25.01.2015

Rozdział 12

Dla wszystkich, którzy czekają na ferie
_____________ 

Trzy tygodnie później

Mieszałam leniwie łyżką w chłodnym mleku z płatkami. Jadłam śniadanie od dobrej pół godziny i z każdym kęsem coraz bardziej traciłam apetyt. Radio było włączone i cała nasza czwórka słuchała audycji.
-Śledztwo ruszyło do przodu - usłyszałam głos policjanta, który angażował się w sprawę - Mamy nowe poszlaki, które wykorzystamy i myślę, że niedługo odnajdziemy rodzinę Grande.
Brad coś mruknął i wypił kolejny łyk kawy ze swojego kupka z wąsami. Stał jak jedyny, oparty o kuchenne szafki. Zmusiłam się do przełknięcia rozmokłych płatków.
-Świadkowie są ponownie przesłuchiwani, tym razem pod kontem nowych dowodów. Zadziwiające jest to, że porywacze nie zgłosili się do rodzin ofiar z żądaniem okupu. Policja jednak ma się na baczności i skrupulatnie rozpatruje sprawę. Dla Radia Time mówił Steven Jones. Londyn.
Chloe przyciszyła radio, gdy stacja zaczęła grać nowy utwór Meghan Trainor. Przez długą chwile nikt nic nie mówił, a ja spróbowałam zebrać myśli, gapiąc się w tonące w mleku płatki. 
Wszystko nie wydawało się logiczne. Podobno starali się z całych sił. Więc dlaczego trójka dzieciaków przechytrzyła ich, robiąc każdego dnia więcej kroków niż oni? Czemu mnie nie znaleźli? Czemu nie znaleźli mojego taty?
Obecnie nie byłam informowana co robią, gdzie znikają każdego ranka. Żyłam z dnia na dzień, powoli i to bardzo powoli, przekonując się do nich.
Westchnęłam ciężko. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Chloe nadal pisała na laptopie, Ashton nadal bawił się komórką a Brad nadal stał i patrzył się w ścianę.
Zaczęłam poznawać ich charaktery. Nie spędzaliśmy ze sobą wiele czasu, ale zaczęłam się orientować, dlaczego oni są lepsi niż organ ścigania.
Chloe była geniuszem. Na taką nie wyglądała. Nie zrozumcie mnie źle, sprawiała wrażenie inteligentnej i pewnej siebie kobiety, ale takiej, z którą nie warto zadzierać. I potrafiła włamać się wszędzie. Wszędzie. Wystarczyło dać jej komputer, czas i ciszę. A potrafiła zdziałać coś, czego niektórzy informatycy nie potrafili zrobić przez lata. Mówiła, że z tym się urodziła. Szlifowała tylko umiejętności, bo jak twierdziła, pewnego dnia to się jej przyda. I niech mnie piorun trzaśnie, jeśli nie miała racji.
Aston był... Ashton'em. Zjawiał się znikąd, a wszędzie go było pełno. Nie było sprawy, o której by nie wiedział. I z całej trójki jako jedyny miał skłonności do wybuchu gniewem i przebłyski świetnego humoru. A gdy był tak mniej więcej pośrodku, potrafił wydzierać się na Mortez przez kilka dobrych minut, a ona mu się odpłacała. Byli jak brat i siostra. Czasami od ich krzyków bolała głowa. I śpiewał pod prysznicem.
Brada jeszcze nie potrafiłam rozgryźć. Jednego dnia myślałam, że już wiem jaki jest, drugiego już ta pewność mnie opuszczała i zaczynałam od początku. Nie potrafił się otworzyć. Żył w swoim świecie. Czasami rozmawialiśmy. Te chwile budziły we mnie mieszane emocje. Z jednej strony czułam irytacje i gniew, spowodowaną jego tajemniczością, z drugiej niesamowity spokój. Dobierał słowa tak, że nie czułam zdenerwowania, a problemy które mnie dręczyły na chwilę ustępowały. To on panował nad wszystkim. Nad temperamentem Chloe, nad zapałem Ashton'a i nad moimi niespodziewanymi wybuchami paniki.
