10.02.2015

Rozdział 14

-Co tak wcześnie? - skomentowała Chloe, a ja nawet nie miałam czasu spytać, co ona robi o tej porze w domu - Piszą o tobie w gazecie. Wiesz, że wszystkie zdjecia masz z jednego profilu?
Zaczęła paplać, co nie często jej się zdarza, więc musiała być w wyśmienitym nastroju. Ale gdy tylko podniosła głowę znad gazety spytała poważnym tonem:
-Co z tobą? Blada jesteś.
Mruknęłam coś niezrozumiałego, co miało oznaczać, że napiję się i idę spać. Nadlałam wody do szklanki, szybko ją opróżniłam i zostawiłam Chloe  samą, aby paplała do kogoś innego. Niech sobie kupi kota, który będzie znosił jej humory.
Nie ściągałam ubrania, położyłam się w nim - a właściwie zwaliłam - na łóżko. Szczerze byłam przekonana, że nie zasnę. Ale gdy tylko zamknęłam oczy, spowił mnie sen.
Nie miałam snu. To dobrze. Gdy wstaje czuję się bardziej wypoczęta. A tak mój mózg pracuje i pracuje, a ja wcale nie lubie patrzeć na obrazy w mojej głowie. Zmieniły się. Śniłam o tacie, który tam gdzieś jest i błaga, by mi nie zrobili krzywdy. Czasem śniła mi się złotowłosa Ana, która później rozpływała się we mgle... Tysiące ludzi, przed którymi występowałam... Głosy. Nienawidziłam tego. Budziłam się zalana potem, nie raz czując, ze płakałam przez sen.
A teraz nie było niczego. Błogosławiona cisza i spokój.
Otworzyłam oczy. Zegarek wskazywał godzinę czwartą. Wstałam i poszłam do kuchni, czując nieprzyjemne ssanie w żołądku. Miałam za sobą tylko śniadanie, do tego marne śniadanie. To naturalne, że mój brzuch domagał się posiłku.
W kuchni siedzieli wszyscy. Nikt nie zwracał na mnie szczególnej uwagi. Celowo unikałam wzroku Ashton'a i starałam się na niego nie patrzeć. Zapaść się pod ziemię. Nie czuć, że na moje policzki skrada się lekki rumieniec.
Był makaron. Makaron może być. Na słodko z serem. Cokolwiek. Gdy sie gotował, zrobiłam koktajl. Dawno jakiegoś nie piłam. A zresztą, wszystko jedno.
Uporałam się z obiadem i dosiadłam się do wesołej gromadki.
Pierwszy odezwał się Brad, spoglądając na mnie znad swojego laptopa.
-Dobrze się czujesz? - spytał zaniepokojony. Chyba nie cieszył go fakt, że mogę się rozchorować.
Kiwnęłam głową i wbiłam wzrok w makaron.
- Jesteś cała czerwona - dotknął mojego czoła, sprawdzając temperaturę - Gorączki nie masz...
-Nic mi nie jest - mruknęłam, by uciąć dyskusję i nie drążyć tematu, czemu moja twarz przypomina wschodzące słońce.  Brad już chciał się zacząć kłócić, ale przerwał mu dzwonek własnego telefonu.
Chłopak spojrzał ze zmarszczonymi brwiami na komórkę. Wydawał się zaskoczony. Ja natomiast nie widziałam nic dziwnego w tym, że telefon dzwoni. Zanim odebrał, uchwyciłam tylko to, że dzwoni zastrzeżony numer.
-Halo? - spytał, po czym spojrzał ostro na Chloe. Dziewczyna uniosła ramiona, na znak tego, że nic nie rozumie. Chłopak przyłożył palec do ust, po czym powoli przełączył na tryb głośnomówiący i położył komórkę na stole. To było dziwne. Zbyt dziwne.
Ashton pomachał, żebym zwróciła na niego uwagę. Gestem rozkazał, żebym wyszła. Pokręciłam głową. Zostaję, choćby miałby się zawalić dom. Blondyn już wstawał, ale Brad kazał mu usiąść. Wszystko to działo się w absolutnej ciszy.
Wbiłam wzrok w komórkę, kiedy głos przemówił. Choć sama niewiele wiedziałam, to że specjalnie został zmodyfikowany, nie ulegało najmniejszej wątpliwości. Odłożyłam widelec na miejsce, czując, jak w ustach mi zasycha.
-Czemu się chowasz? Nie zyskasz na czasie, dobrze to wiesz. Jesteś w martwym punkcie. Wszyscy jesteście w martwym punkcie - poczułam, jak moją skórkę pokrywa gęsia skórka. Odwagi nie dodawało mi to, że nawet Chloe wyglądała na wystraszaną - Jesteście dziećmi. Poddajcie się od razu, a puścimy was wolno.
-Rozłącz się - syknęła Chloe, ale Brad uciszył ją  gestem ręki. Jako jedyny wyglądał na opanowanego.
-Czego chcesz? - spytał spokojnie.
-Proponuje wymianę. Twój brat za tą małą. Za dwa tygodnie o dwudziestej drugiej w Harlow. Na parkingu obok uczelni.
Obserwowałam, jak jego twarz bladnie. Jak walczy w sobie. Jak jego pięści się zaciskają.
-I powiedź Ariance, że tatuś ją pozdrawia...
Ashton chwycił za telefon i rozłączył się. Ręce mu się trzęsły, a chwyciłam się kurczowo krawędzi stołu, aby nie upaść. Zebrało mi się na mdłości i płacz.
-Stary - mruknął blondyn - Jest bardzo źle.

