20.09.2014

Rozdział 4

Sprzątałam w pokoju, żeby zająć czymś umysł . Przynajmniej tak było do czasu, gdy w bezkresie swojej szafy znalazłam małe pudełko z kasetami wideo i starym odtwarzaczem. Podpięłam stary i zakurzony sprzęt, do plazmowego telewizora w moim pokoju i usiadłam na podłodze, wśród porozrzucanych swetrów, spódniczek i butów. Włożyłam kasetę z nagraniem do odtwarzacza i nacięłam ikonkę play.
Od tego czasu się wyłączyłam.
Znalazłam tez stare maskotki, które leżały zapominanie na dnie mojej szafy. Dużego i brunatnego misia z różowa kokardką na szyi zawiązaną przez mnie, gdy byłam dzieckiem. Teraz tuliłam go do piersi, i pustym wzrokiem patrzyłam na ekran telewizora i stare nagranie, gdy miałam siedem lat.
To było w Boże Narodzenie, jeszcze w naszym domu na Florydzie. Rozpakowywałam prezent, siedząc pod dużym, sztucznym drzewem ozdobionym sznurowadłem lampek i bombek, a niektóre były wykonane przez moja młodsza wersje. Rozpakowałam swoją pierwszą w życiu gitarę, z iskrami szczęścia w oczach, po czym z płaczem wdzięczności rzuciłam się w ramiona rodzicielki. Mama odłożyła na bok misia, którego ja teraz trzymałam. To był mój pierwszy instrument w życiu. Nigdy nie nauczyłam sie na nim profesjonalnie grać, ale zła też nie byłam. Kawałek drewna i metalu sprawił, że byłam najszczęśliwszą dziewczynką w całej Ameryce. Mama pomachała do kamery, którą trzymał tata. Ja też sto zrobiłam, nadal tuląc się do jej piersi i pokazując szereg nierównych ząbków, które jeszcze nie urosły mi po wypadnięciu mleczaków. Film skończył się, a na ekranie zapadła ciemność i delikatnie szumiąc, odnajmując, że nagranie dobiegło końca. Ja nadal siedziałam z zaszklonymi oczami, patrząc się w ścianie i przytulają coraz mocniej pluszaka do piersi. Nie czułam bicia własnego serca, czułam tylko pustkę.
Czasami tęsknota za mamą, choć minęło już więcej niż dziesięć lat, wracała i odbierała mi ochotę do życia. Mogłam jej się wygadać z wielkich problemów, które tak mnie dręczyły, a były tak małe. A ona zawsze pomagała mi je rozwiązać. Oddałabym wszystko za jeszcze jedną rozmowę z tą niezwykłą kobieta, którą była Joan Grande.
Westchnęłam głęboko i spojrzałam na misia, na jego duże, czarne, pozbawione miłości i życia oczy. Uwielbiałam tą maskotkę, cud, że jeszcze się nie rozleciała. Gdy tylko przeprowadziliśmy się do Londynu, musiałam szybko dojrzeć. Schowałam wszystko, co było namiastką tego, co kochałam przed śmiercią mamy. To, co sprawiało ze czułam się jak ukochana księżniczką rodziców, zawsze w centrum uwagi. Szkolny psycholog, znając moją historię i rozmawiając ze mną, stwierdził, ze nigdy nie widział tak dojrzałego ponad wiek dziecka. Nie bawiły nie dziecinne żarty, ani głupie odzywki. Śmiałam się, oczywiście, w końcu trzeba żyć, nawet jakby się straciło to, na czym najbardziej nam zależało. Żeby bliscy, patrząc nas odczuwali dumę. I żyć dla samego siebie, bo po to nas do życia powołano. Żeby  niego korzystać i nie zamartwiać się zanadto. By iść z podniesioną głową.
Rozejrzałam się po pokoju, na bajzel, który miałam posprzątać. Położyłam misia na niezaścielonym łóżku i zaczęłam zbierać rzeczy, które porzucałam po całym pomieszczeniu. Sprzątanie nie należało do moich ulubionych czynności, bo po dniu nie było widać jego efektu. Byłam okropną bałaganiarą, chociaż zazwyczaj starałam się zachowywać porządek, raczej ze średnim skutkiem. Podśpiewując pod nosem piosenki Sam'a Smith'a, pracowałam, nie widząc końca. Gdy po skończonej pracy , zamykając okno, spostrzegłam tajemniczego blondyna. Tym razem ujrzałam przed oczami twarz mamy. Zatrzasnęłam okno, natychmiast wyrzucając z pamięci chłopaka.
Tym razem pomogło.


