25.01.2015

Rozdział 12

Dla wszystkich, którzy czekają na ferie
_____________ 

Trzy tygodnie później

Mieszałam leniwie łyżką w chłodnym mleku z płatkami. Jadłam śniadanie od dobrej pół godziny i z każdym kęsem coraz bardziej traciłam apetyt. Radio było włączone i cała nasza czwórka słuchała audycji.
-Śledztwo ruszyło do przodu - usłyszałam głos policjanta, który angażował się w sprawę - Mamy nowe poszlaki, które wykorzystamy i myślę, że niedługo odnajdziemy rodzinę Grande.
Brad coś mruknął i wypił kolejny łyk kawy ze swojego kupka z wąsami. Stał jak jedyny, oparty o kuchenne szafki. Zmusiłam się do przełknięcia rozmokłych płatków.
-Świadkowie są ponownie przesłuchiwani, tym razem pod kontem nowych dowodów. Zadziwiające jest to, że porywacze nie zgłosili się do rodzin ofiar z żądaniem okupu. Policja jednak ma się na baczności i skrupulatnie rozpatruje sprawę. Dla Radia Time mówił Steven Jones. Londyn.
Chloe przyciszyła radio, gdy stacja zaczęła grać nowy utwór Meghan Trainor. Przez długą chwile nikt nic nie mówił, a ja spróbowałam zebrać myśli, gapiąc się w tonące w mleku płatki. 
Wszystko nie wydawało się logiczne. Podobno starali się z całych sił. Więc dlaczego trójka dzieciaków przechytrzyła ich, robiąc każdego dnia więcej kroków niż oni? Czemu mnie nie znaleźli? Czemu nie znaleźli mojego taty?
Obecnie nie byłam informowana co robią, gdzie znikają każdego ranka. Żyłam z dnia na dzień, powoli i to bardzo powoli, przekonując się do nich.
Westchnęłam ciężko. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Chloe nadal pisała na laptopie, Ashton nadal bawił się komórką a Brad nadal stał i patrzył się w ścianę.
Zaczęłam poznawać ich charaktery. Nie spędzaliśmy ze sobą wiele czasu, ale zaczęłam się orientować, dlaczego oni są lepsi niż organ ścigania.
Chloe była geniuszem. Na taką nie wyglądała. Nie zrozumcie mnie źle, sprawiała wrażenie inteligentnej i pewnej siebie kobiety, ale takiej, z którą nie warto zadzierać. I potrafiła włamać się wszędzie. Wszędzie. Wystarczyło dać jej komputer, czas i ciszę. A potrafiła zdziałać coś, czego niektórzy informatycy nie potrafili zrobić przez lata. Mówiła, że z tym się urodziła. Szlifowała tylko umiejętności, bo jak twierdziła, pewnego dnia to się jej przyda. I niech mnie piorun trzaśnie, jeśli nie miała racji.
Aston był... Ashton'em. Zjawiał się znikąd, a wszędzie go było pełno. Nie było sprawy, o której by nie wiedział. I z całej trójki jako jedyny miał skłonności do wybuchu gniewem i przebłyski świetnego humoru. A gdy był tak mniej więcej pośrodku, potrafił wydzierać się na Mortez przez kilka dobrych minut, a ona mu się odpłacała. Byli jak brat i siostra. Czasami od ich krzyków bolała głowa. I śpiewał pod prysznicem.
Brada jeszcze nie potrafiłam rozgryźć. Jednego dnia myślałam, że już wiem jaki jest, drugiego już ta pewność mnie opuszczała i zaczynałam od początku. Nie potrafił się otworzyć. Żył w swoim świecie. Czasami rozmawialiśmy. Te chwile budziły we mnie mieszane emocje. Z jednej strony czułam irytacje i gniew, spowodowaną jego tajemniczością, z drugiej niesamowity spokój. Dobierał słowa tak, że nie czułam zdenerwowania, a problemy które mnie dręczyły na chwilę ustępowały. To on panował nad wszystkim. Nad temperamentem Chloe, nad zapałem Ashton'a i nad moimi niespodziewanymi wybuchami paniki.
Nie wiem, kiedy dokładnie się to stało. Przez kilkanaście dni czułam się tak, jakby świat runął. A potem uświadomiłam sobie, że to nie świat. Świat nie runął. To było WE MNIE. To ja się nad sobą użalałam i nie pozwalałam iść dalej. Tkwiłam w martwym punkcie jak samochód, z którego opon zeszło powietrze. To było tak proste, a za razem tak trudne, by się tego pozbyć.
Ale udało mi się. Uświadomiłam sobie, co powinnam zrobić. Nie chodziło tu o zaufanie. Chodziło tutaj raczej o chęć przetrwania. Jeśli chciałam przetrwać i odzyskać ojca, powinnam iść tą drogą - zaufać im.
Ta więc zacisnęłam zęby i zrobiłam ten krok. Potem kolejny. I następny. I gdy ja zaczęłam im ufać, oni powoli się odwdzięczali. Nie wolno mi było używać telefonu, kontaktować się z nikim ale za to zyskałam nieco prywatność, choć doskonale wiedziałam, że Ashton ma mnie na oku.
Trzy dni temu, podczas śniadania, Brad położył na stole walizkę. Chloe przerwała swoją pracę i zaczęła roziskrzonymi oczyma obserwować całą scenkę. Widelec Ashton'a zamarł w połowie drogi do jego ust.
Nie rozumiałam ich zachowania. Do chwili, gdy Brad otworzył walizkę.
Była tam broń. Pistolet. Taki prawdziwy, jaki maja policjanci i gangsterzy. Moje dłonie zaczęły się pocić. Wytarłam je w spódniczkę.