Nie wiem, kiedy dokładnie się to stało. Przez kilkanaście dni czułam się tak, jakby świat runął. A potem uświadomiłam sobie, że to nie świat. Świat nie runął. To było WE MNIE. To ja się nad sobą użalałam i nie pozwalałam iść dalej. Tkwiłam w martwym punkcie jak samochód, z którego opon zeszło powietrze. To było tak proste, a za razem tak trudne, by się tego pozbyć.
Ale udało mi się. Uświadomiłam sobie, co powinnam zrobić. Nie chodziło tu o zaufanie. Chodziło tutaj raczej o chęć przetrwania. Jeśli chciałam przetrwać i odzyskać ojca, powinnam iść tą drogą - zaufać im.
Ta więc zacisnęłam zęby i zrobiłam ten krok. Potem kolejny. I następny. I gdy ja zaczęłam im ufać, oni powoli się odwdzięczali. Nie wolno mi było używać telefonu, kontaktować się z nikim ale za to zyskałam nieco prywatność, choć doskonale wiedziałam, że Ashton ma mnie na oku.
Trzy dni temu, podczas śniadania, Brad położył na stole walizkę. Chloe przerwała swoją pracę i zaczęła roziskrzonymi oczyma obserwować całą scenkę. Widelec Ashton'a zamarł w połowie drogi do jego ust.
Nie rozumiałam ich zachowania. Do chwili, gdy Brad otworzył walizkę.
Była tam broń. Pistolet. Taki prawdziwy, jaki maja policjanci i gangsterzy. Moje dłonie zaczęły się pocić. Wytarłam je w spódniczkę.
-Ashton? - brunet zwrócił się do chłopaka - Chciałbyś pobawić się w nauczyciela?
-Nie ma mowy - wtrąciłam się drżącym głosem - Nie wezmę TEGO do ręki. Nigdy.
-A dlaczego nie? - spytała Chloe - Musisz się jakoś bronić.
-Są inne sposoby - odrzekłam.
-Na przykład? - spytał rozbawiony Ashton, wyciągając się na krześle.
Nie odpowiedziałam nic. I na tym się skończyło. Ashton miał mnie uczyć, jak posługiwać się tym żelastwem. Kiedy wczoraj kazał mi wziąć do ręki, była zimna i ciężka. Wiedziałam od pierwszej chwili, że się nie polubimy.
Odłożyłam miskę do zlewu i poszłam się przebrać. Założyłam ciemne rurki i ciemną bluzkę na ramiączka. Związałam włosy w wysoki kucyk i ruszyłam do samochodu. Ashton już na mnie czekał. Zabrał mnie z dala od domu, żeby nie budzić podejrzeń, do lasku. Tam powiesił tabliczkę, do której miałam strzelać i zapewnił, że znajdujemy się na kompletnym odludziu i nikogo nie zastrzelę. I bez względu na wszystko, kazał się słuchać. Kiwnęłam głową i wzięłam pistolet, który mi podawał. tak samo jak wczoraj był ciężki i zimny.
- Stopy stabilnie na podłożu - polecił. Zrobiłam tak, jak mówił, ale najwyraźniej coś mu się nie spodobało - Nie na palcach! Ariana, skup się. Musisz zawsze opierać ciężar ciała na ziemi. Środek ciężkość niech wypada na linie celowania. Jak chcesz, to możesz lekko ugiąć kolana.
Nie rozumiałam o co chodziło ze środkiem ciężkości, ale nie dyskutowałam.
-Nie odchylaj głowy i tułowia do tyłu! - skarcił mnie - Środek ciężkości na ziemi, a nie do tyłu, bo zakłócisz równowagę.
Ugryzłam się w język, by mu chamsko nie odpowiedzieć.