***

Ana kontynuowała swój monolog, na temat swojego rodzeństwa. Jakie jest nieznośnie, jak przeszkadza i jak ma serdecznie dość. Dorzuciła, ze jak tylko stuknie jej dwudziestka, wyprowadza się do własnego mieszkania, bo nie może żyć z tymi małpami. Oczywiście, jej plany nigdy nie wejdą w życie, bo za bardzo kochała swój pokój, dom i atmosferę jaka w niej panuje. Mimo tego, jak bardzo denerwujące było jej rodzeństwo.
Wracałyśmy z kina z filmu "Zanim zasnę". Podobał mi się, ale mi wiele filmów się podoba, choć wolę te starsze produkcje. Natomiast Ana, rozkoszując się, ze może ponarzekać na swoją rodzinę, nie hamowała się. Mimo tego, na nią zawsze ktoś czekał w domu, ktoś zawsze spytał co się dzieje i jak tam w szkole. Na mnie czekał tylko Twitter i pustka domu. Przykre, ale ja nie narzekałam. Lubiłam samotność, choć od czasu do czasu była uciążliwa. Wtedy wychodziłam i pukałam w drzwi tętniącego życia domu Mulvoy-Ten. Zawsze traktowali mnie ja swoja piątą córkę i nigdy nie mieli mnie dość. Takich ludzi na świecie powinno być więcej.
Wszyłyśmy z galerii na rozgrzane ulice Londynu, z lodami w jednej dłoni, spacerując. Uwielbiałam niedziele, szczególnie w czerwcu, gdy nie były one wyrokiem śmierci, bo następnym dniem był poniedziałek.
-Jeszcze tylko tydzień i wolność - przyjaciółka wystawiła twarz do słońca, rozkoszując się ciepłem - Zero nauki, zero książek, tylko plaża, piasek...
-I chłopcy - spojrzałam na nią z uśmiechem, a ona obdarzyła mnie morderczym wzrokiem.
-W tym roku daje sobie spokój - odpowiedziała, a ja jednak odczułam wątpliwość - Naprawdę! Masz mnie za jakaś lafiryndę?
-Nie, tylko po prostu...
-Za to tobie przydałaby się rozrywka - zauważyła Ana i trąciła mnie łokciem - W te wakacje musimy cię rozerwać.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Wakacyjne romanse nie były w moim typie. Jeśli miałabym z kimś się umawiać lub spędzać czas, to tylko z osobą, którą darzę uczuciem.
-Co masz zamiar zrobić? Napisać na Facebooku : Moja przyjaciółka potrzebuje ładnego chłopaka od zaraz. Chętni pisać na priv?
-No wiesz - odfuknęła w odpowiedzi - Aż tak zdesperowana nie jesteś i nigdy tak nisko nie upadniesz.
Zaśmiałam się. Fakt, każda z nas nie miała chłopaka, ale jakoś nam to nie przeszkadzało. Oczywiście, fajnie by było, ale jakoś nie wyobrażam sobie rekcji mojego taty, gdybym przyprowadziła chłopaka do domu. Szczególnie w tych okolicznościach, gdy sam podskakiwał na krześle, gdy tylko ośmieliłam się wybudzić z jego fantazji.
Spojrzałam na zegarek. Było w pół do szóstej, a ja jakoś nie miałam najmniejszej ochoty wracać do mieszkania. Taty nie było, pojechał spotkać się z przyjaciółmi. Ja go do tego namówiłam, mówiąc, że przyda mu się chwila relaksu. Zgodził się. Przynajmniej tyle mogłam dla niego zrobić.
-Ile kostiumów kąpielowych zabrać? - spytała Ana, wyrzucając serwetkę w której trzymała skończony już wafel z lodem do kosza.
-Weź wszystkie - odpowiedziałam, oglądając wystawy sklepów - Jeśli nie będziesz musiała wziąć dodatkowej walizki.
-Chyba wezmę dwie. W końcu to cały miesiąc.
Bardzo cieszyłam się na ten wyjazd. Pozwoli oderwać mi się od londyńskiego tłoku, samochodów i dymu. Żałowałam, że nie mieszkam już nad morzem. Na Florydzie przez cały rok jest ciepło, jako dziecko spędzałam godziny na plaży. Do dzisiaj pamiętam smak lodów, które zjadałam wraz z rodzicami, spacerując po promenadzie.
Kolacje zjadłam w domu Any. Śmiejąc się przy stole wraz ze siostrami przyjaciółki, zapomniałam nawet o tajemniczym chłopaku w ciemnych okularach. To był najlepszy dzień w tym miesiącu. A wkrótce miało czekać mnie ich więcej. Tata Any, który był chirurgiem, musiał chcąc nie chcąc zostać w Londynie. Mój też zostawał. Towarzyszyć nam miała tylko mama Any, do której miałam wielki podziw. Sama nie dałabym rady upilnować szóstki dzieciaków, w tym dwie dorosłe, trzy nastolatki i jednego chłopca.
Dopiero o dwudziestej wyszłam, a blondynka mnie odprowadziła., Obydwie byłyśmy w dobrym nastroju, pełne energii. Ciepłe uczucie szczęścia wypełniało moją klatkę piersiową.
A potem stanęłyśmy przed moim domem, a czar prysł, jakby ktoś przekuł balon mojego bezpieczeństwa.
Ana pisnęła i zakryła sobie usta dłonią, a ja po prostu stałam i patrzyłam się.
Wszystkie okna na parterze były wybite, a szkło które pozostało w ramach, sterczało niczym ostre żeby. W ustach mi zaschło. Rozglądnęłam się w prawo, potem w lewo. Ale nikogo nie zauważyłam. Jak to możliwe, że sąsiedzi nie usłyszeli hałasu. Może ich nie było w domu?
Moje nogi były jak z ołowiu i prawie z nadludzkim wysiłkiem podniosłam jedną stopę, potem drugą, starając się nie stracić równowagi. Weszłam na schody i stanęłam przed drzwiami. Wyciągnęłam klucz z kieszeni.
-Ariana? - pisnęła moja przyjaciółka i natychmiast znalazła się u mojego boku. Jej twarz była nienaturalnie blada, a niebieskie oczy wydawały się większe niż zwykle.
Wsunęłam klucz do zamku i przekręciłam. Usłyszałam ciche kliknięcie i otworzyłam drzwi.
Dom się nie zmienił. Na pierwszy rzut oka było widać, że włamywacz, psychol czy ktokolwiek nic nie ukradł. Wszystko było na swoim miejscu prócz szkła, które walało się po podłodze. Wazon z kwiatami był rozbity, a moje ukochane róże leżały porozrzucane po posadzce. Weszłam powoli do pomieszczenia, rozglądając się nerwowo. Ana została w holu, obserwując każdy mój ruch.
W głowie miałam totalną pustkę. Co mam teraz zrobić. Dzwonić na policje? Tak byłoby najrozsądniej.
Wyciągnęłam telefon i drżącym kciukiem wystukałam numer nie policji, ale taty. Przyłożyłam słuchawkę do ucha i czekałam aż odbierze.
Coś przykuło moją uwagę. Metr od mnie, wśród tego całego bałaganu leżał kamień, którym najwyraźniej zbito okno. Podniosłam go i odwróciłam.
-Słucham? - w moim uchu rozbrzmiał głos taty. Beztroski i odprężony. Poczułam żal i obrzydzenie do samej siebie, że muszę to wszystko zniszczyć - Ari?
-Przyjeżdżaj do domu. Szybko - usłyszałam swój cichy i przerażony głos - Ktoś bardzo chce, żeby stała nam się krzywda.
Zacisnęłam mocno place na kamieniu, na którym ktoś napisał czerwoną farbą słowa.
Ona zginie.