-Ashton? - brunet zwrócił się do chłopaka - Chciałbyś pobawić się w nauczyciela?
-Nie ma mowy - wtrąciłam się drżącym głosem - Nie wezmę TEGO do ręki. Nigdy.
-A dlaczego nie? - spytała Chloe - Musisz się jakoś bronić.
-Są inne sposoby - odrzekłam.
-Na przykład? - spytał rozbawiony Ashton, wyciągając się na krześle.
Nie odpowiedziałam nic. I na tym się skończyło. Ashton miał mnie uczyć, jak posługiwać się tym żelastwem. Kiedy wczoraj kazał mi wziąć do ręki, była zimna i ciężka. Wiedziałam od pierwszej chwili, że się nie polubimy.
Odłożyłam miskę do zlewu i poszłam się przebrać. Założyłam ciemne rurki i ciemną bluzkę na ramiączka. Związałam włosy w wysoki kucyk i ruszyłam do samochodu. Ashton już na mnie czekał. Zabrał mnie z dala od domu, żeby nie budzić podejrzeń, do lasku. Tam powiesił tabliczkę, do której miałam strzelać i zapewnił, że znajdujemy się na kompletnym odludziu i nikogo nie zastrzelę. I bez względu na wszystko, kazał się słuchać. Kiwnęłam głową i wzięłam pistolet, który mi podawał. tak samo jak wczoraj był ciężki i zimny.
- Stopy stabilnie na podłożu - polecił. Zrobiłam tak, jak mówił, ale najwyraźniej coś mu się nie spodobało - Nie na palcach! Ariana, skup się. Musisz zawsze opierać ciężar ciała na ziemi. Środek ciężkość niech wypada na linie celowania. Jak chcesz, to możesz lekko ugiąć kolana.
Nie rozumiałam o co chodziło ze środkiem ciężkości, ale nie dyskutowałam.
-Nie odchylaj głowy i tułowia do tyłu! - skarcił mnie - Środek ciężkości na ziemi, a nie do tyłu, bo zakłócisz równowagę.
Ugryzłam się w język, by mu chamsko nie odpowiedzieć.
-Weź pistolet, o tak - pokazał mi, jak to zrobić - Prawą ręką obejmij rękojeść. Masz cały czas obserwować cel, a nie broń. Pewnie i silnie Ariana, nie bój się. Dłoń musi przylegać. Teraz palec wskazujący połóż na języku spustowym. Dobrze. Teraz dołóż lewą obok prawej. Palce lewej niech obejmują palce prawej i podtrzymują rękojeść od dołu. To będzie twoja podpora. Dokręć obie ręce do dołu, to ustabilizujesz dłoń. O, tak. Musisz to zrobić zanim wyprostujesz ręce, które MUSZĄ być wyprostowane. Jak nie możesz wyprostować obu, jedna musi być wyprostowana. Będziesz pamiętać? Tylko nie wystawiaj łokci na zewnątrz! Cholera, Ariana, musisz się skupić.
Kiwnęłam głową, czując, jak zaraz zwymiotuje ze stresu.
-Wiesz, jak celować? - spytał, mając na myśli moją wczorajszą  "lekcje", której mi udzielił. Pokręciłam głową, bo kompletnie nic mi ze wczorajszego wykładu nie zostało - Dobra. Musisz dokładnie zgrać i utrzymać oko, szczerbinkę, muszkę i punkt celowania na jednej prostej. Skup ostrość na przyrządach celowniczych, nie na celu- dał mi chwilę, żebym to zrobiła. -  Przymknij słabsze oko. Jak będziesz celować, nabierz powietrze do płuc, a jak będziesz ciągnąc za język to się nie ruszaj.
Mała dziewczynka we mnie, zaczęła panikować. Starałam się ja uspokoić.
-Posłuchaj mnie teraz uważnie. Na język spustowy naciskaj opuszkiem palca, a nie zgięciem w stawie. To musi być płynne i jednostajne. Musisz to robić POWOLI. I pamiętaj, że pocisk się jeszcze w lufie przesuwa, gdy cię odrzuci do tyłu. Bez względu na wszystko wytrzymaj. Nie rozluźniaj mięśni i przede wszystkim chwytu, bo chybisz. Zrozumiałaś?
Kiwnęłam głowa, nie będą w stanie nic wypowiedzieć. Ashton odszedł na kilka metrów i krzyknął:
-Przygotuj się! I ognia!
Zrobiłam wszystko jeszcze raz, powoli i dokładnie. Serce biło mi jak oszalałe. Wstrzymałam oddech i nacisnęłam język spustowy. Zbyt szybko. Odrzuciło mnie do tyłu i rozległ się potężny huk, rozdzierający moje bębenki. Zachwiałam się. Ashton pomógł mi z powrotem złapać równowagę. Po czym podszedł do tarczy i oznajmił:
-Chybiłaś. Spanikowałaś w ostatnich krokach.
Zimny pot spływał mi po plecach, kolana drżały, a broń nieznośnie ciążyła w dłoni. Obdarzyłam go wściekłym spojrzeniem.
-Jeszcze raz - postanowił, po czym podszedł do mnie i złapał mnie za nadgarstki. Jego dłonie były ciepłe, tak samo jak jego głos, gdy przemówił - Ariana, musisz się opanować. Nikogo teraz nie zabijasz.
-A ty kogoś tym zabiłeś? - spytałam drżącym głosem, potrząsając pistoletem.
-Nie - odpowiedział bez wahania - Ale musisz zrozumieć, że to koniecznie. Weź się w garść i  pozbieraj. Dla taty.
Moje zaszklone, brązowe oczy spotkały się z jego spokojnymi, zielonymi tęczówkami. Odetchnęłam parę razy głęboko.
-Dobra, spróbuje znowu - oznajmiłam. Ashton uśmiechnął się i poklepał mnie po ramieniu.
Wycelowałam wstrzymując oddech i strzeliłam ponownie.

