i nie znalazłam nic. Ani jednego ubrania, pary butów czy chusteczek higienicznych. Kompletnie nic.
Nie powinno mnie to dziwić - przecież nie przenieśliby mojej całe garderoby z mojego domu. Pozostało mieć nadzieje, że znajdę coś na dole.
Powtórnie otworzyłam drzwi i najciszej jak potrafiłam zeszłam po schodach do frontowych drzwi. Serce zabiło mi szybciej, gdy chwyciłam za zimną klamkę. Pociągnęłam ją w dół.
Zamknięte.
Wzięłam głęboki wdech, czują, jak panika mnie ogarnia. Rozglądnęłam sie w poszukiwaniu butów, jednak żadnych nie znalazłam.
Oparłam czoło o drzwi, starając się skoncentrować. Mogłam spróbować wyjść przez okno. Cichutko, by nie zrobić żadnego hałasu, podążyłam do jedynego pomieszczenia, które "znałam". Czyli do kuchni.
Na myśl o jedzeniu zrobiłam się jeszcze bardziej głodna.
Uchyliłam drzwi do kuchni i oślepiło mnie jasne światło. Cholera. Ktoś już tam było. Moje ręce zaczęły sie pocić, a serce przyśpieszyło. Nie mogłam się wycofać, bo chłopak zauważył moją obecność.
Chociaż czułam, jakbym miała zaraz zemdleć, wkroczyłam nieśmiało do kuchni. Chłopak, który siedział przy stole, obserwował mnie z zaciekawieniem. Stanęłam w połowie drogi, gdy zauważyłam drzwi.
-Czemu nie śpisz? - spytał brunet, lekko śmiejąc się z mojego zaskoczenia jego osobą.
-Chciało mi się pić - skłamałam cicho - I jeść.
Chłopak wstał i z uśmiechem na ustach wyciągnął szklankę z szafki. Nie rozumiem, co go tak śmieszy.Nalał do niej wody, obserwując mnie kontem oka i podał mi szklankę. Powoli po nią sięgnęłam, nie patrząc na jego twarz, tylko na wodę. Upiłam łyk. Chłopak odwrócił się i zaczął czegoś szukać w lodówce. Obserwowałam jego plecy, starając się przypomnieć jego imię.
Postawił kilka produktów na stole, dając mi do zrozumienia, że mam sobie sama przygotować posiłek. Usiadłam na krześle, gdy on zajął miejsce na przeciwko i zajął się sobą i swoim laptopem.
Czułam się co najmniej niezręcznie. Żułam kanapkę i gapiłam się w blat stołu, zastanawiając się czy odezwać się czy nie. W końcu i tak z tond ucieknę, więc nie widziałam sensu nawiązywania jakichkolwiek kontaktów.
-Czemu nie idziemy na policję? - spytałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język. Brunet nie odpowiadał, tylko patrzył się w monitor swojego laptopa. Gdy minęło na tyle czasu,  że mogłabym pomyśleć że nie słyszał lub zignorował pytanie, odezwał się:
-Policja nam nie pomorze.
-Skąd wiesz? Lepiej iść na policję, niż siedzieć tutaj i nic nie robić.
Chłopak spojrzał na mnie. Iskierki w jego oczach zgasły. Poczułam, jak gęsia skórka pokrywa moje nagie ramiona. Nie odpowiedział, tylko znowu spuści wzrok na ekran laptopa, marszcząc brwi.
Zignorował mnie. Super. Naprawdę ekstra. Myśli, że jest mi tutaj dobrze? Jest chory psychicznie, tak jak reszta tych wariatów.
Wstałam, zostawiając bałagan który został po robieniu posiłku. Gdy wychodziłam z kuchni, usłyszałam jego głos.
-Jeśli następnym razem bedziesz chciała uciec, to pamiętaj, że drzwi są zawsze zamknięte.
Wyszłam, zaciskając pięści. I tak ucieknę. Nie jestem więźniem.


PIERWSZY ROZDZALIK Z BRADZIKIEM I CHLOE! BOOOMSH
A teraz będę coś wyjaśniać - fanfiction NIE JEST O GANGACH. Będzie inne, dowiecie się w dalszych rozdziałach.
A co do rozdziałów. Idk czy dam rady się wyrabiać, postaram się ale też muszę napisać specjał świąteczny ( a takowi będzie) dla Brad Kavanagh Poland gdzie aminuje z Klaudią ( pozdrawiam kochanie x). I nie mam pomysłu jak dalej rozwiać akcje.
Ari będzie przebiegła. i promise. Dostanie jej się od Ashtonka.
Napiszcie co sądzicie o rozdziale x
Love, Joylitte x

24.10.2014

Rozdział 7

Rozdział dedykuje siostrze, która w poniedziałek obchodziła urodzinki :) Sto lat kochanie ♥
_____________________________________________

Było koło dziesiątej rano. Słońce wpadało do mojego pokoju, a ja obserwowałam jego długie promienie na ścianie mojego pokoju. Odkąd obudziłam się w sobotę po południu, bez przerwy myślałam o tym, co stało się w piątkowa noc. Leżałam na łóżku i nie robiłam kompletnie nic, poza zatracaniem się w myśli. Czasami podchodziłam do okna i obserwowałam bacznie ulicę, starając się wypatrzeć blond czuprynę. Na próżno. Ashton zapadł się pod ziemię po swoim heroicznym wyczynie w postaci uratowania mojego bezmyślnego tyłka.
Zabawne, jak potoczyły się sprawy - jeszcze trzy dni temu oddałabym wszystko, łącznie ze swoim talentem, żeby dał mi spokój. Teraz pragnęłam go zobaczyć, poczuć jego baczny wzrok na sobie.
Mój tata wrócił godzinę temu i odbyliśmy długą, poważną rozmowę na temat moich wakacji. Pomimo tego, że piątkowa impreza była jednym z najgorszych przeżyć w moim życiu, chciałam pojechać. Nadal mocno wierzyłam, że gdy wrócę do Londynu , opalona przez słońce, wszystkie moje troski zniknął. Że dadzą mi i mojemu tacie spokój.
Ku mojemu zdziwieniu, udało mi się go przekonać, żebym jednak pojechała. Musiałam uśmiechać się i wysłuchiwać, jaki jest ze mnie dumny, ze nie pakuje się w kłopoty,. że nie robię nic, co by zagroziło mojemu zdrowiu. Że go słucham i szanuje i w nigdy nie złamałam obiecanego słowa.
Moje serce z każdym jego słowem robiło się cięższe. W końcu poczucie winy było na tyle duże, że postanowiłam skłamać, że muszę się przygotować na wręczenie dyplomu ukończenia szkoły. Ze łzami w oczach tata objął mnie i powiedział jeszcze raz, że jest dumny mając taką córkę.
Ja natomiast czułam się jak najgorsza zdzira pod słońcem.
Postanowiłam jednak, że tata nigdy nie dowie się, co zrobiłam. Nigdy. Bałam się jego reakcji, bałam się tego co mógłby zrobić, gdyby się dowiedział, do czego doszłoby gdyby nie Ashton... No właśnie.
Moje myśli bez ustanku krążyły wokół chłopaka. Próbowałam go rozgryźć - na jakie zlecenie mnie chronił, na kogo polecenie obserwował każdy, nawet mój najmniejszy krok. Starałam się dojrzeć luki w jego idealnym planie śledzenia mnie.
Pozostawała jeszcze sprawa listów. Kto je przesyłał? I dlaczego tata się tym tak przejął.
Jeszcze niedawno perspektywa przeszukania jego biurka, byłaby dla mnie owocem zakazanym. nie chciałam tego robić - to był jego prywatny obszar w tym domu, gdzie ja nie miałam wstępu i gdzie on mógł załatwiać w ciszy i spokoju swoje sprawy.
Ale teraz ten pomysł zaczął się robić kuszący. Przeczytanie listów, dowiedzenie się co za informacje ukrywają... To pomogłoby zrozumieć mi zamiary Ashton'a. Coraz częściej przyłapywałam się na tym, że jak tylko trzaskały gdzieś drzwi, chciałam pobiec do jego gabinetu i znaleźć te tajemnicze koperty.
Westchnęłam i wstałam z łóżka. Za kilka godzin dostanę swoje wymarzone świadectwo, skończę liceum i oficjalnie będę mogła się nazywać studentkom... I zamiast się przygotowywać, leżę jak długa, myśląc i nie mając pojęcia, jak długo te przedstawienie będzie trwało.
Podeszłam do szafy i otworzyłam ją. Spośród mnóstwa ciuchów, wyciągnęłam czarną, krótka sukienkę o prostym fasonie, piękna i elegancka, taka jaką lubię. Ana uznała, że jest po prostu nudna - ja natomiast zostałam właśnie oczarowana jej prostotą.
Położyłam ją ostrożnie na łóżku i zaczęłam szukać szpilek, które do niej kupiłam. Łatwe to się nie okazało. Sprzątałam tydzień temu, a moja szafa już wyglądała jakby przeszło przez nią tornado. W końcu je znalazłam. Leżały w pudełku obok kaset ze starymi nagraniami. Uśmiechnęłam się smutno na myśl o mamie. Podobno czas leczy rany. Niektóre są jednak zbyt głębokie, żeby mogły zniknąć. Niektórzy ludzie są zbyt dla nas ważni, żeby o nich nie myśleć każdego ranka. A każda myśl sprawia ból i przywołuje tęsknotę.
Gdyby mama tu była, pomagałaby mi ułożyć włosy, zrobić makijaż. Kochałam tatę najmocniej na świecie, jednak mama to mama. Ona zrozumie, bo wie, jak to jest być nastolatką. Wie, jak to jest kochać się w członkach zespołu, piosenkarzach i aktorach. Wie, jak to jest mieć obsesję na punkcie serialu czy ulubionej pary butów.
Zamknęłam szafę i z ciężkim sercem ruszyłam do łazienki na dole. Ta na górze miała prysznic, a ja miałam ochotę na długą, relaksacyjną kąpiel w wannie. Odkręciłam kurek, napuszczając gorącej wody, nalałam ulubionego, waniliowego płynu do kąpieli, rozebrałam się i weszłam do wanny.Kąpiel pozwoliła ukoić moje nerwy i poczuć lekkie zdenerwowanie przed odebraniem świadectwa.
Po dwóch godzinach siedzenia, gdy woda była już letnia, bo nie dolewałam gorącej, umyłam włosy, wytarłam się w puchaty ręcznik, ubrałam szlafrok i popędziłam na górę. Wysuszyłam dokładnie włosy, po czym je upięłam tak, by pasowały do sukienki. Nałożyłam makijaż na twarz i założyłam swoje ukochane kolczyki.
Sukienka czekała na mnie tam, gdzie ja zostawiłam. Ubrałam się w nią i założyłam buty. Stanęłam przed lustrem, by ocenić jak wyglądam. Musze przyznać, że efekt mnie zadowolił. Znalazłam swoją starą, czarną kopertówkę, która dopełniała i nadawała stylizacji uroku, włożyłam telefon, chusteczki, szminkę i parę innych drobiazgów.
Byłam gotowa.
tata czekał na mnie ubrany w garnitur w salonie. Na mój widok łzy stanęły mu oczach. Wiedziałam, jaki jest ze mnie dumny i czułam się z tym paskudnie. Wyszliśmy z domu, a tata otworzył mi drzwi do auta. Powinnam czuć się jak księżniczka.
Ale właśnie w tej chwili chciałam zobaczyć Ashton'a. Chciałam poczuć, że ktoś nade mną czuwa.