***

Czerwono-niebieskie światła z kogutów policyjnym na przemian wpadały do salonu, gdzie siedziałam. Gdy tylko przesłuchali Anę, kazali jej iść do domu. A ja musiałam zostać.
Tysiąc razy zadawali mi te same pytania. Czułam się zmęczona. Chciałam położyć się do łóżka, uprzednio długo stojąc pod prysznicem.
Tata obejmował mnie i pocierał dłonią jedno z moich ramion. To był mechaniczny gest. Sam gdzieś odpłynął myślami, patrząc się bezmyślnie na policjantów. A ja po prostu zamknęłam oczy, odgradzając się od samej siebie.
Kto tak bardzo pragnie, żebym zginęła? To akurat było oczywiste. Żadna druga 'ona' w tym domu nigdy nie mieszkała. Chodziło tylko i wyłącznie o mnie, a ja byłam tego świadoma.
Po raz pierwszy zadałam sobie sprawę z tego, ze chłopak o jasnych włosach nie mógł tego zrobić. Był tajemniczy i irytujący, nosił czarne ciuchy i przerażał mnie, znajdując się tam gdzie ja, ale nie mógł tego zrobić. Nie wyglądał na kogoś, kto pragnął by czegoś tak okropnego.
Powiedziałam to policji, ale jakoś ich to nie przekonało. Nie chce wciągać w to osoby, która pewnie nie wie, że przez nią głupieje.
-Posłuchaj Ari - otworzyłam oczy i spojrzałam na tatę, który wydawał się dziwnie nie obecny - Odtąd masz wracać prosto do domu, nigdzie nie wychodzić i z nikim obcym nie rozmawiać. Zakaz na wychodzenie do kina, do kawiarni i na imprezy.
Słuchałam tego z beznamiętną miną, czując, że zaraz się rozpłacze.
-To dla twojego dobra...
Pocałował mnie w czoło i wstał, kierując się do jednego z funkcjonariuszy. Położyłam łokcie na kolanach i schowałam twarz w dłoniach.
Stałam się więźniem własnego domu, którego po raz pierwszy znienawidziłam.




NASTĘPNY ROZDZIAŁ ZA 15 KOMENTARZY
Idk co napisać. Dziękuje za wyświetlenia i komentarze, że czytacie to badziewie, którym wam spamuje na twitlemie.
Tak cholerna dumna z Bradzika, pierwsza trasa koncertowa gfhfhjhgj jako suppot ale co tam sdfdghgfhsfhfgh.
Nie macie pojęcia jakie to wspaniałe uczucie trwać przy idolu, jak powoli SAM PRACUJĄC zdobywa popularność i coraz nowych odbiorców. Brad nie promuje się na innych ani nie robi szumu wokół siebie. 
Byłam dzisiaj na Więzień Labiryntu, Dylanek ♥ Wspaniały film, będzie 2 część, polecam wszystkim x