~*~

Kolejny rozdział za 10 komentarzy x


Joylitte x

16.01.2015

Rozdział 11


Usłyszałam, jak ktoś wchodzi do domu. Śmiech, przekleństwa, później znowu śmiech. Ale te dźwięki były tak bardzo odległe. Nie możliwe, żeby były kilka pomieszczeń dalej. I bliżej, i jeszcze bliżej. Nagle ucichły i dało się słyszeć rozdrażniony głos Chloe:
-Ashton, ty idioto, miałeś zamknąć drzwi!
Ciężkie kroki w ciężkich butach, brzdęk kluczy. Wszystko tak odległe. A może to ja byłam daleko? Zawieszona pomiędzy rzeczywistością a światem w mojej głowie... I nagle syk i pytanie, rzucone w moją stronę niczym koło ratunkowe, którego muszę się chwycić, by powrócić do rzeczywistości. Więc robię to i podnoszę głowę, z nienawiścią w oczach i palącymi łzami w gardle.
-Co ty tu robisz? - spytała Chloe, stojąc w drzwiach. Rzuciła spojrzenie na blat biurka, na dokumenty i zaklęła - Brad! Ashton!
Przybiegli od razu, stając w miejscu, tak samo jak Chloe. Na ich twarzy pojawiło się zmieszanie. A może to złość? Przerażenie.
-Co to jest? - spytałam drżącym z emocji głosem. Musiałam opanować każdą część swojego umysłu, by nie wybuchnąć gniewem. Nie rzucić się na nich i nie zadać im bólu, tak głębokiego i silnego, jaki czułam ja.
-Wyjdźcie - rozkazał brunet.
-Ale... - Chloe zaczęła protestować, ale chłopak uciszył ją jednym spojrzeniem. Wypchnęła Ashton'a i zamknęła drzwi z trzaskiem. Zostałam sama z chłopakiem, świdrując go wzrokiem, jednak on nic z tego sobie nie robił. Zaczął przechadzać się w tą i z powrotem, oglądając książki, sięgając po jedną z nich, ale na końcu się rozmyślał. W końcu usiadł na krześle na przeciw mnie i oboje spojrzeliśmy sobie w oczy. Dotąd jego wzrok mnie peszył, odwracałam głowę za każdym razem, gdy czułam go na sobie. Teraz tego nie zrobiłam. Miał zielone oczy. A może niebieskie. Westchnął i zaczął:
-Co chcesz wiedzieć?
Prychnęłam. Czy to nie było oczywiste, że...
-Wszystko.
-To dużo. Wybierz trzy pytania.
Spojrzałam na niego jak na szaleńca. Moje życie zostało zburzone i miałam tylko trzy pytania, aby dowiedzieć się dlaczego. Zastanowiłam się, jakie zadać pierwsze.
-Dlaczego ja? Czemu to trafiło na moją rodzinę?
Przymknął oczy, zastanawiając się nad odpowiedzią. Minęła dość długa chwila, zanim coś powiedział.
-Czy gdy byłaś mała, zginął twój ojciec chrzestny?
Spojrzałam na teczkę z imieniem "James Butera". Właściwie wcale go nie pamiętałam. Ale pamiętałam, że to był kolejny gwóźdź do trumny taty : najpierw stracił żonę, potem brata.
-Tak. Ale co on ma z tym wspólnego? Zginął gdy miałam jedenaście lat, wcale go nie pamietam.
-Wszystko. A wiesz, jak zginał?
Pokręciłam przecząco głową. Przez pulsujący gniew zaczęło przebijać się zaciekawienie.
-Twój wujek był sędzią. Razem z twoim ojcem prowadzili jedną z najbardziej nagłaśnianych spraw.* Pamiętasz coś? - spytał, a ja ponownie pokręciłam głową - Chodziło o zastrzelenie żony jednego z policjantów w czasie akcji. Nie wiadomo, jak się tam znalazła. To miało związek z tą sprawą.
-I co dalej? - spytałam, zdeterminowana i podniecona, że wreszcie dowiem się o co chodzi.
-To już drugie pytanie. Zostało ci jeszcze jedno - pouczył mnie - Twój wuj był zastraszany, że jeśli nie uniewinni jednego z ludzi złapanych w czasie ucieczki, pożałuje tego. Został zastrzelony w gmachu sądu.
Kiwnęłam głową, na razie chłonąc każdą informację. Później przyjdzie czas, by się nad tym zastanawiać.
-Co to ma wspólnego z mną i moim tatą? - wypowiedziałam ostatnie pytanie.
-To część ich planu. Tylko tyle wiem. Pewnie dlatego, że jesteście spokrewnieni, a zastraszano członków procesu. Zapewne przyszła kolej na was.
Wplotłam palce w swoje włosy i pociągnęłam za nie. Ból pomógł mi uświadomić sobie sens jego słów. To było zbyt szalone, by mogło być prawdziwe. Spojrzałam na chłopaka. Przeglądał jedną z teczek, marszcząc brwi i zastanawiając się. Coś błysnęło w moim umyśle.
-Brad? - spytałam nieśmiało.
-Hmm?
-Co wy macie z tym wspólnego?
Spojrzał na mnie znad teczki, którą studiował. Na jego usta wstąpił nikły uśmiech, po czym odpowiedział:
-Miały być tylko trzy pytania.
Wstał i opuścił pokój, zostawiając mnie z chaosem w głowie.