***

-Jestem z ciebie taki dumny...
Poczułam, że zaraz się rozpłacze. Bez przerwy mi to powtarzał, nie wiedząc co się stało w piątek w nocy. To był pierwszy raz, kiedy ukrywałam przed nim tak poważną sprawę. Ale fakt, ze mnie tam nie powinno być, mówił sam za siebie. Pewnie posłałby mnie do zakonu, gdyby się dowiedział. Nie mamy już średniowiecza, ale on byłby zdolny do podjęcia takiego kroku.
Oczywiście po to, żeby mnie chronić.
Uśmiechnęłam się pogodnie, maskując swoje uczucia i cmoknęłam go w policzek. Tata ruszył do barku i wyciągnął jedno z najlepszych i najdroższych win, jakie miał.
-Trzeba to uczcić! - oznajmił i uśmiechnął się jeszcze szerzej na widok mojej zaskoczonej miny.
Coś przewróciło mi się w żołądku. Po ostatnim nażyciu  nie miałam najmniejszej chęci nawet patrzeć na alkohol, a co dopiero go pić. Jednak to wydało by mu się więcej niż dziwne. Posłusznie wzięłam więc lampkę czerwonego wina, które mi poda, i przełknęłam łyk, starając się nie krzywić. I nie zwymiotować.
Tata zaczął opowiadać, jak było na wyjeździe, a ja udawałam, zę go słucham. Był naprawdę szczęśliwy. Nie wiedziałam, co mogłoby być powodem tego dobrego humoru i szczerze powiedziawszy, mało mnie to obchodziło. Wspaniale było na niego patrzeć, nie widząc zachmurzonego czoła, zamyślenia i troski w jego oczach.
Powoli się odprężałam i starałam nawiązać dyskusję. Było koło siódmej, gdy znowu wyszliśmy, tym razem do restauracji. Atmosfera była cudowna, bym bardziej, że tata zaprosił ojca Any i samą dziewczynę. Dawno się tak wspaniale nie bawiłam. W pewnym momencie zapomniałam nawet o tym, co stało się w piątek w klubie.
Oczywiście nie było dane mi długo cieszyć się tym pięknym uczuciem.
Tata podjechał na podjazd, ale nie zgasił silnika.
-Skoczę jeszcze do sklepu po coś do jedzenia. Umyj się, potem oglądniemy jakiś film.
Uśmiechnęłam się szeroko.
-Dobrze.
Noc nie była chłodna. Latarnie świeciły jasno, rozsiewając wokoło siebie przyjemnie dla oka złote światło. Przekręciłam klucz w zamku i weszłam do domu. Ściągnęłam wysokie buty i na bosaka pobiegłam na górę. Wzięłam szybki prysznic, zmywając z siebie tonę makijażu i lakieru do włosów, przebierając się w leginsy i długą koszulę.
Ruszyłam do pokoju, sięgając z przyzwyczajenia do kieszeni. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że zostawiłam telefon w torebce na dole. Zmieniłam swój tor drogi i zbiegłam po schodach do salonu, gdzie moja komórka czekała cierpliwie w czarnej kopertówce. Odblokowałam ją i spojrzałam na ekran. Nikt do mnie nie napisał, przychodziły tylko powiadomienia z twitter'a i facebook'a. Zablokowałam telefon z powrotem, ruszając na górę.
Zatrzymałam się jednak w przedpokoju, z przerażaniem patrząc na kartkę leżącą na panelach. Kartkę, nie kopertę. Z narastającym strachem sięgnęłam po nią i podniosłam. Usłyszałam własny głos, szlochający ze strachu. Na kartce widniały litery powycinane z gazet.
-Ostatni raz ci się udało księżniczko - przeczytałam na głos, mając nadzieje, że jeśli to przeczytam, to to co było tam napisane, dotrze do mojej świadomości - Niedługo cię dopadniemy. I nikt nie pomoże tobie, ani twojemu ojcu. Zobaczymy się szybciej niż myślisz.
Zaszlochałam, oczy zaszły mi łzami. Jak przez mgłę usłyszałam słowa, które teraz wywołały ciarki na mojej skórze. Ktoś kto chciał mnie skrzywdzić, też nazwał mnie księżniczką.
Trzeba było zostać w domu księżniczko...
Po moich policzkach potoczyły się łzy. Nie, to niemożliwe. Nie wierzę w to. Ścisnęłam kartkę papieru i zaczerpnęłam głośno powietrza. Zanim zdałam sobie sprawę z tego co robię, byłam już w gabinecie ojca, siedząc na jego fotelu.
Musze przeszukać jego rzeczy. Teraz jestem pewna, że mu wygrażano. Grozili, że zrobią mi krzywdę.
Na burku stała tylko jedna fotografia - przedstawiająca mnie, mamę i tatę na jednej z plaż. To było dawno, gdy mieszkaliśmy na Florydzie.
Położyłam telefon i kartkę na blacie biurka i drżącą dłonią odsunęłam pierwszą szufladę. Teraz wszystko było poukładane. I ani śladu listów.
W drugiej też było pusto. Dopiero w trzeciej znalazłam dwie koperty. Drżącymi palcami wyciągnęłam pierwszą kartkę. Ta tak jak tą, którą przed chwilą otrzymałam, była wyklejona literami z gazet.
I każda miała podobną treść. Że zapłaci za to, co zrobił. Że odbiorą mu to, na czym mu najbardziej zależy.
Że będzie patrzył, jak błagam o śmierć...
Po moich policzkach płynęły łzy. Śmiertelne przerażenie obierało mi wszystko. Schowałam listy i zaczęłam płakać, nie mając siły na nic innego.
Trzasnęły drzwi. Szybko zerwałam się z miejsca, gotowa wybiec z pokoju.
-Ariana! - mój tata zawołał mnie, a ja stałam sparaliżowana.
Wtedy właśnie przyszedł SMS.  Jedyne co przyszło mi na myśl to sprawdzenie go. Chwyciłam telefon w drżące dłonie i przesunęłam palcem po ekranie, odblokowując go.
Wiadomość była od nieznanego numeru. Jedno zdanie.

Zostań tam, gdzie jesteś

Uniosłam brwi. Nie mogę tu zostać. Jeśli tata mnie przyłapie, będzie już po mnie. Jeśli zobaczy ten list, będę musiała się wytłumaczyć i opowiedzieć wszystko. Jeśli zobaczy, ze płakałam...
W tej chwili usłyszałam strzał. Mój pisk utonął w dźwięku tłuczonego szkła. Zapomniałam jak się oddycha, nie mogąc przypomnieć sobie, jak zaczerpnąć powietrza.
Padł drugi strzał, a ja wiedząc, że robię głupotę rzuciłam się do drzwi.
Przyszli po niego. A ja nie zamierzałam stać bezczynnie.
Trzeci strzał i wrzask mojego taty. Łzy znowu potoczyły się po moich policzkach. Zaczęłam schodzić po schodach, ale zatrzymałam się w połowie drogi.
W drzwiach stał blondyn, unosząc broń i bacznie patrząc przed siebie, obserwując. Miałam ochotę wrzeszczeć, ale moje ciało nie chciało mnie słuchać. Zeszłam jeszcze jeden stopień w dół. Wtedy mnie zauważył.
Ashton spojrzał na mnie i zacisnął wargi. Mogłam przysiąść , że przeklina w duchu. Delikacie pokręcił głowę najpierw w prawo, potem w lewo. Patrzyłam na niego przerażona. Chłopak cicho zaczął iść przed siebie.
Ostrzegł mnie, żebym nie schodziła, żebym wróciła na górę. Miałam to zrobić. Ale usłyszałam trzask zbitego okna. Wiedziałam, że tam też nie jest bezpiecznie.
Nie widząc innego wyjścia zeszłam po schodach i miałam iść w kierunku kuchni, tam gdzie zmierzał Ashton.
Zobaczyłam go przyciśniętego do ściany z pistoletem w ręku. Odwrócił głowę i nasze spojrzenia się spotkały.
Poczułam silne uderzenie w tył głowy. Jednocześnie ktoś przyłożył mi szmatę do ust, zakrywając przy tym nos. Ogarnęła mnie senność, obraz się rozmył.
Runęłam w ciemną otchłań, tracąc przytomność.



i jak? dziękuje wam za wszytko, jesteście moją wielką inspiracją ♥


justyna x

12.10.2014

Rozdział 6

Z dedykacją dla moich księżniczek : Wiktorii i Klaudii ♥ Bądźcie silne x
Muzyka, kto chce sobie włączyć : KLIK
__________________________