Mam nadzieje że szybko sie zobaczymy xxx

Justysia

13.09.2014

Rozdział 3

Para uniosła się znad gorącej czekolady, a ja wpatrywałam się w nią jak urzeczona, grzejąc zimne dłonie kubkiem, który trzymałam.Siedząc na sofie, pod ciepłym kocykiem, całkowicie przeszła mi chęść wyznania moich niepokoi, która taką falą zalała mnie w holu. Teraz wydało mi się to poprostu głupie i dziecinne, że tak pochopnie wyciągnęłam wnioski. On mógł tam tylko stać. A to, że wcześniej ja zauważałam jego, a on mnie nie, nic nie znaczyło. Ale było już za późno. Stanowczo za późno.
Tata siedział na przeciw mnie i czekał, aż w końcu coś powiem. Nie odzywałam się od czasu, gdy wstałam z podłogi i usiadłam na sofie, a on zaproponował czekoladę. A teraz oczekiwał, żebym w końcu wyznała to, co zauważałam przez trzy miesiące. Widząc, że nie palę się do tego, żeby zacząc rozmowę, zdecydował się zapytać:
- Kiedy go zauważyłaś?
Podniosłam głowę i spojrzałam na niego tępo. Czas się obudzić. Może on przemówi mi do rozumu.
- Jakąś godzinę temu – odpowiedziałam, ciesząc się, że mój głos nie był pełen niepokoju, tak jak reszta mnie – Chciałam zamknąć okno. Zobaczyłam, że ktoś schodzi po naszych schodach. Na dole już była koperta. I ja... ja...
-Poszłaś za nim?
Kiwnęłam głową, a tata westchnął.
-Zgubiłam go, zanim przybliżyłam się choć na metr. Był w czarnej bluzie, na oko w moim wieku. Miał kaptur na głowie, więc nie zobaczyłam twarzy.
Tata wstał i usiadł koło mnie, obejmując moje dłonie swoimi i tym samym obejmując kubek który trzymałam. Spojrzał na mnie swoimi piwnymi oczami, a ja spuściłam wzrok na parę unoszącą się nad czekoladą.
-Ariana – zaczął, ściskając moje dłonie mocniej – Jeśli wiesz coś jeszcze, to powiedź. To bardzo ważne.
W mojej głowie rozpoczęła się bitwa: powiedzieć o jasnowłosym chłopaku, czy nie? Może to uznać za trop. Ale może tez wyśmiać, mówiąc, że tysiące osób mieszka w Londynie, a to ze ja zauważam tylko jednego chłopaka, to nie powód do niepokoju.
Uniosłam wzrok i moje oczy spotkały się z jego uważnym wzrokiem.
- Jest taki chłopak – szepnęłam – Widzę go już ze trzy miesiące. Jest zawsze tam, gdzie ja, gdy zawsze wychodzę sama. I dzisiaj, gdy zgubiłam tego chłopaka., on też tam stał. I też miał na sobie czarną bluzę.
- Jak wygląda? - spytał, a jakaś część mnie się ucieszyła, bo może mi uwierzyć.
- Ma jasne włosy. Zawsze jest ubrany na czarno. I nosi okulary przeciw słoneczne.
Jak tylko to powiedziałam, uznałam, że zabrzmiało to żałośnie. Jest miliony takich chłopaków jak on. Pożałowałam, że w ogóle o nim wspomniałam. Jednak tata nie wydawał się zażenowany, ani nawet zdziwiony. Nachylił się pocałował mnie w policzek, po czym wstał i ruszył do wyjścia.
Ogarnęła mnie fala niesprawiedliwości. Jak on mógł wyjść tak po prostu, bez słowa?
Jak on mógł po tym, jak byłam cholernie szczera wyjść, pozostawiając moje pytania bez odpowiedzi?
Postawiłam kubek ze stygnąca czekoladą na niskim stoliku i odrzuciłam koc na bok. Szybko wbiegłam po schodach na górę, kierując się do jego gabinetu. Właśnie podnosił telefon i odblokowywał go.
-To nie są ulotki, prawda tato? - spytałam, wchodząc do pomieszczenia i zatrzymując się przy jego biurku. Ojciec nie podniósł wzroku, a kiedy przemówił, jego głos lekko drżał i był cichy.
-Nie...