~*~


Obserwowałam jego sylwetkę, gdy spacerował daleko, w cieniu drzew. Siedziałam w ogrodzie, na schodkach w zachodzących promieniach słońca. Po kilkugodzinnych samotnych rozmyślaniach, przerwanych jedynie posiłkami, postanowiłam wyjść odetchnąć świeżym powietrzem.
Ciągle nie docierały do mnie słowa Brada, które wypowiedział dzisiaj przed południem. To był scenariusz jak z jakiegoś filmu, a nie z prawdziwego życia. W prawdziwym życiu wymiar sprawiedliwość łapał takie osoby.
Poznanie prawdy wyjaśniło kilka spraw. Ale pojawiły się kolejne pytania, dręczące mój umysł. Dlaczego "zajęli się" nami po tak długim czasie? Minęło prawie osiem lat od zakończenia sprawy. Kim były te osoby? Dlaczego obcy ludzie chcieli mnie chronić?
Ktoś usiadł obok mnie, z zimnym napojem w jednej dłoni.
-Często to robi - powiedział Ashton, mając na myśli Brada, który spacerował z dala od ludzkich oczu - Lubi być sam.
-Czemu? - spytałam, przezwyciężając niechęć do blondyna, która wczoraj się we mnie pojawiła.
-Dużo przeszedł. Lubi myśleć sam, tak żeby nikt mu nie przeszkadzał. Trudno coś z niego wycisnąć.
Oparłam głowę o balustradę, mrużąc oczy w zachodzącym słońcu. Nie odzywałam się. Blondyn zwyczajnie nie rozumiał, że dzisiaj też wolę być sama, po tym wszystkim, co usłyszałam.
-Nie miałaś się dowiedzieć w taki sposób - zaczął chłopak, jakby czytając w moich myślach - Miałaś najpierw nam zaufać, dopiero później się dowiedzieć.
-Trochę sobie byście poczekali - mruknęłam - Raczej trudno zaufać komuś, kto cię porwał i zniszczył życie.
-Raczej kto ci uratował życie- poprawił mnie.
-Dlaczego? Dlaczego to robicie?
Ashton pociągnął łyk z puszki i zamyślił się.
-Mamy cię chronić.
-Pojęłam to dawno. Ale dlaczego?
-Czy ty tego nie rozumiesz? - spytał z roztargnieniem w głosie - Póki oni cię nie mają, twój ojciec jest bezpieczny.
Uderzyłam głową w balustradę i powiedziałam cicho:
-Jestem kartą przetargową?
-W sumie to od ciebie zależy, czy będziecie żyć czy nie.
Zamyśliłam się, dalej obserwując Brada spacerującego jak gdyby nigdy nic. Miałam ochotę rozpaczać, wyrywać swoje włosy i wrzeszczeć z bezsilności. Ale nie byłam w stanie, nie miałam sił.
-Uratujecie go? - spytałam płaczliwym głosem. Ashton spojrzał na mnie. W jego wzroku coś się zmieniło. Uśmiechnął się smutno i powiedział:
-Spróbujemy.
Kiwnęłam głową. Przykurczyłam nogi do siebie i tak siedziałam, dopóki Ashton nie odszedł.
Dopóki nie zgasło słońce.
Nie pociemniało niebo.
Nie pojawiły się gwiazdy.

~*~

Bawili się jak małe dzieci. Ich sprzątanie domu polegało na rzucaniu się mokrymi ściekami, podstawianiem nóg i bitwą polegającą na psikaniu się płynem do szyb.
Obserwowałam to ze swojego pokoju, przez uchylone drzwi, nie mając odwagi spytać się czy nie potrzebują pomocy.
Padał deszcz.
Obudziłam się dzisiaj lekka na sercu. Choć ciemne chmury wisiały nad moją osobą, było o wiele lepiej, gdy znałam powód, dlaczego tam są. Ubrałam się, zmusiłam się do jedzenia i zamknęłam w sobie. Oni znowu gdzieś wyszli, wracając dopiero wieczorem. I wzięli się do "sprzątania".
Zamknęłam drzwi i usiadłam w fotelu na przeciw okna. To był mój ulubiony kącik.
Wewnątrz mnie toczyła się bitwa. Zaufać im czy nie?
Wierzyć czy nie?
Wszystko mieszało się w mojej głowie, sprawiało że chciało mi się płakać, śmiać, wrzeszczeć, szeptać, skakać i spać jednocześnie. Pewnie sami macie nie raz takie uczucie. Stajecie przed trudnym wyborem, przed którym nie możecie uciec, doradzić się kogoś, bo to rozsadza twoją głowę, sprawia że masz dość i chcesz mieć to za sobą. Chcesz posłuchać serca, ale rozum się wtrąca i podpowiada, że nieprzemyślanej decyzji możesz żałować.
Wszystko jednocześnie. Żadnych decyzji.
Do pokoju weszła Chloe i usiadła na łóżku, niedaleko mnie i zaczęła się przyglądać. Nie patrzyłam na nią. Patrzyłam na wierzchołki drzew, na deszcz który spadał kaskadą na ziemię.
-Wiesz, czasami nie powinno się długo zastanawiać, tylko robić.
Nie odpowiedziałam. Ona nigdy nie stanęła przed takim wyborem. Ci, którzy nie znaleźli się w naszej sytuacji nigdy, nie mają pojęcia jak się czujemy, choćby nas o tym zapewniali.
-Wiem, że to wszystko jest zagmatwane - ciągnęła miękkim głosem, że zdziwiłam się na dźwięk jej głosu - Że wielu rzeczy nie rozumiesz i masz pytania. Ale nie chcesz poznać odpowiedzi. Prawda jest lepsza od kłamstwa, ale niewiedza sprawia, że czujemy się szczęśliwsi.
-Tak, to wspaniale żyć w niewiedzy. Nie wiesz, czy osoby na których ci zależy JESZCZE żyją, czy obudzisz się jutro w kajdankach lub czy w ogóle się obudzisz.
-Nie stawiaj wszystkiego w złym świetle. Nie wszystko co jest złe, jest złe w całości.
-Czy ty uważasz, że w sytuacji w której się znalazłam są plusy? Jeśli tak, jesteś walnięta.
-Tak, sadzę tak - powiedziała z uprzejmym chłodem -  W końcu zaczęłaś być odpowiedzialna za decyzje. Wyrwałaś się z monotonii swojego życia, tego cholernego więzienia, które robiło z ciebie dziecko. Doświadczyłaś, co to znaczy niebezpieczeństwo. Jeszcze nie dorosłaś, ale zmądrzałaś na pewno.
-Jestem dorosła.
-Tak, ale wiekowo. A ja chciałabym, żebyś w końcu DOROSŁAŚ. Interesowały cie tylko buty, śpiew i zabawa. A teraz zaczęłaś doceniać, co to znaczy miłość do bliskich osób.
Spojrzałam na nią spod łba. Skąd wziął się u niej ten melancholijny nastrój? Pięć minut temu wrzeszczała, godzinę temu siedziała spokojnie przy laptopie, przed południem przeklinała na Ashton'a... Choć jestem dziewczyną, sama tego nie rozumiem.
-Usiłujesz mi pomóc? - mruknęłam, odwracając wzrok zza okno. 
-Usiłuje ci uświadomić, że myślami zakatujesz się na śmierć. Poza tym potrzebujemy pomocy w sprzątaniu, a ty nie będziesz siedzieć na dupie kiedy wszyscy harują.
-Po co? Przecież dobrze sobie radzicie.
-Być może. Ale to nie była prośba, tylko rozkaz.
Westchnęłam i podniosłam się z wygodnego fotela i szurając nogami. Chloe uśmiechnęła się i poklepała mnie po plecach.
-Dobra dziewczynka.
W sumie... Skoro i tak siedzę, myślę i nic nie robię, to co mi zależy?