Tłok w klubie był ogromny. Jednak Ana nie prowadziła mnie prosto na parkiet, tak jak to zazwyczaj robiła. Ciągle trzymając mnie za rękę, ciągnęła do wolnego stolika, uparcie idąc przed siebie. Ja natomiast starałam się uspokoić.
Miałam racje... Jezu, ja miałam racje. On mnie śledził, łaził za mną z jakiegoś powodu, a dzisiaj powiedział mi dlaczego. Czy on mnie chronić? Czy raczej grał w przeciwnej drużynie, próbując mnie nastraszyć i pozbawić resztek pewności siebie? Czy to on wybił okna w moim domu?
Ana pchnęła mnie na krzesło i sama usiadła obok. Oparłam łokcie na stoliku i schowałam twarz w dłoniach, głęboko oddychając. Blondynka spojrzała na mnie z troską.
-Co powiedział?
Westchnęłam głęboko.
-Że mam wrócić do domu i nie wychodzić.
Dziewczyna spojrzała na tańczący tłum ludzi, których znała. Miałam nadzieje, że wpadnie na jakiś pomysł, pocieszy mnie i powie, że nie ma się czym przejmować. Ale gdy otworzyła usta, poczułam gorzki zawód.
-Może faktycznie ma rację...
Spojrzałam na nią zdziwiona, nie mogąc uwierzyć w to, co przed chwila powiedziała.
-Przecież sama mnie namawiałaś, żebym poszła, a teraz mówisz, że to zły pomysł?!
-Tak, ale to było przed tym, jak się odezwał...
Ona była niemożliwa. Najpierw zarzuca mi, że siedzę w domu jak zakonnica. Teraz stwierdziła, że źle zrobiłam uciekając z domu na imprezę. Sugeruje, że mam wrócić do mieszkania, gdzie nikt na mnie nie czeka, tylko dlatego, że psychol, który za mną łazi tak powiedział.
-Nie wracam do domu.
-Ale Ari...
-Nie - przerwałam jej, wstając i poprawiając sukienkę - Przyszłam, żeby się bawić.
Wyciągnęłam do niej rękę. Spojrzała na nią z wątpliwością, nie całkiem pewna, co ma zrobić. Mogłaby zacząć mnie przekonywać, żebym wróciła. Albo zignorować zdarzenie i dać się ponieść muzyce.
Po chwili wahania, chwyciła moją dłoń i razem ruszyliśmy na parkiet by dołączyć do znajomych.
Oszukiwałam siebie, fakt. Udawałam, że się nie przejmuje, a w głębi duszy zżerało mnie przerażenie. Ale chciałam się bawić ze znajomymi, po raz ostatni jako licealistka. Poruszałam się w rytm muzyki, skacząc wśród spoconych ludzi. Czułam, jak po moich plecach spływa pot, jak inni ocierają się o mnie a ja o nich, na stanowczo za małym parkiecie. Po piętnastu minutach zeszłyśmy z Aną z parkietu i zamówiłyśmy drinka. Dawno nie piłam alkoholu. Nie przepadałam, ale teraz ten napój wydawał mi się wyjątkowy, rozlewając się ciepłem po moim ciele, dodając energii do zabawy i tańca.
Było cudownie. Po kilku drinkach zaczęłam czuć wpływ alkoholu. Nigdy nie upijałam się do urwania filmu i dzisiaj też nie zamierzała. W końcu zapomniałam o tajemniczym blondynie, o jego zielonobrązowych oczach i ostrzeżeniu. Bawiłam się jak zwyczajna nastolatka ciesząca się życiem i końcem roku szkolnego. Moja przyjaciółka tańczyła z kilkoma chłopcami, więc zostawiłam ją, gdy skończył się kawałek i zaczął następny.
Zeszłam z parkietu i usiadłam na wysokim krześle przy barze, zamawiając kolejnego drinka. Zaczęło robić się duszno, ale nikomu to zbytnio nie przeszkadzało. W kątach stały pary, obściskując się i nie zwracając uwagi na nikogo. Chwyciłam napój, który barman przede mną postawił i wypiłam łyk. Poczułam, jak alkohol rozlewa się po moim ciele. Teraz nie miałam pojęcia, czemu tak bardzo nie lubiłam pić.
Odłożyłam niedokończonego drinka i poszłam dalej tańczyć. Nie dbałam o nic, czułam się wolna i szczęśliwa. W tej paśmie porażek, zostanie na imprezie było moją najlepszą decyzją. Wiedziałam, że robię wbrew moim zasadom i podobało mi się to. Nie musiałam być tą grzeczną dziewczynką, której z czasem miałam dość. Tata myślał, że jestem w domu. I lepiej, żeby nigdy się nie dowiedział, że zrobiłam coś wbrew jego woli.
Po kilkunastu minutach wróciłam z Aną i dokończyłam swojego drinka. Moja przyjaciółka wypiła chyba więcej alkoholu niż ja. Widząc to, postanowiłam więcej już nie pić. Przynajmniej jedna z nas powinna być na tyle trzeźwa, by przejść przez ulicę i nie dać się potrącić przez samochód.
Wróciłyśmy na parkiet i znowu szalałyśmy, nie mając pojęcia, która jest godzina.
Powoli zaczęło mi się kręcić w głowie. Na nogach jak z waty dotarłam do stolika, przy którym z Aną rozmawiałyśmy kilka godzin temu. Brałam głębokie wdechy, mając nadzieje, że zaraz mi przejdzie. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie czułam. Poczułam się senna... Mój mózg zaczął szukać przyczyny takiego zachowania.
Drink. Zostawiłam drinka przy barze. Jaka ze mnie idiotka...
Próbowałam wstać, ale nic z tego nie wyszło. Z jękiem upadlam znowu na krzesło. Z wielkim wysiłkiem podniosłam głowę i zaczęłam łowić wzrokiem Anę, żeby dać jej znać, że coś nie gra. Jednak nigdzie jej nie było widać. A ja zaczynałam czuć się tak, jakbym miała za chwilę zasnąć...
Ktoś pomógł mi wstać. Chwyciłam ramię, które oplatało moją talię i z nieznajomą mi osobą zaczęłam przepychać się przez tłum. Teraz dałabym wszystko, żeby znaleźć się w domu. Wiedziałam, że nie powinnam iść z osobą, której nawet nie znałam, której twarz była zamazana, a ja nic nie mogłam zrobić, by ostry wzrok powrócił. Wiedziałam, że powinnam stawić opór. Próbowałam. Ale nie mogłam, moje ciało nie reagowało, umysł był spowity mgłą.
Poczułam jak zimne powietrze liże moją nagą i spoconą skórę. Nie byłam przed głównym wejściem do klubu. Osoba, która mnie tutaj przyprowadziła, puściła mnie. W odruchu podparłam się jedna ręką o ceglaną ścianę, by nie upaść. Chciałam krzyknąć, ale moje usta poruszały się i żaden dźwięk się z nich nie wydobył.
Ktoś chwycił mnie za ramię i przycisnął do muru. Moja głowa uderzyła z impetem w ścianę, a z ust wydobył się cichy jęk. Nie byłam wstanie zrobić nic. Ktoś dosypał mi jakiegoś świństwa do drinka, gdy odeszłam tańczyć. Teraz tylko przerażenie przebijało się przez działanie narkotyku. Człowiek pochylił się nad mną i szepnął zachrypniętym, męskim głosem do ucha:
-Trzeba było zostać w domu księżniczko...
Po moich policzkach potoczyły się łzy. W duchu powtarzałam jedno zdanie : Niech ktoś mi pomoże...
Mężczyzna zaśmiał się, a ja usłyszałam też drugi śmiech. Ile ich było? Co ze mną teraz zrobią, gdy byłam bezbronna i mniejsza niż zazwyczaj. Czułam, jak jego dłoń puszcza moje ramię i zaciska się na udzie...
Pewnie Ana nawet nie zauważyła, że zniknęłam... Zacisnęłam oczy i usta.
Jego dłonie oderwały się ode mnie, a ja nie mogąc ustać o własnych siłach, zjechałam po ścianie. Nie otwierałam oczu. Zamroczona, nie potrafiłam się nawet poruszyć. Usłyszałam hałas, potem jak ktoś przeklina. Nic mnie to nie obchodziło, chciałam być tylko bezpieczna w swoim domu.
Oddychałam wolno... Powoli traciłam kontakt z rzeczywistością, choć starałam się zachować przytomność. Przegrałam. Usłyszałam tylko, jak ktoś krzyczy:
-Cholera, Ashton!
Potem nie było nic.

***


Gdy otworzyłam oczy, oszołomiło mnie światło i musiałam znowu je zamknąć. Miałam sucho w ustach, mój język sprawiał wrażenie wielkiego, a głowę rozsadzał tępy ból. Leżąc w miękkiej pościeli, starałam sobie przypomnieć co wczoraj się wydarzyło. Pamiętałam klub, chłopaka, który kazał mi wracać, tańczących ludzi i alkohol... Reszta się zamazywała w mojej pamięci. Powoli otworzyłam oczy, starając się nie krzywić i nie poddać się pragnieniu, by znów zasnąć.
Znajdowałam się w swoim pokoju. Podniosłam się z miękkich poduszek, rozglądając półprzytomnie po pomieszczeniu. Wszystko wyglądało tak samo, jak wczorajszego pokoju. Kilka sukienek porozrzucanych po podłodze, moje kosmetyki walające się na biurku. Nie zgadzał się tylko jeden mały szczegół.
Na stoliku przy moim łóżku, stała szklanka wody i leżały dwie tabletki. Podejrzliwie na nie spojrzałam. W końcu rozpoznałam w nich tylko tabletki na ból głowy. Włożyłam je go ust i popiłam zimną wodą.
Potem spostrzegłam bukiet czerwonych róż i małą, złożoną karteczkę. Wzięłam ją do ręki i rozłożyłam. Ładnym, schludnym pismem było napisane jedno zdanie:

Mówiłem, żebyś tam nie szła...

Opadłam znowu na poduszki i przymknęłam oczy... Co się stało wczoraj w nocy? Pamiętam tylko strzępy... Jak czułam się otumaniona, czyjeś ręce, przekleństwa, hałas i... imię Ashton.
Ktoś krzyczał "Cholera, Ashton"
Ashton... Miał na imię Ashton...
Pomimo bólu głowy, wstałam i wsunęłam stopy w pantofle. Zachwiałam się, gdy podnosiłam się z łóżka. Miałam tylko dwa razy w życiu kaca i zdecydowanie ten był najgorszy. 
Byłam jeszcze ubrana we swoją wczorajszą sukienkę. Wzięłam szlafrok i powlokłam się do łazienki. Gdy spojrzałam w lustro, doznałam szoku.
Po moim perfekcyjnym makijażu zostały tylko ślady. Czarne obwódki wokół oczu i ślady na policzkach, jakbym płakała...
Płakałam wczoraj? 
Włosy były w kompletnym nieładzie. Wcześniej zebrane w wysokiego kucyka, wyczesane i błyszczące, teraz przypominały siano sterczące dookoła głowy. Westchnęłam i ściągnęłam z siebie ubranie. Weszłam do brodzika i odkręciłam kurek. Przyjemnie ciepła woda zaczęła spływać po moim ciele. Wkrótce łazienka wypełniła się parą i zapachem wanilii. Pod koniec długiego prysznica odkręciłam zimną wodę, żeby do końca się ocknąć.
Wytarłam się i włożyłam szlafrok. Poczłapałam do swojej sypialni.
Ku mojemu szczęściu, moja torebka też tam była. Wyciągnęłam z niej komórę i włączyłam ją. Usiadłam na skraju łóżka i wybrałam numer taty. Odebrał po trzecim sygnale.
-Przepraszam... - powiedziałam drżącym głosem. Wiedziałam, że był zły i starał się to ukryć.
-Nic nie szkodzi, że nie odbierałaś - powiedział, a ja zacisnęłam wargi - Chciałem tylko z tobą jeszcze raz porozmawiać jak wrócę. Na spokojnie. Dobrze?
-Dobrze. Kocham cię.
-Ja ciebie też.
Rozłączył się a ja westchnęłam z ulgi. Nie było aż tak źle. Nie miałam nawet czasu pomyśleć, bo telefon w mojej dłoni zawibrował. Spojrzałam na wyświetlacz i odebrałam połączenie.
-Gdzie ty się do cholery wczoraj podziałaś?! - krzyknęła w słuchawkę Ana z histerią w głosie.
-Wyszłam - odpowiedziałam spokojnie - Dobrze się bawiłaś, a ja chciałam iść już do domu.
-Więc mnie zostawiłaś? I na dodatek nie odbierałaś telefonu?!
-Spałam - odparłam szczerze - Dopiero co wstałam.
-Ariana, jest trzecia po południu. Na pewno nie uchlałaś się tak, żeby spać cały dzień.
-Skąd wiesz? Dobra, nieważne, muszę kończyć. 
Rozłączyłam się zanim zdążyła się pożegnać. Nie miałam ochoty na rozmowy. Chciałam pomyśleć.
Zeszłam do kuchni, by zrobić sobie coś do jedzenia.
Ashton... Ma na imię Ashton...