-Więc co to jest? - spytałam, czekając na odpowiedz. Ale on milczał, wpatrzony w blat i zaciskając szczękę - Co to jest? Byłam z tobą szczera, więc ty też ze mną bądź!
-To nie jest twoja sprawa - odpowiedział krótko, chowając kilka kartek do szuflady, w tym nie otworzoną kopertę.
-Jakiś psychol podrzuca nam listy, ktoś mnie śledzi a ty uważasz, że to nie jest moja sprawa?
Poniosło mnie. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio podniosłam na niego głos. To wszystko mnie przerastało. Wolałam znać prawdę, choćby była brutalna. Zawsze lepiej wiedzieć prawdę...
Rozluźniłam palce, które przedtem zacisnęłam w pięści.
-Ariana, wyjdź - rozkazał, wybierając numer na swoim telefonie. Podniosłam wyżej brodę i spojrzałam na niego buntowniczo.
-Nie.
-Wychodź do cholery i nie pyskuj!
Zacisnęłam wargi i wyszłam z pokoju, trzaskając drzwiami za sobą. W głowie mi się nie mieściło, że mógł coś takiego zrobić. Zaledwie pięć minut temu  był kochający ojcem, a teraz wyrzucił mnie z gabinetu, nie wyjaśniając niczego, nie pozwalając zrozumieć. Czy wiedział, kim jest ten chłopak?
Poszłam do  pokoju i otworzyłam szufladę, wyciągając ciemne rurki i bluzę. Wciągnęłam to szybko na siebie, pamiętając że na dworze jest dość chłodno. Schowałam telefon do kieszeni i wyszłam z domu.
Miałam ochotę spotkać się tylko z jedną osobą. I miałam szczęście, bo ta osoba mieszkała niedaleko mnie.
Pukając do drzwi państwa Mulvoy-Ten wiedziałam, ze nie zdołam niczego ukryć przed Aną. Była dla mnie jak siostra, której nigdy nie miałam. Więc kiedy drzwi otworzyła mi pani Isabell z swoim ciepły uśmiechem, mój niepokój nieco się uspokoił.
-Nie przeszkadzam? - bąknęłam, wchodząc do przytulnego holu. Ana wyszła z kuchni ze zdziwieniem wpisanym na twarzy.
-Nie miałaś dzisiaj ćwiczyć? - spytała.
-Ćwiczyłam. Musimy porozmawiać.
Nigdy tego do niej nie powiedziałam. Zawsze przychodziłam i mówiłam, co sie dzieje. Ale ta sprawa wymagała prywatności, a trudno o nią było gdy Bella lub Emma siedziały w salonie i wyłapywały każde słowo, bądź Claudii wchodzącej każdemu pod nogi. Ana najwyraźniej to zrozumiała, bo od razu weszła do schodach na górę, do swojego pokoju.
-Javier wynocha - warknęła, gdy tylko otworzyła drzwi. Jasnowłosy chłopiec spojrzał na nią morderczym wzrokiem, wziął swój laptop i wychodząc pokazał siostrze język, po czym zwrócił sie do mnie:
-Cześć Ari.
-Cześć.
Moja przyjaciółka zamknęła za nim drzwi, a ja poczułam się niezręcznie. Jakbym po raz pierwszy u niej była.
-No więc? - spytała, siadając na łóżku. Usiadłam obok niej i zaczęłam opowiadać. Od początku. Jak pojawił sie ten chłopak. Jak zaczęły przychodzić nieadresowane listy. Jak ojciec zmieniał się z dnia na dzień, robiąc się coraz bardziej skryty. Gdy skończyłam, zapadła cisza. Zebrałam się na odwagę i spojrzałam na jej twarz. Jej usta były lekko rozchylone.
-Co ja mam teraz zrobić? - spytałam płaczliwie, przywołując Anę do świata żywych.
-Nie panikować - powiedziała rzeczowym tonem - To, że on za tobą chodzi, nie znaczy, że to on podrzuca listy.
-Przecież go widziałam!
-Nie, nie widziałaś go - odpowiedziała, zachowując zimną krew - Widziałaś, że ktoś w czarnym dresie wrzuca kopertę. Dużo osób dzisiaj chodzi w czarnych dresach. Nie widziałaś jego twarzy.