____
* Gdy wymyślałam fabułę tego fanfiction, jeszcze nie wiedziałam, że w wymiarze sprawiedliwości ludzie nie powinni być związani więzłam krwi lub stosunkami przyjacielskimi lub w ogóle jakimiś stosunkami. Wybaczcie mi te mało niedociągnięcie.




Witam z powrotem. Jeszcze dwa tygodni ferii, wytrzymam.
Nie poszłam dziś do szkoły, bo źle się czuje więc postanowiłam, że skończę rozdział.
Przy tej okazji chcialabym przeprosić wszystkich, którzy pisali do mnie przez cały tydzień, a mnie nie było. Postanowiłam zrobić krótki test, bo uzależniłam sie znowu od internetu. I Boże, jestem zaskoczona wynikami. Moje stopnie poszły w górę, wszystkie sprawdziany zaliczyłam na piątkę, nawet z matematyki, jako jedyna z klasy full punków i jedyna piątka. Sześć ze sprawdzianu z EDB z CAŁEGO PÓLROCZA. 5 z biologii, ale to sie nie liczy, bo ściągałam. Po raz pierwszy ściągałam na sprawdzianie, czacie? Ale to było jeszcze przed świętami. Mam pięć z geografii, yeah.
Zasypiam normalnie. Bez żadnych myśli. Nie budze się w nocy co godzinę. Cholera, to jest zbyt piękne.
Dobra, koniec o nudnym życiu.
Jesteśmy chyba w połowie fanfiction. Yeah. Następny rozdział będzie się toczył miesiąc później. Ok, już chyba wiem co będzie dalej i mam taki zaciesz że ja pierdziele. Ale nie bede zdradzać.
JEŚLI PRZECZYTAŁEŚ, ZOSTAW KOMENTARZ.
Wyświetlenia spadły, boli trochę mnie to... Ale ok, nie będę narzekać bo to moja wina.

MAM DO WAS WIELKĄ, BARDZO WIELKĄ PROŚBĘ : BRAD MA JAKĄŚ TAM SZANSE WYSTĄPIĆ JAKO SUPPOT NA KONCERCIE ARIANY W UK. 
PROSZE WAS Z CALEGO SERCA, ZTWEETUJCIE PARĘ RAZY DO ARIANY Z HASHTAGIEM #BradOnTourWithAri BŁAGAM, ZRÓBCIE TO DLA MNIE

Pamiętajcie o wattpadzie


Poinformujcie co sądzicie o rozdziale. Kocham Was moje anołki
Love ya, Justynka x