***
Zazwyczaj mam plan co napisać, ale teraz jakoś mi sie zapomniało.
Ok, pierwsza sprawa - jeśli przeczytałeś skomentuj, dobrze? Tak, jestem chytra i liczą sie dla mnie komentarze ops.
Jestem meeega zadowolona z tego rozdziału, cholernie mi sie podoba mam nadzieje że Wam też. Spodziewał sie ktoś takiej akcji? mam nadzieje, ze nie...
Jeśli zostawicie w komentarzu swój nick z twittera automatycznie bede Was o rozdziałach informować, oki doki?
No to chyba tyle :) Miłej niedzieli x


Justyna xx

03.10.2014

Rozdział 5

-Żadnych imprez? Dla twojego dobra?
-Tak.
Ana ze zrezygnowaną miną rzuciła się na moje łóżko i westchnęła. Był wtorek. Tata nie puścił mnie do szkoły i zamknął w domu. Czułam się jak Roszpunka, czekająca na swojego księcia, którego nigdzie  nie było widać. Ale w tej historii raczej żaden nie przyjdzie. Będę więziona, aż się zestarzeje.
Długo razem rozmawiałyśmy o tym, co się stało wieczorem w niedziele. I żadna z nas nie miała pomysłu, kto mógł zrobić coś tak głupiego. I strasznego. Czułam, że to ma związek z nieadresowanymi kopertami.
I dlaczego ta cała sprawa dotyczyła właśnie mnie?
Nigdy nic nie zrobiłam. Nic nie ukradłam, a na imprezach nie spijałam się tak, żebym coś zrobiła i tego nie pamiętała.
-Wiesz, że w piątek wszyscy idą na imprezę? - mruknęła Ana nie podnosząc się z materacu - Wszyscy, to znaczy że będą wszyscy. Czyli ty też tam musisz być.
Związałam gumką kucyk, który zręcznie zrobiłam na moich włosach.
-Nie mogę. zakaz, to znaczy zakaz.
Blondynka podniosła się i usiadła po turecku, mrużąc oczy i patrząc na mnie spod półprzymkniętych powiek. Już wiedziałam, o co jej chodzi.
-Twojego taty nie będzie przez weekend. I wyjeżdża w piątek po południu.
Wiedziałam. Ale nadal nie mogłam uwierzyć, że moja rozsądna przyjaciółka to sugeruje. Po tym, co się niedawno stało...
-Nie ucieknę z domu na imprezę!
-Czemu?! - fuknęła przyjaciółka - Nie powiesz mi chyba, że trzymanie pod kluczem ci się podoba.
Spojrzałam na nią spod łba. Której nastolatce, a właściwie już dorosłej, podobało by się zamykanie w domu i nie pozwalanie na życie towarzyskie. Rozumiałam swojego tatę i rozumiałam powagę sytuacji. Ale bez przesady - żeby kazać mi siedzieć w domu jakbym była kimś z nieuleczalną, zakaźną chorobą. Iskra buntu zaczęła zapalać się gdzieś w moim umyśle, a ja miała ochotę zrobić z niej prawdziwy płomień. Tyle że...
-Nie mogę - powiedziałam zbolałym głosem, bawiąc się wsuwką do włosów - Gdyby to od mnie zależało, poszłabym. Ale sytuacja jest zbyt poważna. Ktoś nam grozi, podsyła tajemnicze listy i wybija okna. A ja nie mogę sobie od tak uciekać z domu.
Wiedziałam, że to rozumie. Ale to była Ana. Lubiła się bawić, ale nie była idiotką, żeby nie rozumieć co się dzieje.
-Myślisz, że to może być ten twój blondyn?
-Raczej nie - wzruszyłam ramionami, odkładając wsuwkę - Łazi za mną jak psychol, gapi się ale to nie może być on. Nie wygląda na takiego.
-Może działa na zlecenie.
-Kobieto, czy ty siebie słyszysz? - warknęłam już znudzona i zirytowana - To nie jest jakiś pieprzony film. To życie, jakby chciał nas wykończyć mógłby to zrobić nawet teraz!
-Próbuje ci pomóc - odpowiedziała Ana chłodnym głosem - żebyś nie spędziła reszty życia jako córeczka tatusia, zamknięta na cztery spusty w domu.
-To dla mojego dobra - mruknęłam. Męczyło mnie szukanie rozwiązania, które mogło nie istnieć. Niech zajmie się tym policja, od tego jest w tym mieście.
Niestety ona nie mogła powstrzymać uczniów od rozmów na mój temat. Gdy po raz pierwszy od "włamania" byłam w szkole i przechodziłam korytarzem, ludzie stawali na palcach, żeby mnie lepiej widzieć. Ana chuchała mi w kark, szepcząc "Ignoruj ich, nie przejmuj się, idź dalej, ignoruj ich" i chodziła za mną krok w krok, prawdopodobnie na zlecenie swoich rodziców. Dodając do tego gadaninę o imprezie, mogę stwierdzić, że to był najgorszy dzień w całym liceum.
Wyjaśnimy sobie parę słów: nie jestem taka aspołeczna i mało rozrywkowa, żeby nie pić na imprezach czy w ogóle na nie chodzić. Lubię wracać o własnych siłach w nocy, gdy zimny wiatr chłodzi moje rozgrzane ciało. I nie jestem malutką dziewczynką, za którą mnie wszyscy mają. To, że lubie ubierać sukienki, kręcić włosy i spinać je w jedną fryzurę, nie znaczy, że jestem święta. Po prostu się tak ubieram. I czuję się głupio, gdy ktoś nazywa mnie "Dziewicą Maryją". Druga sprawa to to, ze wiem jak mojemu tacie jest ciężko. Nie ma już mamy, nie ma z kim porozmawiać o wychowaniu córki. A teraz, gdy ten koszmar się zaczyna, jest jeszcze gorzej. Zamartwia się, nie śpi po nocach i mało je. Boję się o niego i chce, żeby wiedział że jestem bezpieczna. Choćby to miało znaczyć ze zrezygnowania z życia towarzyskiego.
Ale na tej imprezie będą wszyscy. Najlepsza impreza roku, moja ostatnia jako licealistki. I mam po prostu z niej zrezygnować? Jestem nastolatką.... Chce sie bawić, przecież nic w tym złego.
W tej chwili, siedząc w klasie tylko dla zasady, toczyłam ze samą sobą wewnętrzny monolog.
Iść czy nie iść?
Zostać czy uciec?
Być bezpieczną czy pójść się zabawić?
Być dobrą córeczka czy zawieść zaufanie ojca?
W sumie, w domu też nie było całkiem bezpiecznie. Pokazały to wydarzenia z ostatniej niedzieli. A jednak w tłumie ludzi - upitych ludzi, ale ludzi - mogę być bardziej bezpieczna.
Ale zawiedziesz jego zaufanie, nie chcesz tego. Kochasz go. I nie chcesz, żeby się martwił.
To niech da mi żyć, nie mam pięciu lat!
Nagle mi to zaczeło przeszkadzać? Nigdy nie pozwolił mi palić, brać czegoś a alkohol tylko w wyjątkach i bardzo rzadko. I tak trzymał mnie na króciutkim sznurku... Dlaczego teraz zaczęłaś się dusić?
Nie wiem...
Nie wiem co zrobić...
I tak minęła środa, a czwartek nie był lepszy. Gdy obudziłam się w piątek, wiedziałam, że chce spędzić w łóżku cały dzień. Nie wstawać, nie ubierać się i nie odpowiadać na pytanie " Idziesz na imprezę czy nie?"
Postanowiłam, że nie pójdę. Jedna noc nie była warta złamania słowa. Mam całe wakacje przed sobą. To dość nocy, by zabawić się lepiej niż z grupą podnieconych i łaknących alkoholu nastolatków.
Wyczułam telefon i z półprzymkniętymi oczyma go odblokowałam. Napisałam SMS do taty, że się źle czuję i zostaje w domu.Po części to była prawda, najlepiej nie wychodziłabym przez miesiąc ze swojego pokoju. Zakopałam się z powrotem w pościel i zasnęłam.
Było już południe, gdy zdecydowałam się wstać i wziąć się za pakowanie rzeczy na wyjazd.
Ana dzwoniła kilka razy. Nie odebrałam. Nie miałam ochoty z nikim rozmawiać. Jest moją przyjaciółką, pewnie zamartwia się czemu mnie nie ma. Ostatni dzień w szkole. A ja nie przyszłam. Co za pech...
Naprawdę chciałam dzisiaj zostać w domu. Nie wychodzić. Włączyć film i przeleżeć cała noc gapiąc się w ekran. I w końcu zasnąć i obudzić się w sobotę, bez kaca i z myślą, że jutro dostanę świadectwo, że moje życie licealistki oficjalnie się skończyło.
Naprawdę miałam taki zamiar. Ale czasem dobre intencje się nie liczą.
Było już trochę po czwartej, gdy zeszłam do kuchni, napić się soku. Ze zdziwieniem zauważyłam, że tata rozmawia przez komórkę, patrząc sie bezmyślnie w okno. To dziwne... Miał wyjechać godzinę temu.
I tak te wieczne tajemnice, którymi się otacza i nie zamierza mnie o nich poinformować. Najlepszym wyjściem jest napić sie soku i oddzwonić do Any, zanim wpadnie tutaj i na mnie nakrzyczy.
Plan nie wypalił. Gdy już miałam wchodzić na górę, tata zawołał mnie do salonu. Czułam, że nie wróży to nic dobrego. Ale modliłam się, by było inaczej.
-Spakowałaś się na wyjazd? - spytał na dzień dobry, uśmiechając się na mój gust tak, jakby rozbolał go brzuch.
-Taaak - odpowiedziała, siadając na kanapie. Tata spojrzał na mnie, przetarł dłonią usta i powiedział zdecydowanym głosem:
-Nie możesz jechać.
Uśmiech, którym obdarzyłam go na powitanie, spełzł z mojej twarzy. Czułam sie tak, jakby mi wymierzono siarczysty policzek za nic. Ukarana za to, że oddycham. Jakaś część mnie została brutalnie mi odebrana.
-Że co? - zdołałam wydukać, gdy wewnątrz mnie zaczęło się tlić nowe uczucie : paląca złość.
-W tych okolicznościach nie mogę pozwolić ci nigdzie wyjechać. Dla twojego dobra.
Przed oczami stanęła mi twarz Any.
Próbuje ci pomóc, żebyś nie spędziła reszty życia jako córeczka tatusia, zamknięta na cztery spusty w domu.
-Więc co, tak po prostu mnie zamykasz, tak? - spytałam słabo. Ten wyjazd był jedynym, co trzymało mnie przy zdrowych myślach.
-Kochanie, nie patrz na to z tej strony. Chce, żeby nie stała ci się krzywda.
-Więc jedynym rozwiązaniem jest zakazanie mi wychodzić i spotykać się z kimkolwiek? - odpowiedziałam, czując, że gniew zaczyna wymykać mi się spod kontroli.
-Ariana...
-Co Ariana? - warknęłam - Co ty sobie w ogóle myślisz? Zamykasz mnie w domu jak zakonnice, masz jakieś swoje tajemnice, co ci się stało!?
-Nie mów do mnie w ten sposób! - odparł, ale pobladł na twarzy, ja natomiast czułam, jak rumieńce wykwitają mi na policzkach.
-Pojadę razem z Aną, czy ci się podoba, czy nie.
-Nie zachowuj się jak dziecko, nigdzie nie jedziesz. Nie widzisz, co się dzieje?
-To może zacznij mnie traktować jak dorosłą, co?
Spojrzałam na niego tak, jak jeszcze nigdy. Miałam ochotę się na niego rzucić, potrząsnąć nim i zadać ból. To nie ja zachowywałam sie jak dziecko, tylko on.  Zacisnęłam zęby mocno, starając się powstrzymać łzy.
Ale dałam za wygraną, zawsze dają. Odwróciłam się na pięcie i podbiegłam do swojego pokoju, zatrzaskując drzwi z hukiem. Opadłam na miękkie łóżko i schowałam twarz w dłoniach, starając się uspokoić. Nie mogę uwierzyć w to, co usłyszałam. Chciałam, by wszystkie myśli ucichły w mojej głowie, by nastała upragniona cisza. Ale to było nie możliwe.
Pół godziny później usłyszałam trzask drzwi i wiedziałam, że wyjechał i wróci pod wieczór w niedziele, na uroczyste rozdanie świadectw. A ja już miałam ułożony plan.
Ana miała racje. Daję manipulować sobą, trzymana na krótkim sznurku. Traktowana jak dziecko.
Nie jestem dzieckiem. Mam już dziewiętnaście lat. Nie dziewięć. Dziewiętnaście.
Więc kiedy usłyszałam, jak wychodzi, wzięłam szlafrok oraz bieliznę i skierowałam się do łazienki. Gorący prysznic ukoił moje nerwy. A ja zaczęłam się cieszyć. Po raz pierwszy robiłam coś wbrew woli taty. I czułam ekscytacje i podniecenie.
Wysuszyłam włosy, po raz pierwszy je nie kręcąc, lecz prostując. Zebrałam je w wysokiego kucyka na czubku głowy i zrobiłam makijaż. Sukienkę też wybierałam w miarę szybko : czarna, z cekinami i krótka. Idealna na imprezy. Do tego czarne obcasy, bo nienawidzę być niska w tłumie wysokich ludzi. Spakowałam wszystkie rzeczy do torebki.
Kiedy skończyłam i byłam gotowa do wyjścia, było już ciemno. Zadzwoniłam do Any. Odebrała po trzeciej próbie.
-Przepraszam, że nie odbierałam - powiedziałam na dzień dobry.
-Nic nie szkodzi. Wiesz, jak uwielbiam być ignorowana - odpowiedziała chłodno, a mnie ogarnęło poczucie winy, ze ja tak chłodno potraktowałam - Czemu dzwonisz?
-Idziesz na imprezę? - spytałam beztrosko, przyglądając sie swoim idealnie pomalowanym, białym paznokciom.
-Tak, a co? Wiem, że będziesz sama, ale ja naprawdę... - urwała, po czym wzięła głęboki oddech - Jezu nie wierzę, Ariana Grande-Butera ucieka z domu na imprezę? Wbrew woli tatusia?
-Przestań, błagam cię. Nie jestem dzieckiem. Mogę robić to, co żywnie mi się podoba.
-Będę u ciebie za pięć minut! - pisnęła z przejęcia blondynka, po czym się rozłączyła.
W zegarku w dłoni jej szybkie pięć minut trwało piętnaście, ale nie upomniałam jej, gdy stanęła w progu moich drzwi. Jak zwykle wyglądała bajecznie. Makijaż mocniejszy niż zwykle, podkreślone czerwienią usta.... i czarna sukienka. Wszyscy ubierają się na czarno na dyskoteki.
Tylko że Ana promieniowała, roztaczała wokół siebie aurę pozytywnej energii i swoich słodkich perfum. Spojrzała na mnie, a później zlustrowała powoli przesuwając się w górę. Jej twarz rozjaśnił uśmiech.
-Jej, Ari... Jesteś pewna, ze chcesz tak wyjść? No wiesz, bo to jest... seksowne.
-Oh zamknij się- warknęłam z udawaną złością i zatrzasnęłam za sobą drzwi, zamykając na klucz, który włożyłam do torebki.
Był ciepły, teraz już letni wieczór. Dzieciaki już siedziały w domach, jedząc kolację. A ja i Ana ruszyłyśmy wolno do klubu, który był kilka minut drogi z tond. Czułam się wspaniale - wreszcie wolna, zapominając o wszystkim i o wszystkich. Gdy prawie byłyśmy na miejscu, zaczęłyśmy zauważać znajomych ze szkoły, witać się i uśmiechać. Ana podbiegła do jednej z małych grupek, a ja zostałam nieco z tyłu. Wzięłam buty na zmianę, ale w szpilkach nie lubiłam biegać. Wolałam podejść do nich spokojnie. Blondynka machnęła na mnie ręką, dając znak, że wchodzimy.
Wtedy mój telefon zaczął dzwonić. Wyjęłam go drżącą dłonią i spojrzałam na ekran.
Tata.
Odrzuciłam połączenie i wyłączyłam telefon. Nie miałam ochoty z nim gadać, tym bardziej kłamać, że go nie posłuchałam. Pomyśli, że nadal mam mu za złe, że nie mam jechać na wakacje.
Ana zniknęła z mojego punktu widzenia, więc domyśliłam się, że weszła do środka. Przy wejściu nie było nikogo, wszyscy bawili się w klubie.
Prawie wszyscy.
Blond chłopak z okularami słonecznymi na nosie, opierał się o ścianę obok wejścia i patrzył w moją stronę. Najdziwniejsze w tym wszystkim wydało mi sie to, że nadal ma ciemne okulary. Przecież słońca na niebie już nie ma.
Przełknęłam ślinę. Będę musiała przejść obok niego. Widywałam go codziennie od trzech miesięcy, ale nadal miałam ciarki na jego widok. Zdecydowanym krokiem ruszyłam do wejścia, kontem oka go obserwując. Kiedy miałam już wejść, stanął przede mną, blokując wejście.
Serce zaczęło mi bić szybciej. Próbowałam go wyminąć, ale za każdym razem stawał przede mną z założonymi rękami.
-Odwal się -mruknęłam rozzłoszczona, gotowa go popchnąć, byle znaleźć się wśród ludzi gdzie czułabym się bezpieczna. To, żeby dał mi spokój i nie tylko.Wtedy stało się coś, co przyprawiło mnie o zawrót głowy.
Blondyn ściągnął okulary i spojrzał na mnie. Miał zielono-brązowe oczy.
-Wracaj do domu - odpowiedział, a ja starałam się zamaskować szok. On potrafił mówić...
-Że co? - warknęłam nieuprzejmie, starając znowu się go wyminąć, ale bez powodzenia. Chłopak złapał mnie za ramiona i obrócił tak, żebym patrzyła się w jego oczy.
-Nie wpuszczę cię.
-Niby dlaczego?
-Idź do domu - teraz prawie szeptał, a ja czułam jego palce wbijające się w moją skórę- Zamknij się w pokoju i nie wychodź. Tu nie jest bezpiecznie.
Stałam jak sparaliżowana. Pewnie on oczekiwał, że odpuszczę sobie jeden z najlepszych wieczorów mojego życia i wrócę do domu. Przez głowę przemknęła mi myśl, że to może mój ojciec kazał mnie pilnować. Miałam ochotę zawrócić i biec do domu tak szybko, na ile pozwalały mi wysokie obcasy.
-Ariana, co się dzieje? - do moich uszu dobiegł dźwięk głosu Any. Chłopak puścił mnie i spojrzał na blondynkę, stojącą za jego plecami. Podziękowałam Bogu, ze tym razem dziewczyna wyjątkowo przyszła rychło w czas.
Blondyn spojrzał na mnie uważnie.
-Nie wchodź tam...
-Człowieku, pojebało cię? - warknęła Ana, łapiąc mnie za rękę i ciągnąć do środka - Odpierdol się od niej.
Weszłam do klubu, czując na sobie wzrok blondyna. Ana, choć pobladła na twarzy, nadal szła zdecydowanym krokiem przed siebie.
Za moimi plecami chłopak przeklął dostatecznie głośno, żebyśmy go usłyszały:
-Cholera... - wyciągnął komórkę i wystukał numer, a potem przyłożył ją do ucha. tego już nie mogłam zobaczyć.