Mówiła to z takim spokojem... To, że ja mam jakieś urojenia i wydaje mi się że ktoś mnie śledzi, ona przyjmuje całkiem normalnie. Za normalnie.
-Tobie też się coś takiego dzieje? - spytałam cicho. Ana spojrzała na mnie jak na wariatkę.
-Nie. Ale od dawna widziałam, że coś jest nie tak. Za dobrze cię znam - mruknęłam, przytulając mnie do siebie. Po raz tysięczny pomyślałam, jak bardzo kocham jej perfumy.
-Więc co ja mam teraz robić? - pisnęłam w jej ramię. Dziewczyna westchnęła.
-Ignoruj to. Ignoruj tego chłopaka, te listy a z ojcem gadaj, jakby się nic nie stało. Kluczo­wy prob­lem można załat­wić wytrychem.
-Cytujesz? Serio? Ty wiesz w ogóle co to znaczy?
Mimo że nie widziałam jej twarzy, wiedziałam, że się uśmiechnęła. Robiłam więc tak, jak mi kazała. Gdy widziałam biała kopertę, po prostu udawałam, że jej tam nie było. Przestało mnie obchodzić, że co dzień przychodzi ich coraz więcej. Ignorując kroki na schodach, do których się wchodzi do mojego domu.
Ignorując baczne spojrzenie blondyna, którego byłam w stanie zauważyć nawet w tłumie, wchodząc do sklepu.
-Myślisz, że wariuję? - spytałam Any, trzeci dzień po wyznaniu jej prawdy. Teraz więcej czasu spędzałam u niej, nie mogąc znieść ponurej atmosfery, która była wyczuwalna w moim domu bardziej niż zazwyczaj. Czytałam szósty tom Harry'ego Potter'a a ona testowała fryzury, które mogłaby zrobić na koniec roku szkolnego.
-Myślę, że potrzebujesz rozrywki.
-Mówiłam ci, że ojciec mnie kontroluje.
-Jesteś dorosła czy nie? - prychnęła dziewczyna, rozpuszczając swoje blond włosy i spinając go w wymyślnego  koka.
-Nie chce go martwić... - powiedziałam cicho, po czym wbiłam wzrok w kartki książki, by nie patrzeć, jak Ana przewróciła oczyma. To prawda. Za bardzo czułam się winna, że tak pochopnie wyciągnęłam wnioski i wszystko mu poskarżyłam. Wczoraj wyciągnął mnie do kina i bez przerwy się rozglądał. Jakbym nie wiedziałam, czego szuka. A może raczej kogo.
-Cholera, Ariana! - warknęła moja przyjaciółka, rzucając we mnie szczotką i patrząc z poirytowaniem - Jeśli tak się martwisz, to idź przeszukaj jego biuro.
-Nie mogę - pisnęłam cicho, zaskoczona nagłym wybuchem - To jego rzeczy. A z resztą, i tak zamyka drzwi na klucz.
-Więc przestań o tym myśleć - rzuciła ostrym tonem, a potem jej rysy złagodniały - Przepraszam. Ja tylko... Jak przychodzisz, to nigdy się nie zamykasz w sobie i nie czytasz książki. Zamęczasz się tym.
-Wiem - odparłam i zamknęłam Harrego Potter'a, pamiętając że skończyłam na stronie 207 - Tylko, że ja nie wiem czym mam się zająć, żeby o tym nie myśleć.
-Dobra, olej moja poprzednia radę. Załatwimy go takim samym sposobem.
Na jej twarzy pojawiła się determinacja. Ja natomiast nie zrozumiałam nic, więc jedyna inteligentna odpowiedź, która przyszła mi do głowy to:
-Co?
-Jeśli on cię śledzi, ja będę śledzić jego.
Gapiłam się na nią z lekko rozchylonymi ustami przez dobrą chwilę, zanim mój mózg pojął, co ona właśnie powiedziała. Przed oczami mignęła mi Ana ubrana w czarny strój szpiegowski z kominiarką naciągniętą na twarz. Oprzytomniałam i potrząsnęłam głową.
-Kocham cię, ale powinnaś zacząć się leczyć.
-Tak jasne, krytykuj mnie, a sama nie miej lepszego pomysłu. I tak to zrobię.
Usiadła z założonymi rękami jak dziecko, które się na coś uparło i nie zamierza odpuścić. czułam, ze nie wybije tego jej tego pomysłu z głowy, więc nawet nie próbowałam.