10.01.2015

Rozdział 10


Był jeszcze dzień, ale ostatnie promiennie zachodzącego słońca pełzały po ścianach pokoju. Patrzyłam obojętnym wzrokiem na złociste wstęgi światła. W zasadzie teraz było mi wszystko obojętne. Straciłam tatę, jedyną pociechę, że mam tu kogoś, kto stoi po mojej stronie, swoje życie i wolność. Nie wiem, co takiego strasznego zrobiłam, że sobie na taki los zasłużyłam. A zresztą, życie to suka, nie musi mieć żadnego powodu żeby zrobić z ciebie bezwartościową osobę.
Przetarłam dłonią zaspane powieki i stwierdziłam, bez zaskoczenia, że tusz do rzęs całkowicie spłyną. Kolejne zdzierstwo – pisze na opakowaniu, że wodoodporny, a przy najmniejszej kropelce wody rozpływa się w mgnieniu oka. Westchnęłam, jakbym chciała zrzucić cały ciężar z serca – co tak na marginesie, niewiele pomogło – i zaczęłam skrajem koszulki zmywać czarne smugi. Nie jestem pewna, czy coś w ogóle to pomogło, bo nie było w tym pokoju żadnego lusterka.
Bez jakiejkolwiek nadziei podniosłam rękę i spróbowałam otworzyć drzwi. Na próżno. Nadal były zamknięte na cztery spusty. Do mojej głowy wpadła myśl, czy nie wyskoczyć przez okno. Po chwili namysłu uznałam, że to całkiem niezły pomysł. Jeśli sobie coś połamie, to z pewnością będą musieli mnie zawieść do szpitala.
Ktoś przekręcił klucz w drzwiach i próbował wejść, boleśnie uderzając mnie w plecy. Jęknęłam tylko cicho, bo i tak dałam niezły pokaz swojej słabości wcześniej i zerknęłam na swojego gościa.
Ashton.
Odwróciłam wzrok ku oknu, gdzie promienie słońca zdawały się mnie żegnać. Zrobiło mi się jeszcze bardziej smutno niż zanim przyszedł. Kucnął przy mnie i na tyle „łagodnym” głosem oznajmił:
-Wstawaj, wyjeżdżamy.
-Nigdzie nie jadę – mruknęłam, chcąc dodać jeszcze „szmaciarzu” albo „dupku”, ale wolałam nie pogarszać swojej sytuacji.
-To masz problem księżniczko – powiedział, nie spuszczając ze mnie wzroku – To ty nas tak urządziłaś, więc rusz swój królewski tyłek i pakuj się do wozu.
Nic nie odpowiedziałam, hamując się, by się nie zamachnąć i nie dać mu w pysk. Jednak pewnie nie trafiłabym sobie. Takie rzeczy dzieją się tylko w filmach. W prawdziwym życiu księżniczki nie wychodzą za mąż za królewiczów, nie mają diademów ani sukni. W prawdziwym świecie życie daje ci porządnie w dupę, i musisz siedzieć na miejscu, bojąc się, że znowu dostaniesz.
-Nie chcesz iść?
-Nie będę z tobą dyskutować.
W następnej chwili nie miałam nawet szans na jakikolwiek ruch. Ashton wziął mnie na ręce i podniósł, a ja dopiero po kilku chwilach zdałam sobie sprawę z tego, co robi. Zaczęłam się wyrywać, ale przestałam, gdy zaczął schodzić po schodach. Na dole czekała Chloe, z walizką u boku, patrząc poirytowanym wzrokiem na ten obrazek. Gd blondyn postawił mnie na ziemię, próbowałam czmychnąć znów na górę, ale bez powodzenia. Zablokował mi drogę, uśmiechając się zawadiacko. Moja ochota na płacz znowu nadeszła.
-Wszyscy są? - mruknął brunet, wchodząc do przedpokoju. Mortez odburknęła krótkie „Taaa” i zaczęła się bawić kluczykami od samochodu. Chłopak kontynuował – Chloe jedziesz z Ashton'em.
-Za nic w świecie! - warknęła blondynka – Jadę z tobą.
-Ja z nim nie jadę – mruknęłam cicho, próbując oddalić się od blondyna, ale jednocześnie przybliżałam się do bruneta, więc zrezygnowałam.
-Więc świetnie. Chloe jedzie z Arianą.
-Brad!
-Co?
Mortez obdarzyła go nieco mniej morderczym wzrokiem, niż obdarzała pozostałych mieszkańców. Ashton, zadowolony z siebie mruknął do niej „Nie rób scen” i chwycił walizkę. Blondynka próbowała jeszcze dyskutować, lecz na niewiele się to zdało. Musiałam wsiąść do rozgrzanego i dusznego wnętrza auta i zapiać się pasami. W sumie, dziwię się, że nie związali mnie i nie wsadzili do bagażnika. Nie tak zachowują się porywacze.
A ja nie zachowuje się, jakbym była porwana.
Słońce już zaszło, pozostało tylko różowe niebo, w które się patrzyłam rozmarzonym wzrokiem. Mknęliśmy po autostradzie, zaraz za autem chłopców. Grała głośna muzyka, która blondynka włączyła zapewne po to, aby uniemożliwić mi podjecie rozmowy. Nie musiała tego robić, sama nie miałam ochotę prowadzić konwersacji. Zaczęłam się robić senna, powieki robiły się coraz cięższe, lecz za każdym razem otrząsałam się i mówiłam sobie, że muszę patrzeć na drogę. Po półtorej godzinie przyciszyłam radio i zadałam dziewczynie pytanie, choć byłam pewna, że i tak się niczego nie dowiem.
-Gdzie jedziemy? - spytałam zmęczonym głosem, patrząc na jej skupioną twarz.
-Tam, gdzie cię nikt nie znajdzie – odpowiedziała, włączając klimatyzacje. Dało się słyszeć leciutki szum. Ja bez tego poczułam zimne ciarki na swoim plecach.