Ok, parę spraw organizacyjnych od Joylittki, których pewnie nie przeczytacie
Jeśli ktoś chce tweetować o ff, to z hashtagiem  bo 'winny' jak wpiszecie to inne linki wam wyskakują, także hmm.
Staram sie jak mogę wyłapywać błędy, ale nigdy sie nie udaje wyłapać wszystkich. Przepraszam Was za to z całego serca, nie robię tego specjalnie, gubię ogonki, z pisownią 'nie' tez mam mały problem. Obiecuje poprawę, bo tego olać nie można.
A co do pisania na komentarze. Musiałam to wprowadzić, bo też chce mieć satysfakcje z pisania. I daje wam wybór - komentujesz i będzie nowy rozdział, albo nie i dupa. Czuję satysfakcje z pisania, ten rozdział mi się bardzo podoba, żeby nie było, bo wszyscy piszą 'beznadziejnie' 'nie podoba mi się' to ja jestem oryginalna - podoba mi sie to co napisałam. A co do rozdziałów, to dla jednej wyjątkowej osóbki znosze limit komentarzy. Teraz wpisy będą się pojawiały w piątek co dwa-trzy tygodnie. Proszę.
Ale komentujecie, błagam Was, zależy mi na tym... Bo jest wiele wyświetleń, za każde dziekuje, ale nic nie motywuje tak jak komentarz.
Btw to dziękuje za 2 tys. wyświetleń, kocham Was x
And nooooow....
ASHTON ZGADAŁ DO ARIANKI SGDHFKJGHDFH. 
Przepraszam tych co spodziewali się ociekającej emocjami i iskrami miłości rozmowy, ops. Mam nadzieje, że zdziwi was zakończenie i rozwijanie sie akcji... Bo ja nadal nie mam paringów................
JEŚLI KTOŚ CHCE BYĆ INFORMOWANYM, ZAPRASZAM DO ZAKŁADKI POD TYM TYTUŁEM X
Ok, do napisania, miłego weekendu, kocham Was ♥