-Weź pistolet, o tak - pokazał mi, jak to zrobić - Prawą ręką obejmij rękojeść. Masz cały czas obserwować cel, a nie broń. Pewnie i silnie Ariana, nie bój się. Dłoń musi przylegać. Teraz palec wskazujący połóż na języku spustowym. Dobrze. Teraz dołóż lewą obok prawej. Palce lewej niech obejmują palce prawej i podtrzymują rękojeść od dołu. To będzie twoja podpora. Dokręć obie ręce do dołu, to ustabilizujesz dłoń. O, tak. Musisz to zrobić zanim wyprostujesz ręce, które MUSZĄ być wyprostowane. Jak nie możesz wyprostować obu, jedna musi być wyprostowana. Będziesz pamiętać? Tylko nie wystawiaj łokci na zewnątrz! Cholera, Ariana, musisz się skupić.
Kiwnęłam głową, czując, jak zaraz zwymiotuje ze stresu.
-Wiesz, jak celować? - spytał, mając na myśli moją wczorajszą  "lekcje", której mi udzielił. Pokręciłam głową, bo kompletnie nic mi ze wczorajszego wykładu nie zostało - Dobra. Musisz dokładnie zgrać i utrzymać oko, szczerbinkę, muszkę i punkt celowania na jednej prostej. Skup ostrość na przyrządach celowniczych, nie na celu- dał mi chwilę, żebym to zrobiła. -  Przymknij słabsze oko. Jak będziesz celować, nabierz powietrze do płuc, a jak będziesz ciągnąc za język to się nie ruszaj.
Mała dziewczynka we mnie, zaczęła panikować. Starałam się ja uspokoić.
-Posłuchaj mnie teraz uważnie. Na język spustowy naciskaj opuszkiem palca, a nie zgięciem w stawie. To musi być płynne i jednostajne. Musisz to robić POWOLI. I pamiętaj, że pocisk się jeszcze w lufie przesuwa, gdy cię odrzuci do tyłu. Bez względu na wszystko wytrzymaj. Nie rozluźniaj mięśni i przede wszystkim chwytu, bo chybisz. Zrozumiałaś?
Kiwnęłam głowa, nie będą w stanie nic wypowiedzieć. Ashton odszedł na kilka metrów i krzyknął:
-Przygotuj się! I ognia!
Zrobiłam wszystko jeszcze raz, powoli i dokładnie. Serce biło mi jak oszalałe. Wstrzymałam oddech i nacisnęłam język spustowy. Zbyt szybko. Odrzuciło mnie do tyłu i rozległ się potężny huk, rozdzierający moje bębenki. Zachwiałam się. Ashton pomógł mi z powrotem złapać równowagę. Po czym podszedł do tarczy i oznajmił:
-Chybiłaś. Spanikowałaś w ostatnich krokach.
Zimny pot spływał mi po plecach, kolana drżały, a broń nieznośnie ciążyła w dłoni. Obdarzyłam go wściekłym spojrzeniem.
-Jeszcze raz - postanowił, po czym podszedł do mnie i złapał mnie za nadgarstki. Jego dłonie były ciepłe, tak samo jak jego głos, gdy przemówił - Ariana, musisz się opanować. Nikogo teraz nie zabijasz.
-A ty kogoś tym zabiłeś? - spytałam drżącym głosem, potrząsając pistoletem.
-Nie - odpowiedział bez wahania - Ale musisz zrozumieć, że to koniecznie. Weź się w garść i  pozbieraj. Dla taty.
Moje zaszklone, brązowe oczy spotkały się z jego spokojnymi, zielonymi tęczówkami. Odetchnęłam parę razy głęboko.
-Dobra, spróbuje znowu - oznajmiłam. Ashton uśmiechnął się i poklepał mnie po ramieniu.
Wycelowałam wstrzymując oddech i strzeliłam ponownie.

~*~

Kolejny rozdział za 10 komentarzy x


Joylitte x

2 komentarze:

  1. Ha, zastanawia mnie skąd inspiracja by użyć imienia 'Steven'........
    Kubek Brada z wąsami, yas, ubierz go jeszcze w tą słynną koszulkę >>
    Ale nie nie rób z Brada takiego bad boya... no wiesz jak sobie żartowałyśmy, dymek i inne sprawy, bo moje serduszko nie wytrzyma...
    I jak zawsze i.d.e.a.l.n.i.e
    Zostało nam jeszcze 5 dni w męczarni, damy radę ♥

    ~Klaudia x

    OdpowiedzUsuń
  2. Zastanawiam się ciągle, czy połączysz tą Arianę z kimś czy nie... :)

    OdpowiedzUsuń