-Czyli?
-Jezu, czy ty sobie myślisz, że planujemy cię zamordować? - spytała rozdrażniona moim pytaniem – Wyluzuj trochę, nic ci nie zrobimy.
-Po dzisiejszym dniu nie jestem wcale tego pewna – mruknęłam.
-Sama się prosiłaś – podsumowała dziewczyna – A zresztą. Ashton jest uroczy, jak się na niego patrzy. I tylko wtedy.
-Coś pomiędzy wami było, że tak go nie lubisz?
Blondynka prychnęła.
-Proszę cię. On jest dla mnie jak starszy brat – odpowiedziała- Jak upierdliwy, mieszający się w nie swoje sprawy i mało odpowiedzialny starszy brat. Nie masz rodzeństwa, więc tego nie zrozumiesz.
Poczułam do niej małą iskierkę sympatii, tylko dlatego, że zarówno mi jak i jej Ashton podpał. Nie odzywałam się jednak więcej i zaczęłam obserwować krajobraz, mknące drzewa i ciemniejące niebo. Gdy było już zupełnie ciemno, mimo głośnej muzyki usłyszałam jeden z najpiękniejszych dźwięków, który uwielbiałam z każdym rokiem coraz mocniej.
Szum morza.
Skręciliśmy w jakąś boczną uliczkę, zjeżdżając z autostrady. Droga musiała być położona niedaleko morza, bo gdy tylko otworzyłam okno, poczułam zapach bryzy, za którym tak tęskniłam. Moje serce poruszyło się. Nawet wśród takiego mroku, jaki mnie otaczał, potrafiłam znaleźć mały promień słońca.
Było około pierwszej, gdy dojechaliśmy na miejsce. Bez słowa wysiadłam z samochodu i zaciągnęłam się zimnym, morskim powietrzem. Ożywiło moje zmysły, sprawiło, że senność która mnie ogarnęła rozpłynęła się, jakby jej nigdy nie było. Nabrałam sił. Mogłabym biegnąc i biegnąć i nikt by mnie nie zatrzymał ani nie złapał. Wszystko, co było mi tak dobrze znane, przestało istnieć. Dom, tata, Ana ... Zniknęli. Pozostało mi jedynie morskie powietrze, chłodny wiatr głaszczący moja twarz oraz wspomnienia. Gwiazdy, które świeciły na ciemnym niebie. Chciałam tu zostać. Usiąść na mokrej trawie i patrzyć w niebo, całymi godzinami. Przez wieczność.
Wszystko się zmieniło.
Chloe złapała mnie za przegub i delikatnie za sobą pociągnęła. Uległam. Nie miałam lepszego pomysłu. Wolę być posłuszna, niż miotać się i wrzeszczeć bezsensu. Nie miejcie mi tego za złe. Wybrałam po prostu mniejsze zło. Bawili się mną. Tak jak ja kiedyś bawiłam się swoim głosem. Tak jak bawią się słowami. Upajali się tym, że mogą mnie zranić. Kochali to. Krzywdząc mnie chcą zapewne zastąpić normalne, ludzkie uczucia, których nie posiadają.
Weszliśmy do domu. Było tu pełno kurzu, który unosił się w blasku księżyca, dopóki ktoś nie zaświecił światła. Chloe zaprowadziła mnie do jednego z pokoi i oznajmiła, żebym tu została. Wiedziałam, że powinnam się położyć i spać, spać, spać do końca tego koszmaru. Ale nie mogłam. Nie potrafiłam. Przesunęłam fotel do okna i usiadłam na nim. Wpatrywałam się w gwiazdy, mając nadzieje,że ktoś mnie tu znajdzie. To, że byliśmy nad morzem, przywołało wspomnienia, bolesne wspomnienia. Anę w stroju kąpielowym, wariującą wśród morskich fal. Tatę, który smażył na grillu kiełbaski i szaszłyki dla mnie, bo nie jem mięsa. To wspomnienie było odległe, bo od dawna je jeździł z na na biwaki. Florydę, słoneczną Florydę z magicznym piaskiem, iskrzącym się w blasku słońca. Mamę...
Otarłam łzę, która spływała po policzku. Chce wrócić do swojego poprzedniego życia. Już nie chce wielkiego woow, które przerwałoby monotonie mojego życia.
Chce swojego tatę z powrotem.
Gdzieś, w odmętach mojej pamięci przypomniał mi się tekst. Nie pamietam, gdzie to przeczytałam. Po prostu tam był...
Jeśli ktoś ko­go kochasz umiera i to nies­podziewa­nie, nie od­czu­wasz stra­ty na­tychmiast. Tra­cisz te­go ko­goś ka­wałek po ka­wałku przez długi czas - w miarę jak przes­ta­je do niego przychodzić poczta, jak wiet­rze­je za­pach je­go per­fum na po­duszce oraz ub­rań w szuf­ladzie i sza­fie. Stop­niowo gro­madzisz frag­menty, które odeszły właśnie wte­dy nad­chodzi ten dzień - ten dzień, gdy bra­kuje ci szczególnie jed­nej kon­kret­nej cząstki i przytłacza cię uczu­cie, że ta oso­ba odeszła na zaw­sze, a po­tem nad­chodzi in­ny dzień i od­czu­wasz szczególny brak cze­goś in­ne­go.
Nie spostrzegłam nawet tego, że zasnęłam. Powieki opadły, ale w mojej głowie ciągle panował chaos. Myśli, wspomnienia i uczucia nie dały mi chwili wytchnienia nawet podczas snu.
Ostre światło kulo w oczy, gdy tylko je otworzyłam. usnęłam na fotelu, z podkulonymi nogami, w ubraniu. Bolał mnie każdy mięsień. Beznamiętnie rozglądnęłam się po pomieszczeniu. Miało nieco charakteru, w każdym razie widać było, że kiedyś mieszkała tu dziewczyna. Podejrzewam, że romantyczka, sądząc po tapecie. Nie przeszkadzało mi to. Sama byłam typem takiej osoby więc cieszyłam się, że jak mam być więziona, to właśnie tu.