Joylitte x


20.09.2014

Rozdział 4

Sprzątałam w pokoju, żeby zająć czymś umysł . Przynajmniej tak było do czasu, gdy w bezkresie swojej szafy znalazłam małe pudełko z kasetami wideo i starym odtwarzaczem. Podpięłam stary i zakurzony sprzęt, do plazmowego telewizora w moim pokoju i usiadłam na podłodze, wśród porozrzucanych swetrów, spódniczek i butów. Włożyłam kasetę z nagraniem do odtwarzacza i nacięłam ikonkę play.
Od tego czasu się wyłączyłam.
Znalazłam tez stare maskotki, które leżały zapominanie na dnie mojej szafy. Dużego i brunatnego misia z różowa kokardką na szyi zawiązaną przez mnie, gdy byłam dzieckiem. Teraz tuliłam go do piersi, i pustym wzrokiem patrzyłam na ekran telewizora i stare nagranie, gdy miałam siedem lat.
To było w Boże Narodzenie, jeszcze w naszym domu na Florydzie. Rozpakowywałam prezent, siedząc pod dużym, sztucznym drzewem ozdobionym sznurowadłem lampek i bombek, a niektóre były wykonane przez moja młodsza wersje. Rozpakowałam swoją pierwszą w życiu gitarę, z iskrami szczęścia w oczach, po czym z płaczem wdzięczności rzuciłam się w ramiona rodzicielki. Mama odłożyła na bok misia, którego ja teraz trzymałam. To był mój pierwszy instrument w życiu. Nigdy nie nauczyłam sie na nim profesjonalnie grać, ale zła też nie byłam. Kawałek drewna i metalu sprawił, że byłam najszczęśliwszą dziewczynką w całej Ameryce. Mama pomachała do kamery, którą trzymał tata. Ja też sto zrobiłam, nadal tuląc się do jej piersi i pokazując szereg nierównych ząbków, które jeszcze nie urosły mi po wypadnięciu mleczaków. Film skończył się, a na ekranie zapadła ciemność i delikatnie szumiąc, odnajmując, że nagranie dobiegło końca. Ja nadal siedziałam z zaszklonymi oczami, patrząc się w ścianie i przytulają coraz mocniej pluszaka do piersi. Nie czułam bicia własnego serca, czułam tylko pustkę.
Czasami tęsknota za mamą, choć minęło już więcej niż dziesięć lat, wracała i odbierała mi ochotę do życia. Mogłam jej się wygadać z wielkich problemów, które tak mnie dręczyły, a były tak małe. A ona zawsze pomagała mi je rozwiązać. Oddałabym wszystko za jeszcze jedną rozmowę z tą niezwykłą kobieta, którą była Joan Grande.
Westchnęłam głęboko i spojrzałam na misia, na jego duże, czarne, pozbawione miłości i życia oczy. Uwielbiałam tą maskotkę, cud, że jeszcze się nie rozleciała. Gdy tylko przeprowadziliśmy się do Londynu, musiałam szybko dojrzeć. Schowałam wszystko, co było namiastką tego, co kochałam przed śmiercią mamy. To, co sprawiało ze czułam się jak ukochana księżniczką rodziców, zawsze w centrum uwagi. Szkolny psycholog, znając moją historię i rozmawiając ze mną, stwierdził, ze nigdy nie widział tak dojrzałego ponad wiek dziecka. Nie bawiły nie dziecinne żarty, ani głupie odzywki. Śmiałam się, oczywiście, w końcu trzeba żyć, nawet jakby się straciło to, na czym najbardziej nam zależało. Żeby bliscy, patrząc nas odczuwali dumę. I żyć dla samego siebie, bo po to nas do życia powołano. Żeby  niego korzystać i nie zamartwiać się zanadto. By iść z podniesioną głową.
Rozejrzałam się po pokoju, na bajzel, który miałam posprzątać. Położyłam misia na niezaścielonym łóżku i zaczęłam zbierać rzeczy, które porzucałam po całym pomieszczeniu. Sprzątanie nie należało do moich ulubionych czynności, bo po dniu nie było widać jego efektu. Byłam okropną bałaganiarą, chociaż zazwyczaj starałam się zachowywać porządek, raczej ze średnim skutkiem. Podśpiewując pod nosem piosenki Sam'a Smith'a, pracowałam, nie widząc końca. Gdy po skończonej pracy , zamykając okno, spostrzegłam tajemniczego blondyna. Tym razem ujrzałam przed oczami twarz mamy. Zatrzasnęłam okno, natychmiast wyrzucając z pamięci chłopaka.
Tym razem pomogło.


***

Ana kontynuowała swój monolog, na temat swojego rodzeństwa. Jakie jest nieznośnie, jak przeszkadza i jak ma serdecznie dość. Dorzuciła, ze jak tylko stuknie jej dwudziestka, wyprowadza się do własnego mieszkania, bo nie może żyć z tymi małpami. Oczywiście, jej plany nigdy nie wejdą w życie, bo za bardzo kochała swój pokój, dom i atmosferę jaka w niej panuje. Mimo tego, jak bardzo denerwujące było jej rodzeństwo.
Wracałyśmy z kina z filmu "Zanim zasnę". Podobał mi się, ale mi wiele filmów się podoba, choć wolę te starsze produkcje. Natomiast Ana, rozkoszując się, ze może ponarzekać na swoją rodzinę, nie hamowała się. Mimo tego, na nią zawsze ktoś czekał w domu, ktoś zawsze spytał co się dzieje i jak tam w szkole. Na mnie czekał tylko Twitter i pustka domu. Przykre, ale ja nie narzekałam. Lubiłam samotność, choć od czasu do czasu była uciążliwa. Wtedy wychodziłam i pukałam w drzwi tętniącego życia domu Mulvoy-Ten. Zawsze traktowali mnie ja swoja piątą córkę i nigdy nie mieli mnie dość. Takich ludzi na świecie powinno być więcej.
Wszyłyśmy z galerii na rozgrzane ulice Londynu, z lodami w jednej dłoni, spacerując. Uwielbiałam niedziele, szczególnie w czerwcu, gdy nie były one wyrokiem śmierci, bo następnym dniem był poniedziałek.
-Jeszcze tylko tydzień i wolność - przyjaciółka wystawiła twarz do słońca, rozkoszując się ciepłem - Zero nauki, zero książek, tylko plaża, piasek...
-I chłopcy - spojrzałam na nią z uśmiechem, a ona obdarzyła mnie morderczym wzrokiem.
-W tym roku daje sobie spokój - odpowiedziała, a ja jednak odczułam wątpliwość - Naprawdę! Masz mnie za jakaś lafiryndę?
-Nie, tylko po prostu...
-Za to tobie przydałaby się rozrywka - zauważyła Ana i trąciła mnie łokciem - W te wakacje musimy cię rozerwać.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Wakacyjne romanse nie były w moim typie. Jeśli miałabym z kimś się umawiać lub spędzać czas, to tylko z osobą, którą darzę uczuciem.
-Co masz zamiar zrobić? Napisać na Facebooku : Moja przyjaciółka potrzebuje ładnego chłopaka od zaraz. Chętni pisać na priv?
-No wiesz - odfuknęła w odpowiedzi - Aż tak zdesperowana nie jesteś i nigdy tak nisko nie upadniesz.
Zaśmiałam się. Fakt, każda z nas nie miała chłopaka, ale jakoś nam to nie przeszkadzało. Oczywiście, fajnie by było, ale jakoś nie wyobrażam sobie rekcji mojego taty, gdybym przyprowadziła chłopaka do domu. Szczególnie w tych okolicznościach, gdy sam podskakiwał na krześle, gdy tylko ośmieliłam się wybudzić z jego fantazji.
Spojrzałam na zegarek. Było w pół do szóstej, a ja jakoś nie miałam najmniejszej ochoty wracać do mieszkania. Taty nie było, pojechał spotkać się z przyjaciółmi. Ja go do tego namówiłam, mówiąc, że przyda mu się chwila relaksu. Zgodził się. Przynajmniej tyle mogłam dla niego zrobić.
-Ile kostiumów kąpielowych zabrać? - spytała Ana, wyrzucając serwetkę w której trzymała skończony już wafel z lodem do kosza.
-Weź wszystkie - odpowiedziałam, oglądając wystawy sklepów - Jeśli nie będziesz musiała wziąć dodatkowej walizki.
-Chyba wezmę dwie. W końcu to cały miesiąc.
Bardzo cieszyłam się na ten wyjazd. Pozwoli oderwać mi się od londyńskiego tłoku, samochodów i dymu. Żałowałam, że nie mieszkam już nad morzem. Na Florydzie przez cały rok jest ciepło, jako dziecko spędzałam godziny na plaży. Do dzisiaj pamiętam smak lodów, które zjadałam wraz z rodzicami, spacerując po promenadzie.
Kolacje zjadłam w domu Any. Śmiejąc się przy stole wraz ze siostrami przyjaciółki, zapomniałam nawet o tajemniczym chłopaku w ciemnych okularach. To był najlepszy dzień w tym miesiącu. A wkrótce miało czekać mnie ich więcej. Tata Any, który był chirurgiem, musiał chcąc nie chcąc zostać w Londynie. Mój też zostawał. Towarzyszyć nam miała tylko mama Any, do której miałam wielki podziw. Sama nie dałabym rady upilnować szóstki dzieciaków, w tym dwie dorosłe, trzy nastolatki i jednego chłopca.
Dopiero o dwudziestej wyszłam, a blondynka mnie odprowadziła., Obydwie byłyśmy w dobrym nastroju, pełne energii. Ciepłe uczucie szczęścia wypełniało moją klatkę piersiową.
A potem stanęłyśmy przed moim domem, a czar prysł, jakby ktoś przekuł balon mojego bezpieczeństwa.
Ana pisnęła i zakryła sobie usta dłonią, a ja po prostu stałam i patrzyłam się.
Wszystkie okna na parterze były wybite, a szkło które pozostało w ramach, sterczało niczym ostre żeby. W ustach mi zaschło. Rozglądnęłam się w prawo, potem w lewo. Ale nikogo nie zauważyłam. Jak to możliwe, że sąsiedzi nie usłyszeli hałasu. Może ich nie było w domu?
Moje nogi były jak z ołowiu i prawie z nadludzkim wysiłkiem podniosłam jedną stopę, potem drugą, starając się nie stracić równowagi. Weszłam na schody i stanęłam przed drzwiami. Wyciągnęłam klucz z kieszeni.
-Ariana? - pisnęła moja przyjaciółka i natychmiast znalazła się u mojego boku. Jej twarz była nienaturalnie blada, a niebieskie oczy wydawały się większe niż zwykle.
Wsunęłam klucz do zamku i przekręciłam. Usłyszałam ciche kliknięcie i otworzyłam drzwi.
Dom się nie zmienił. Na pierwszy rzut oka było widać, że włamywacz, psychol czy ktokolwiek nic nie ukradł. Wszystko było na swoim miejscu prócz szkła, które walało się po podłodze. Wazon z kwiatami był rozbity, a moje ukochane róże leżały porozrzucane po posadzce. Weszłam powoli do pomieszczenia, rozglądając się nerwowo. Ana została w holu, obserwując każdy mój ruch.
W głowie miałam totalną pustkę. Co mam teraz zrobić. Dzwonić na policje? Tak byłoby najrozsądniej.
Wyciągnęłam telefon i drżącym kciukiem wystukałam numer nie policji, ale taty. Przyłożyłam słuchawkę do ucha i czekałam aż odbierze.
Coś przykuło moją uwagę. Metr od mnie, wśród tego całego bałaganu leżał kamień, którym najwyraźniej zbito okno. Podniosłam go i odwróciłam.
-Słucham? - w moim uchu rozbrzmiał głos taty. Beztroski i odprężony. Poczułam żal i obrzydzenie do samej siebie, że muszę to wszystko zniszczyć - Ari?
-Przyjeżdżaj do domu. Szybko - usłyszałam swój cichy i przerażony głos - Ktoś bardzo chce, żeby stała nam się krzywda.
Zacisnęłam mocno place na kamieniu, na którym ktoś napisał czerwoną farbą słowa.
Ona zginie.