~*~

Kolejna godzina była wielkim zamieszaniem. Krzyki, dyskusje i bezskuteczne próby opanowania Brada sprawiły, że głowa bolała mnie bardziej niż rano. Ale czy to było teraz ważne? Odpowiedź sama się nasuwała. Nie. Dla nikogo nie było ważne, jak ja się czuje. Byli zajęci. Po raz kolejny ich plan się zawalił. Po raz kolejny ktoś im przeszkodził.
Ja siedziałam, czując coś na kształt przerażenia, spokoju i omdlenia. Kręciło mi się w głowie. Pustym wzrokiem patrzyłam w blat stołu, a słowa które brzmiały w mojej głowie starały się uświadomić mi powagę sytuacji.
Jestem żywą kartą przetargową.
Ja za jego brata. I tylko jego decyzja, co teraz zrobi.
Osoba, której prawie nie zna za osobę, z którą się wychowywał.
-Brad, opanuj się - Chloe podjęła jeszcze jedną próbę - Nie masz pewności, że twój brat...
-Mortez, to ty zawaliłaś! - Ashton wymierzył w nią palcem - Kto nas zapewniał, że nas nie znajdą. Ty. Kto zapewniał, że nikt nie zadzwoni. Ty. Kto zapewniał, że nowoczesne zabezpieczenia wszystko załatwią? Ty.
-Kto siedział palcem w dupie i nic nie robił? Ty. - odgryzła się blondynka, czerwona na twarzy - Robiłam coś, próbowałam. Podczas gdy wy dwaj siedzieliscie i użalaliście się nad własnym losem.
-Ariana, pakuj się - polecił mi brunet, a ja drgnęłam na dźwięk własnego imienia.
Ashton stanął przed chłopakiem.
-Nie zrobimy tego. Nie pozwolimy im wziąć, nawet jeśli od tego zależałoby nasze życie.
-Irwin ma racje - wtrąciła Chloe - Mogą go sobie wziąć, jak bardzo chcą. 
-Nie dyskutujcie - mruknął Brad, próbując wyjść, ale boldyn znowu go zatrzymał.
-Nie pozwolę ci spieprzyć tego, na co pracowaliśmy tyle lat.
-Chcemy dopaść tych skurwieli tak samo jak ty - zaczęła Chloe.
-Nie macie pojęcia, o co... - gdy tylko Brad otworzył usta, poczułam, że nie wytrzymam. Wstałam i zamierzałam wyjść, nawet by tego nie zauważyli.
-Do jasnej cholery - warknęła Chloe - Mam tego powyżej uszu, róbcie cokolwiek, mam dość. Jutro wsiadam w samolot i odlatuje.
-Jak możesz coś takiego mówić - odpowiedział Ashton. Znowu się zaczeło, znowu zaczęli krzyczeć, kopać, obarczając się nawzajem winą, jakby byli dziećmi. To ja powinnam się skarżyć. To moje życie legło w gruzach, to mój tata gdzieś tam był i cierpiał.
-MORDA! - wrzasnęłam. Po raz pierwszy zrobiło się cicho. Wszystkie zdziwione twarze zwróciły się na mnie. A ja kontynuowałam, pewnym i silnym głosem - Jeśli macie się tak dalej zachowywać, to osobiście oddzwonię i odpowiem, że mogą przyjeżdżać.
Objęłam się i usiadłam z powrotem, osuwając się na krześle. Nadal trwała cisza. Miałam ochotę płakać, zamknąć się w sobie i wylewać gorzkie łzy. Ale wiedziałam, że nie mogłam. Musiałam być silna. Jeśli chcą mnie - dostaną. Ale chce coś w zamian.
-Spakuj się - powiedziała cicho Chloe, nie zmieniając zdania nawet gdy Ashton spojrzał na nią ostro - Już. Nie możemy tu zostać. Rozmowa trwała na tyle długo, że nas pewnie mierzyli. Naślą na nas policję a sami wezmą sobie Arianę bez naszej pomocy. Wyłączcie telefony. I za pół godziny wyjeżdżamy. 