Moją uwagę przykuła duża walizka, stojąca przy łóżku. Wstałam i otworzyłam ją. W środku były ciuchy i kosmetyki. Moje rzeczy. Ktoś musiał je przynieść z mojego mieszkania. Z sentymentem dotknęłam tkaniny letniej sukienki. To byłam ja, niecały tydzień temu. Prawdziwa ja, a nie ta, która stała tu, w tym pokoju w czarnych ciuchach, rozmazanym makijażu z rozczochranymi włosami. Dawna ja nigdy by do tego nie doprowadziła.
Postanowiłam, że nie będę siedzieć i użalać się nad sobą. Muszę z tond uciec. Wyszłam z pokoju i zaczęłam nasłuchiwać. Cisza.
Dom był pełen kurzu i pajęczyn. Ktoś musiał go traktować jako mieszkanie na lato. Salon, kuchnia, łazienka... Wszystko przeszukałam dwa razy. Nikogo nie było. Ruszyłam do drzwi. Zamknięte. Byłam zamknięta w obcym domu, nie wiadomo gdzie i przez obcych ludzi. Telefon odłączony. Odcięta od świata.
Wywieźli mnie tu i zostawili. Jaka ja jestem naiwna.
Uspokoiłam się dopiero, gdy zobaczyłam walizki w innych pokojach. Mogłam wybić okno i spróbować uciec. Bez pieniędzy. Komórki. W nieznanym kierunku.
Kurwa.
Zaburczało mi w brzuchu. Powlekłam się więc do kuchni, gdy przylepiona była karteczka, napisana na szybko:
Zrób sobie śniadanie. Będziemy późno :)
Zmięłam ją i wyrzuciłam do kosza. W lodówce było mleko, znalazłam też płatki bez cukru w torbach z zakupami. Zrobiłam sobie również kawę. Dobre to, niż nic. Zjadłam śniadanie i zaczęłam szperać w siatkach za mlekiem bądź śmietanką do kawy. Nie znalazłam go. Ale znalazłam wczorajszą gazetę. Do kawy wlałam zwykłe mleko i zaczęłam czytać dziennik, sądząc napój.
Na pierwszej stronie było zdjęcie moje. I mojego taty. Z tytułem "Nadal zaginieni".
Artykuł zawierał informacje, co się stało. Że córka wraz z uznanym i popularnym adwokatem zaginęli w nocy na 30 czerwca a 1 lipca. Dom został zmasakrowany. Znaleziono ślady krwi. Żadnych innych tropów. I zdanie " Policja robi co w jej mocy. Prosimy, jeśli widziałeś Arianę Grande-Butera lub Edwarda Buterego, zadzwoń pod numer...". Rzuciłam gazetą, nie mogąc dalej czytać. Szuka mnie cały kraj, bo sprawa została nagłośniona. A oni nie mogą złapać trojki dzieciaków. Idioci.
Musiałam coś robić. Posprzątałam i udałam się do łazienki, by umyć się i przebrać. Mój waniliowy płyn pod prysznic pomógł się opanować. Włożyłam coś swojego i zaczęłam myszkować po domu. W zasadzie nie był ciekawy. Tylko brudny. Zwyczajny dom. Sprawdziłam każdy pokój i nie znalazłam nic innego, niż kurz, od którego kręciło mi się w nosie.
Na końcu korytarza znajdowały się ostatnie dni. Weszłam do pomieszczenia. Ktoś go nie zamknął, choć próbował to zrobić. Zamek był wysunięty, ale na moje szczęście nie zamknął pokoju na klucz. Było to biuro. Z masą książek w zielonych okładkach, skórzanych lub papierowych. Książki dla dzieci, romanse, horrory i encyklopedie. Podeszłam do biurka i usiadłam na obrotowym, wygodnym, skórzanym krześle. Wszędzie były stosy teczek. Zaczęłam przeglądać pierwszą z nich. Wycinki z gazet. O przestępstwach, gwałtach i zabójstwach. Ciarki przeszły po moich plecach. W drugiej były projekty pomieszczeń. Skomplikowane liczby, które były zapewne kodami. Zamknęłam ją i sięgnęłam po następną.
Tutaj wstrzymałam oddech.
Moje dane. Akt urodzenia, dyplomy, karta zdrowia... Wszytko. Zdjęcia. Mapy z zaznaczonymi miejscami, do których chodzę. Zemdliło mnie. Sięgnęłam po kolejną teczkę. Tu były dane Any i jej rodziny. W każda kolejna była poświęcona jednej osobie. Dane mojej mamy. Wujka. Dziadków. Taty. Procesy,  które prowadził i tajne protokoły z ich postępowania.
Zrobiło mi się gorąco. Oparłam się na fotelu i zamknęłam oczy.
To koszmar.
Chce się obudzić.
Problem w tym, że nie wiem jak.  Boże Święty. Co mam zrobić? Jak uciec od tych psychopatów. Jak wezwać pomoc.
Gapiłam się w akta, zaczepiając wzrok na zdjęciu, na którym fotograf umieścił mnie, siedzącą w kawiarnii i śmiejącą sie razem z Aną.


~*~

JEŚLI SZANUJESZ MOJĄ PRACĘ, ZOSTAW KOMENTARZ, OKI DOKI SKARBIE?

Wzięłam się w garść i here it is . Prawdopodobnie nic by z tego nie wyszło, ale skręciłam kostkę na wf i nie mogę ani ćwiczyć, ani chodzić. Przykuta do łóżka albo do fotela. Eh.
Myślę, że wyszło nieźle. Dochodzimy do momentu, gdzie niedługo wyjaśni się co się tutaj dzieje. Sprawa będzie dotyczyła osoby, która została wymieniona w rozdziale. 
Cholernie się cieszę, że Ari wróciła do ciemnych włosów. 
Bradowi coś odpiernicza na tt, w życiu idk nie ma ep a ja sie wkurwiam.
Fuck off. Nienawidzę wf.



Już prawie ferie. Wytrzymam.
Do zobaczenia. Kocham Was i dziękuje za wszystko x