***

Czerwono-niebieskie światła z kogutów policyjnym na przemian wpadały do salonu, gdzie siedziałam. Gdy tylko przesłuchali Anę, kazali jej iść do domu. A ja musiałam zostać.
Tysiąc razy zadawali mi te same pytania. Czułam się zmęczona. Chciałam położyć się do łóżka, uprzednio długo stojąc pod prysznicem.
Tata obejmował mnie i pocierał dłonią jedno z moich ramion. To był mechaniczny gest. Sam gdzieś odpłynął myślami, patrząc się bezmyślnie na policjantów. A ja po prostu zamknęłam oczy, odgradzając się od samej siebie.
Kto tak bardzo pragnie, żebym zginęła? To akurat było oczywiste. Żadna druga 'ona' w tym domu nigdy nie mieszkała. Chodziło tylko i wyłącznie o mnie, a ja byłam tego świadoma.
Po raz pierwszy zadałam sobie sprawę z tego, ze chłopak o jasnych włosach nie mógł tego zrobić. Był tajemniczy i irytujący, nosił czarne ciuchy i przerażał mnie, znajdując się tam gdzie ja, ale nie mógł tego zrobić. Nie wyglądał na kogoś, kto pragnął by czegoś tak okropnego.
Powiedziałam to policji, ale jakoś ich to nie przekonało. Nie chce wciągać w to osoby, która pewnie nie wie, że przez nią głupieje.
-Posłuchaj Ari - otworzyłam oczy i spojrzałam na tatę, który wydawał się dziwnie nie obecny - Odtąd masz wracać prosto do domu, nigdzie nie wychodzić i z nikim obcym nie rozmawiać. Zakaz na wychodzenie do kina, do kawiarni i na imprezy.
Słuchałam tego z beznamiętną miną, czując, że zaraz się rozpłacze.
-To dla twojego dobra...
Pocałował mnie w czoło i wstał, kierując się do jednego z funkcjonariuszy. Położyłam łokcie na kolanach i schowałam twarz w dłoniach.
Stałam się więźniem własnego domu, którego po raz pierwszy znienawidziłam.




NASTĘPNY ROZDZIAŁ ZA 15 KOMENTARZY
Idk co napisać. Dziękuje za wyświetlenia i komentarze, że czytacie to badziewie, którym wam spamuje na twitlemie.
Tak cholerna dumna z Bradzika, pierwsza trasa koncertowa gfhfhjhgj jako suppot ale co tam sdfdghgfhsfhfgh.
Nie macie pojęcia jakie to wspaniałe uczucie trwać przy idolu, jak powoli SAM PRACUJĄC zdobywa popularność i coraz nowych odbiorców. Brad nie promuje się na innych ani nie robi szumu wokół siebie. 
Byłam dzisiaj na Więzień Labiryntu, Dylanek ♥ Wspaniały film, będzie 2 część, polecam wszystkim x