Zrobiłam to, co kazała. Poszłam do pokoju w którym mieszkałam, spakowałam do czarnej, wielkiej walizki swoje rzeczy. Szkoda, że musimy wyjechać. Przywykłam do tego miejsca. Na swój sposób nawet go polubiłam.
Dodźwigałam walizkę przed dom, gdzie wszystkie rzeczy były pakowane do dwóch samochodów. Pomogłam przynosić najważniejsze przedmioty i zamknęłam dom. Gdy usłyszałam zgrzyt klucza w zamku, moje serce drgnęło. Nie chciałam wyjeżdżać.
-Ariana jedziesz ze mną - oznajmił Brad, otwierając drzwi samochodu.
-Ja miałem ją wziąć - sprzeciwił się Ashton.
-Macie inne plany - mruknął brunet, głosem nie znoszącym sprzeciwu - Widzimy się za tydzień.
Chloe podeszła do mnie i uścisnęła. To było nieco dziwne i krepujące. Ashton też to zrobił. Mruknął mi do ucha " Bądź silna Ari". Kiwnęłam głową i wsiadłam do samochodu.
Zdążyłam im pomachać, zanim ruszyliśmy w dwóch przeciwnych kierunkach.Czemu tak jest? czemu gdy widzę Ashton'a, serce nie zaczyna mi bić tak mocno, że boję się że wyskoczy z piersi? Czemu gdy mnie dotyka, nie czuję motylów w brzuchu?
Przywołałam wspomnienie. W mojej głowie odezwał się głos Any. 
-Flirciara.
-Wcale nie - odparłam oburzona.
-A właśni,e że tak. Każda dziewczyna, nawet tak grzeczna jak ty, ma w sobie odrobinę zdziry.
Podziękowała za kawę i uśmiechnęła się słodko. Gdy upiła łyk, czerwona szminka pozostała na idealnie białej filiżance. To było jakieś dwa lata temu. Niedawno po tym, jak porzuciłam moje czerwone włosy i przefarbowałam się na najnormalniejszy w świecie brąz. Zamieszałam w mojej cynamonowej latte.
-Nie jestem grzeczna. Poza tym, ja nie mam serca, żeby coś takiego robić facetom.
Ana mruknęła. Rozzłościła mnie tym, ale głęboko odetchnęłam i pohamowałam gniew. 
-Nie posunę się do czegoś takiego.
-Zobaczymy.
-Ana!
-Wspomnisz moje słowa.
Westchnęłam ciężko. Ja się nie zauroczyłam. ja się ROZERWAŁAM. Tak długo byłam sam na sam z własnymi myślami, więc mój mózg uznał, że pora na rozrywkę. Potrzebował odrobinę miłości, przynajmniej jej namiastki. I czy uświadomienie sobie tego, sprawiło, że poczułam się lepiej? Nie.
Mknęliśmy autostradą. Przez cały dzień. Brad nie odzywał się przez cała drogę. Od czasu do czasu włączał radio, które chwilę pograło, po czym wyłączał go i znowu włączał. Mijaliśmy miasteczka i wsie, zatrzymując się tylko na chwilę żeby coś przekąsić. To znaczy, Brad coś kupował i przynosił mi. Mogłam skorzystać tylko z toalety na stacji. Oczywiście, że pytałam, dokąd jedziemy. Nie odpowiedział.
Było już ciemno kiedy wjechaliśmy do miasteczka położonego nad morzem. Brad zgasił silnik a ja wyszłam na chłodne powietrze, przesycone zapachem morskiej bryzy. Rozprostować nogi było cudownie, jednak ja skupiłam sie na badaniu nowego otoczenia. Zwyczaje, brytyjskie miasteczko. Brunet ruszył do domu, a ja pobiegłam za nim.
Wcisnął dzwonek i rozległo się szczekanie psa.




WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO DLA NASZEJ KSIĘŻNICZKI CHLOE ♥



Dajcie znać, co myślicie, jak Wam sie chce.
Joylitte x

03.02.2015

Rozdział 13

Kliknij na utwór, który będzie wymieniany w tekście.

Pewnie słyszeliście mnóstwo opowieści, gdzie dwójka nienawidzących się ludzi, zaczyna czuć do siebie coś więcej. Cóż, moi rodzice byli na to żywym przykładem. Nie raz słyszałam, że tata chodzi za moją mamą krok w krok, nie dając jej chwili spokoju, a ona po jakiś czasie rzucała w niego patelnią lub czymkolwiek, aby się odstresować. Moja babcia nadal z sentymentem przywołuje te wspomnienia. Nigdy nie dowiedziałam się, czy mama kiedykolwiek trafiła w tatę.
Siedziałam na masce samochodu, z dyndającymi nogami tuż nad ziemią. Było około południa. Kończyłam swoje drugie śniadanie, rozkoszując się przerwą pomiędzy treningami.
Czytaliście może kiedykolwiek którąś z części serii "Percy Jackson"? Jeśli nie, będziecie musieli kiedyś nadrobić tą zaległość. Posłużę się tutaj Obozem Herosów. Półbogów poddawano ćwiczeniom, aby umieli sobie poradzić w walce. Przez ostatni tydzień byłam właśnie na takim obozie, prowadzonym przez Ashton'a Irwin'a. Oczywiście nie miałam pięknej zbroi, ostrego miecza i ADHD, które pozwoliłoby mi się bronić. Miałam za to wytarte jeansy, pistolet i mnóstwo siniaków, bo raz po raz upadałam, gdy blondyn uczył mnie samoobrony. Nie było to przyjemne, dlatego z upragnieniem czekałam na przerwę. Czułam się, jakbym znowu była w szkole.
Chłopak zmiażdżył ręką pustą puszkę po coli. Ja przełknęłam ostatni kęs jabłka i zwróciłam twarz ku słońcu. Bryza morska już tutaj nie wiała, ale i tak spędzanie czas w lesie, na świeżym powietrzu sprawiało, że byłam - nie wiem, czy mogę użyć tego słowa, bo znalazłam się w dość ciężkiej sytuacji - szczęśliwa. Wyobraźcie sobie, że cały rok spędzacie w mieście, wśród hałasu, spalin i cementu. I na wakacje zmieniacie całkowicie otoczenie. Zamiast chodników są miękkie trawy, łaskoczące gdy chodzi się po nich na bosaka. A zamiast ulic, są pola i łąki, o których mówi się w powieściach. Takie prawdziwe, angielskie łąki. Człowiek nie potrafi się w takim miejscu smucić. W jego sercu musi płonąć te malutkie światełko, które daje nadzieje, być może zgubną. Ale i tak samo wrażenie jest cudowne.
Otworzyłam oczy i zauważyłam, że Ashton się we mnie wpatruje. Już nie wydawał mi się taką świnią bez serca, tak jak to było na początku.
-Co? - spytałam lekko rozbawiona, sama nawet nie wiem dlaczego.
-Czy ja coś mówię?
-Patrzysz się - mruknęłam, zawiązując sznurówkę od trampek.
-Dziewczyny są dziwne - podsumował - Nie robisz nic, a one i tak uważają, że coś jest nie tak.
-Bo to dla tego - odparowałam - że chłopcy mają dziwną wyobraźnie. Marzą o rzeczach, które dziewczynom nie przychodzą nawet do głowy.
-Na przykład?
-Serio Ashton? - przewróciłam oczami - Naprawdę muszę ci to tłumaczyć?
-Nie musisz. Domyślam się.
-Widzisz? Właśnie o tym mówiłam.
Zapadła cisza. Nie jedna z tych cisz, przez które brnęliśmy na początku. taka miła cisza, przynajmniej ja to odczuwałam. Każdy lubi ten rodzaj ciszy. Wiecie, że nie musi na siły ciągnąć rozmowy, bo inaczej czuje się dziwnie w towarzystwie drugiej osoby i musi maskować to źle dobranymi słowami. Mam nadzieje, że wiecie o czym mówię. Bo ja sama zaczynam się w tym powoli gubić.
-Ashton? - zaczepiłam go, bo jedna myśl wpadła mi do głowy i nie pozwoliła mi jej opuścić. A że czułam się na tyle bezpiecznie pewnie w jego towarzystwie, postanowiłam zadać to pytanie. Mruknął, co uznałam za zielone światło i palnęłam - Skąd wiedziałeś, że tam nie jest bezpiecznie?