Przez cały następny dzień, zastanawiałam się, czy faktycznie to zrobi. Pod koniec lekcji, pokazała mi podniesione kciuki do góry i szeroko się uśmiechnęła. Przez głowę przeleciała mi myśl, że jest naprawdę słodka, gdy jest naiwna. Szczerze wątpię, że uda jej sie go przechytrzyć. Może to tylko dzieciak, który chce się zabawić albo się nudzi.
Albo profesjonalnym mordercą wyglądającym na dwudziestkę.
Przez moją twarz przemknął cień uśmiechu. Zawsze byłam romantyczką, ale myśli o psycholu we mnie zakochanym są niepokojące. Może nawet więcej - są chore.
Zabrzmiał dzwonek, a ja zarzuciłam torbę na ramię. Teraz nikt się nie uczył. Słońce przyjemnie grzało w plecy, a w powietrzu było mozna wyczuć radosną atmosferę wakacji. Cała presja i stres związany z nauką opadały i opuszczały, można było położyć się wieczorem bez tysiąca myśli w głowie i spać spokojnie.
Wyszłam na rozgrzaną ulicę i zmrużyłam oczy, zanim włożyłam na nos okulary przeciwsłoneczne. Zbiegłam ze schodów i skręciłam w prawo, tak jak zawsze wracając ze szkoły. W uszach dźwięczał mi głos Any, radzący, żebym się nie oglądała i szła spokojnie do domu. Tylko nogi robiły coś innego, i zamiast wolnym spacerkiem, prawie biegłam. Nie moja wina, jakoś samo tak wyszło.
Czekał na ostatniej przecznicy, którą przemierzałam w swojej codziennej trasie. Właściwie siedział przy stoliku jednej z licznych odziarni, które w upalne dni przyciągały klientów. Czułam, jak podąża za mną wzrokiem. Gdybym teraz na niego spojrzała, pewnie byłby utkwiony w ekranie komórki. Po prostu przeszłam jak najszybciej ulicę i jeszcze jedną, a potem odetchnęłam gdy zatrzasnęłam za sobą drzwi.
Ana zapukała w moje drzwi trzy godziny później. Ubrana w krotki top, jasne spodnie z wysokim stanem, z okularami słonecznymi i rozwianymi blond włosami wyglądała jak modelka. Wpuściłam ja to holu, a gdy drzwi się zamknęły, dopiero wtedy zdjęła okulary i wrzasnęła zrezygnowanym tonem:
-Zgubiłam go!
Odczułam satysfakcje, ze miałam racje, ale nie pokazałam tego, tylko westchnęłam, zapraszając ją do kuchni. Wyjęłam z lodówki niedawno zrobione koktajle i włożyłam w każdą szklankę rurkę. Ana pociągnęła łyk i zaczęła opowiadać.
-Szłam za nim jakieś dwie ulice, odkąd wstał od tego stolika. Jak tylko przeszłaś on wstał i sobie poszedł, więc śledziłam go z bezpiecznej odległości, a on po prostu zlał się z tłumem. Jakby nigdy go tam nie było.
Zamieszałam powoli rurką w swoim koktajlu i nie powiedziałam ani słowa.
-Jutro znowu spróbuje.
Tym razem podniosłam wzrok i spojrzałam na nią ze zrezygnowaną miną.
-Ana, to nie ma sensu.
-Czemu?
-Bo ci się nie uda. Po prostu go oleję. Za tydzień wyjeżdżamy nad morze na miesiąc, jak wrócimy może go już nie być.
Ana nadal nie miała przekonanej miny, jakby przełknęła cytrynę. Po chwili westchnęła i mruknęła:
-Czyli wracamy do planu A- stwierdziła, po czym zmieniła temat - Kiedy zdajesz na prawo jazdy?
Zadowolona, ze w końcu dała sobie spokój, podjęłam dyskusję, a chłód między nami zniknął.
Ile bym dała, żeby w te wakacje tylko prawo jazdy było moim zmartwieniem. Byłam taka pewna, ze wszystko będzie w swoim starym układzie, monotonii, której nienawidziłam, ale wolałam od nagłych zmian.
Czasami po prostu ludzie się mylą.