Mam nadzieje że szybko sie zobaczymy xxx

Justysia

13.09.2014

Rozdział 3

Para uniosła się znad gorącej czekolady, a ja wpatrywałam się w nią jak urzeczona, grzejąc zimne dłonie kubkiem, który trzymałam.Siedząc na sofie, pod ciepłym kocykiem, całkowicie przeszła mi chęść wyznania moich niepokoi, która taką falą zalała mnie w holu. Teraz wydało mi się to poprostu głupie i dziecinne, że tak pochopnie wyciągnęłam wnioski. On mógł tam tylko stać. A to, że wcześniej ja zauważałam jego, a on mnie nie, nic nie znaczyło. Ale było już za późno. Stanowczo za późno.
Tata siedział na przeciw mnie i czekał, aż w końcu coś powiem. Nie odzywałam się od czasu, gdy wstałam z podłogi i usiadłam na sofie, a on zaproponował czekoladę. A teraz oczekiwał, żebym w końcu wyznała to, co zauważałam przez trzy miesiące. Widząc, że nie palę się do tego, żeby zacząc rozmowę, zdecydował się zapytać:
- Kiedy go zauważyłaś?
Podniosłam głowę i spojrzałam na niego tępo. Czas się obudzić. Może on przemówi mi do rozumu.
- Jakąś godzinę temu – odpowiedziałam, ciesząc się, że mój głos nie był pełen niepokoju, tak jak reszta mnie – Chciałam zamknąć okno. Zobaczyłam, że ktoś schodzi po naszych schodach. Na dole już była koperta. I ja... ja...
-Poszłaś za nim?
Kiwnęłam głową, a tata westchnął.
-Zgubiłam go, zanim przybliżyłam się choć na metr. Był w czarnej bluzie, na oko w moim wieku. Miał kaptur na głowie, więc nie zobaczyłam twarzy.
Tata wstał i usiadł koło mnie, obejmując moje dłonie swoimi i tym samym obejmując kubek który trzymałam. Spojrzał na mnie swoimi piwnymi oczami, a ja spuściłam wzrok na parę unoszącą się nad czekoladą.
-Ariana – zaczął, ściskając moje dłonie mocniej – Jeśli wiesz coś jeszcze, to powiedź. To bardzo ważne.
W mojej głowie rozpoczęła się bitwa: powiedzieć o jasnowłosym chłopaku, czy nie? Może to uznać za trop. Ale może tez wyśmiać, mówiąc, że tysiące osób mieszka w Londynie, a to ze ja zauważam tylko jednego chłopaka, to nie powód do niepokoju.
Uniosłam wzrok i moje oczy spotkały się z jego uważnym wzrokiem.
- Jest taki chłopak – szepnęłam – Widzę go już ze trzy miesiące. Jest zawsze tam, gdzie ja, gdy zawsze wychodzę sama. I dzisiaj, gdy zgubiłam tego chłopaka., on też tam stał. I też miał na sobie czarną bluzę.
- Jak wygląda? - spytał, a jakaś część mnie się ucieszyła, bo może mi uwierzyć.
- Ma jasne włosy. Zawsze jest ubrany na czarno. I nosi okulary przeciw słoneczne.
Jak tylko to powiedziałam, uznałam, że zabrzmiało to żałośnie. Jest miliony takich chłopaków jak on. Pożałowałam, że w ogóle o nim wspomniałam. Jednak tata nie wydawał się zażenowany, ani nawet zdziwiony. Nachylił się pocałował mnie w policzek, po czym wstał i ruszył do wyjścia.
Ogarnęła mnie fala niesprawiedliwości. Jak on mógł wyjść tak po prostu, bez słowa?
Jak on mógł po tym, jak byłam cholernie szczera wyjść, pozostawiając moje pytania bez odpowiedzi?
Postawiłam kubek ze stygnąca czekoladą na niskim stoliku i odrzuciłam koc na bok. Szybko wbiegłam po schodach na górę, kierując się do jego gabinetu. Właśnie podnosił telefon i odblokowywał go.
-To nie są ulotki, prawda tato? - spytałam, wchodząc do pomieszczenia i zatrzymując się przy jego biurku. Ojciec nie podniósł wzroku, a kiedy przemówił, jego głos lekko drżał i był cichy.
-Nie...
-Więc co to jest? - spytałam, czekając na odpowiedz. Ale on milczał, wpatrzony w blat i zaciskając szczękę - Co to jest? Byłam z tobą szczera, więc ty też ze mną bądź!
-To nie jest twoja sprawa - odpowiedział krótko, chowając kilka kartek do szuflady, w tym nie otworzoną kopertę.
-Jakiś psychol podrzuca nam listy, ktoś mnie śledzi a ty uważasz, że to nie jest moja sprawa?
Poniosło mnie. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio podniosłam na niego głos. To wszystko mnie przerastało. Wolałam znać prawdę, choćby była brutalna. Zawsze lepiej wiedzieć prawdę...
Rozluźniłam palce, które przedtem zacisnęłam w pięści.
-Ariana, wyjdź - rozkazał, wybierając numer na swoim telefonie. Podniosłam wyżej brodę i spojrzałam na niego buntowniczo.
-Nie.
-Wychodź do cholery i nie pyskuj!
Zacisnęłam wargi i wyszłam z pokoju, trzaskając drzwiami za sobą. W głowie mi się nie mieściło, że mógł coś takiego zrobić. Zaledwie pięć minut temu  był kochający ojcem, a teraz wyrzucił mnie z gabinetu, nie wyjaśniając niczego, nie pozwalając zrozumieć. Czy wiedział, kim jest ten chłopak?
Poszłam do  pokoju i otworzyłam szufladę, wyciągając ciemne rurki i bluzę. Wciągnęłam to szybko na siebie, pamiętając że na dworze jest dość chłodno. Schowałam telefon do kieszeni i wyszłam z domu.
Miałam ochotę spotkać się tylko z jedną osobą. I miałam szczęście, bo ta osoba mieszkała niedaleko mnie.
Pukając do drzwi państwa Mulvoy-Ten wiedziałam, ze nie zdołam niczego ukryć przed Aną. Była dla mnie jak siostra, której nigdy nie miałam. Więc kiedy drzwi otworzyła mi pani Isabell z swoim ciepły uśmiechem, mój niepokój nieco się uspokoił.
-Nie przeszkadzam? - bąknęłam, wchodząc do przytulnego holu. Ana wyszła z kuchni ze zdziwieniem wpisanym na twarzy.
-Nie miałaś dzisiaj ćwiczyć? - spytała.
-Ćwiczyłam. Musimy porozmawiać.
Nigdy tego do niej nie powiedziałam. Zawsze przychodziłam i mówiłam, co sie dzieje. Ale ta sprawa wymagała prywatności, a trudno o nią było gdy Bella lub Emma siedziały w salonie i wyłapywały każde słowo, bądź Claudii wchodzącej każdemu pod nogi. Ana najwyraźniej to zrozumiała, bo od razu weszła do schodach na górę, do swojego pokoju.
-Javier wynocha - warknęła, gdy tylko otworzyła drzwi. Jasnowłosy chłopiec spojrzał na nią morderczym wzrokiem, wziął swój laptop i wychodząc pokazał siostrze język, po czym zwrócił sie do mnie:
-Cześć Ari.
-Cześć.
Moja przyjaciółka zamknęła za nim drzwi, a ja poczułam się niezręcznie. Jakbym po raz pierwszy u niej była.
-No więc? - spytała, siadając na łóżku. Usiadłam obok niej i zaczęłam opowiadać. Od początku. Jak pojawił sie ten chłopak. Jak zaczęły przychodzić nieadresowane listy. Jak ojciec zmieniał się z dnia na dzień, robiąc się coraz bardziej skryty. Gdy skończyłam, zapadła cisza. Zebrałam się na odwagę i spojrzałam na jej twarz. Jej usta były lekko rozchylone.
-Co ja mam teraz zrobić? - spytałam płaczliwie, przywołując Anę do świata żywych.
-Nie panikować - powiedziała rzeczowym tonem - To, że on za tobą chodzi, nie znaczy, że to on podrzuca listy.
-Przecież go widziałam!
-Nie, nie widziałaś go - odpowiedziała, zachowując zimną krew - Widziałaś, że ktoś w czarnym dresie wrzuca kopertę. Dużo osób dzisiaj chodzi w czarnych dresach. Nie widziałaś jego twarzy.
Mówiła to z takim spokojem... To, że ja mam jakieś urojenia i wydaje mi się że ktoś mnie śledzi, ona przyjmuje całkiem normalnie. Za normalnie.
-Tobie też się coś takiego dzieje? - spytałam cicho. Ana spojrzała na mnie jak na wariatkę.
-Nie. Ale od dawna widziałam, że coś jest nie tak. Za dobrze cię znam - mruknęłam, przytulając mnie do siebie. Po raz tysięczny pomyślałam, jak bardzo kocham jej perfumy.
-Więc co ja mam teraz robić? - pisnęłam w jej ramię. Dziewczyna westchnęła.
-Ignoruj to. Ignoruj tego chłopaka, te listy a z ojcem gadaj, jakby się nic nie stało. Kluczo­wy prob­lem można załat­wić wytrychem.
-Cytujesz? Serio? Ty wiesz w ogóle co to znaczy?
Mimo że nie widziałam jej twarzy, wiedziałam, że się uśmiechnęła. Robiłam więc tak, jak mi kazała. Gdy widziałam biała kopertę, po prostu udawałam, że jej tam nie było. Przestało mnie obchodzić, że co dzień przychodzi ich coraz więcej. Ignorując kroki na schodach, do których się wchodzi do mojego domu.
Ignorując baczne spojrzenie blondyna, którego byłam w stanie zauważyć nawet w tłumie, wchodząc do sklepu.
-Myślisz, że wariuję? - spytałam Any, trzeci dzień po wyznaniu jej prawdy. Teraz więcej czasu spędzałam u niej, nie mogąc znieść ponurej atmosfery, która była wyczuwalna w moim domu bardziej niż zazwyczaj. Czytałam szósty tom Harry'ego Potter'a a ona testowała fryzury, które mogłaby zrobić na koniec roku szkolnego.
-Myślę, że potrzebujesz rozrywki.
-Mówiłam ci, że ojciec mnie kontroluje.
-Jesteś dorosła czy nie? - prychnęła dziewczyna, rozpuszczając swoje blond włosy i spinając go w wymyślnego  koka.
-Nie chce go martwić... - powiedziałam cicho, po czym wbiłam wzrok w kartki książki, by nie patrzeć, jak Ana przewróciła oczyma. To prawda. Za bardzo czułam się winna, że tak pochopnie wyciągnęłam wnioski i wszystko mu poskarżyłam. Wczoraj wyciągnął mnie do kina i bez przerwy się rozglądał. Jakbym nie wiedziałam, czego szuka. A może raczej kogo.
-Cholera, Ariana! - warknęła moja przyjaciółka, rzucając we mnie szczotką i patrząc z poirytowaniem - Jeśli tak się martwisz, to idź przeszukaj jego biuro.
-Nie mogę - pisnęłam cicho, zaskoczona nagłym wybuchem - To jego rzeczy. A z resztą, i tak zamyka drzwi na klucz.
-Więc przestań o tym myśleć - rzuciła ostrym tonem, a potem jej rysy złagodniały - Przepraszam. Ja tylko... Jak przychodzisz, to nigdy się nie zamykasz w sobie i nie czytasz książki. Zamęczasz się tym.
-Wiem - odparłam i zamknęłam Harrego Potter'a, pamiętając że skończyłam na stronie 207 - Tylko, że ja nie wiem czym mam się zająć, żeby o tym nie myśleć.
-Dobra, olej moja poprzednia radę. Załatwimy go takim samym sposobem.
Na jej twarzy pojawiła się determinacja. Ja natomiast nie zrozumiałam nic, więc jedyna inteligentna odpowiedź, która przyszła mi do głowy to:
-Co?
-Jeśli on cię śledzi, ja będę śledzić jego.
Gapiłam się na nią z lekko rozchylonymi ustami przez dobrą chwilę, zanim mój mózg pojął, co ona właśnie powiedziała. Przed oczami mignęła mi Ana ubrana w czarny strój szpiegowski z kominiarką naciągniętą na twarz. Oprzytomniałam i potrząsnęłam głową.
-Kocham cię, ale powinnaś zacząć się leczyć.
-Tak jasne, krytykuj mnie, a sama nie miej lepszego pomysłu. I tak to zrobię.
Usiadła z założonymi rękami jak dziecko, które się na coś uparło i nie zamierza odpuścić. czułam, ze nie wybije tego jej tego pomysłu z głowy, więc nawet nie próbowałam.
Przez cały następny dzień, zastanawiałam się, czy faktycznie to zrobi. Pod koniec lekcji, pokazała mi podniesione kciuki do góry i szeroko się uśmiechnęła. Przez głowę przeleciała mi myśl, że jest naprawdę słodka, gdy jest naiwna. Szczerze wątpię, że uda jej sie go przechytrzyć. Może to tylko dzieciak, który chce się zabawić albo się nudzi.
Albo profesjonalnym mordercą wyglądającym na dwudziestkę.
Przez moją twarz przemknął cień uśmiechu. Zawsze byłam romantyczką, ale myśli o psycholu we mnie zakochanym są niepokojące. Może nawet więcej - są chore.
Zabrzmiał dzwonek, a ja zarzuciłam torbę na ramię. Teraz nikt się nie uczył. Słońce przyjemnie grzało w plecy, a w powietrzu było mozna wyczuć radosną atmosferę wakacji. Cała presja i stres związany z nauką opadały i opuszczały, można było położyć się wieczorem bez tysiąca myśli w głowie i spać spokojnie.
Wyszłam na rozgrzaną ulicę i zmrużyłam oczy, zanim włożyłam na nos okulary przeciwsłoneczne. Zbiegłam ze schodów i skręciłam w prawo, tak jak zawsze wracając ze szkoły. W uszach dźwięczał mi głos Any, radzący, żebym się nie oglądała i szła spokojnie do domu. Tylko nogi robiły coś innego, i zamiast wolnym spacerkiem, prawie biegłam. Nie moja wina, jakoś samo tak wyszło.
Czekał na ostatniej przecznicy, którą przemierzałam w swojej codziennej trasie. Właściwie siedział przy stoliku jednej z licznych odziarni, które w upalne dni przyciągały klientów. Czułam, jak podąża za mną wzrokiem. Gdybym teraz na niego spojrzała, pewnie byłby utkwiony w ekranie komórki. Po prostu przeszłam jak najszybciej ulicę i jeszcze jedną, a potem odetchnęłam gdy zatrzasnęłam za sobą drzwi.
Ana zapukała w moje drzwi trzy godziny później. Ubrana w krotki top, jasne spodnie z wysokim stanem, z okularami słonecznymi i rozwianymi blond włosami wyglądała jak modelka. Wpuściłam ja to holu, a gdy drzwi się zamknęły, dopiero wtedy zdjęła okulary i wrzasnęła zrezygnowanym tonem:
-Zgubiłam go!
Odczułam satysfakcje, ze miałam racje, ale nie pokazałam tego, tylko westchnęłam, zapraszając ją do kuchni. Wyjęłam z lodówki niedawno zrobione koktajle i włożyłam w każdą szklankę rurkę. Ana pociągnęła łyk i zaczęła opowiadać.
-Szłam za nim jakieś dwie ulice, odkąd wstał od tego stolika. Jak tylko przeszłaś on wstał i sobie poszedł, więc śledziłam go z bezpiecznej odległości, a on po prostu zlał się z tłumem. Jakby nigdy go tam nie było.
Zamieszałam powoli rurką w swoim koktajlu i nie powiedziałam ani słowa.
-Jutro znowu spróbuje.
Tym razem podniosłam wzrok i spojrzałam na nią ze zrezygnowaną miną.
-Ana, to nie ma sensu.
-Czemu?
-Bo ci się nie uda. Po prostu go oleję. Za tydzień wyjeżdżamy nad morze na miesiąc, jak wrócimy może go już nie być.
Ana nadal nie miała przekonanej miny, jakby przełknęła cytrynę. Po chwili westchnęła i mruknęła:
-Czyli wracamy do planu A- stwierdziła, po czym zmieniła temat - Kiedy zdajesz na prawo jazdy?
Zadowolona, ze w końcu dała sobie spokój, podjęłam dyskusję, a chłód między nami zniknął.
Ile bym dała, żeby w te wakacje tylko prawo jazdy było moim zmartwieniem. Byłam taka pewna, ze wszystko będzie w swoim starym układzie, monotonii, której nienawidziłam, ale wolałam od nagłych zmian.
Czasami po prostu ludzie się mylą.




Następny rozdział za 12 komentarzy.
Zmotywuje Was do komentowania, i promise. Parę spraw organizacyjnych:
One - Musiałam dodać limit, poważnie. Chce, żeby ktoś to czytał, i know, pisze też dla siebie ale komentarze i wyświetlenia dają satysfakcje. Także spinać dupy i napisać to 'super' albo 'beznadziejne'.
Two: Nie wiem czy się śmiać czy płakać, dobiliście do 10 komentarzy, pomijając że zrobiła to jedna osoba, haha. To dla ciebie Wicia dodany x
Three - Założyłam konto na tt fanfiction : @winnyfanfiction Zawsze daje follow back, pytać nie musicie, i zacznę też tam spamować.
Four - Rozdziały nie będą dłuższe, więc się nie martwcie, nie będę zabierać dużo czasu.
Five: Tam tam tam taaaam! Zrobiłam mini promo, prosze, is here:



Aka moja obsesja na punkcie Teen Wolf, połączona z fandomami i gifami stworzyła takie cosik. Edytorki ze mnie nie będzie. 
Także, chyba tyle. Jestem padnięta, ale pewnie nie tylko ja, wracam do domu, piję kawę, twitter i zakuwam. I ta pustka, bo skończył się Teen Wolf i zabawiam się oglądając Cracki. 
Miłego dnia, Kocham Was etc...

Justysia xxx