Następny rozdział za 12 komentarzy.
Zmotywuje Was do komentowania, i promise. Parę spraw organizacyjnych:
One - Musiałam dodać limit, poważnie. Chce, żeby ktoś to czytał, i know, pisze też dla siebie ale komentarze i wyświetlenia dają satysfakcje. Także spinać dupy i napisać to 'super' albo 'beznadziejne'.
Two: Nie wiem czy się śmiać czy płakać, dobiliście do 10 komentarzy, pomijając że zrobiła to jedna osoba, haha. To dla ciebie Wicia dodany x
Three - Założyłam konto na tt fanfiction : @winnyfanfiction Zawsze daje follow back, pytać nie musicie, i zacznę też tam spamować.
Four - Rozdziały nie będą dłuższe, więc się nie martwcie, nie będę zabierać dużo czasu.
Five: Tam tam tam taaaam! Zrobiłam mini promo, prosze, is here:



Aka moja obsesja na punkcie Teen Wolf, połączona z fandomami i gifami stworzyła takie cosik. Edytorki ze mnie nie będzie. 
Także, chyba tyle. Jestem padnięta, ale pewnie nie tylko ja, wracam do domu, piję kawę, twitter i zakuwam. I ta pustka, bo skończył się Teen Wolf i zabawiam się oglądając Cracki. 
Miłego dnia, Kocham Was etc...

Justysia xxx