Mówiąc TAM miałam na myśli dyskotekę, która prawie skończyła się dla mnie tragedią. Boldyn podrapał się po nosie, gapiąc się w dal, myśląc nad odpowiedzią.
-Po prostu wiedziałem - odrzekł najprościej, jak tylko się da.
-A dokładniej?
-Słuchaj, Grande, czy ty aby na pewno dobrze zastanowiłaś się zadając to pytanie? Ważne, że nic ci się nie stało. Koniec i kropka.
Przywołałam mgliste wspomnienia tamtej nocy. Hałasy, niewyraźne twarze...
-Gdy weszłam do klubu, musiałeś kogoś zawiadomić - zaczęłam się głośno zastanawiać -Brada, prawda? Tylko zastanawia mnie to, skąd wdzieliście... Może to było tak specjalnie, żeby mnie zastraszyć?
-Pogięło cię - podsumował Ashton - Nie posunęlibyśmy się do czegoś takiego.
Na tym nasza dzisiejsza dyskusja się zakończyła, a ja wróciłam do domu bardziej poobijana niż poprzedniego dnia.
Nie ośmieliłam się spytać o nic więcej blondyna. Nie chodziło o to, że nie byłam ciekawska - z natury taka jestem i choćbym nie wiem jak z tym walczyła, nie potrafię ugryźć się w język. Nie chciałam go po prostu denerwować.
Ale wiecie, jak to jest - człowiek stara się nie robić jednej rzeczy, a robi inną głupotę. Chociaż wtedy wydawało mi się to cudowne, wręcz wspaniałe. Nie wiem czym było to spowodowane - coś po prostu uderzyło mi do głowy. Z resztą, nie tylko mi. To było jak płynne szczęście, rozgrzewające twój umysł i twoje serce. To był ten efekt "woow". Wydawało mi się wtedy, że to było jak najbardziej na miejscu. Byłam tego spragniona, potrzebowałam tego jak drzemki po wyjątkowo paskudnym dniu.
Obudziłam się obolała, bo poprzedniego dnia tak dostałam w dupę, że poważnie rozważałam myśl, czy nie zatrzasnąć się w pokoju i darować sobie dzisiaj porcję przemocy. Przez długi czas leżałam, spierając się z dziwnym uczuciem, które dręczyło mnie przez parę dni i myśląc w ciszy. Oczywiście, nie trwała ona długo - zaraz zaczęły się krzyki i wyzywania. Westchnęłam i zwlokłam swoje zwłoki z łóżka, udając się najpierw do łazienki. Gdy uznałam, że wyglądam już w miarę dobrze, zeszłam na śniadanie.
Wszyscy słuchali radia i nikt się nie odzywał. Akurat leciał jeden z moich ulubionych utworów, czyli Ellie Goulding - Love Me Like You Do. Chloe nadal miała czerwone wypieki na twarzy i pisała na klawiaturze tak szybko, że jej palce były smugami. Dosłownie. Musielibyście to zobaczyć, żeby uwierzyć. Nikt nie piszę szybciej niż wściekła Chloe. Z obojętnością przywitałam się ze wszystkimi i zrobiłam owsiankę, o mało nie spalając wszystkiego w promieniu dwóch kilometrów, bo usnęłam na stojąco obok kuchenki.
-Może powinnaś się położyć? - spytał Brad, zdejmując garnczek ze spaloną owsianką z kuchenki - Nie wyglądasz najlepiej.
-Nic mi nie jest - mruknęłam, zasłaniając dłonią usta, bo akurat ziewnęłam. Widząc minę bruneta, uśmiechnęłam się do niego słabo - Naprawdę, czuję się dobrze.
W końcu nie dałam za wygraną, po części dlatego, że chciałam zrobić na złość Irwin'owi i udowodnić, że nie jestem aż tak słaba za jaką mnie ma. Zjadłam pośpiesznie kanapkę zrobioną na szybko i już jechałam z Ashton'em, podśpiewując pod nosem i starać się cieszyć piękną pogodą.
W strzelaniu poszło mi strasznie. Jestem w stosunku do siebie obiektywna i obiektywnie stwierdzam, że byłam do bani. Nie trafiłam ani razu, co było okropne, bo widziałam zaciskające się pięści chłopaka, co dodatkowo mnie wytrącało z równowagi. Nie dałam się namówić na lekcje samoobrony, bo wiedziałam, że następnego dnia nie wstanę, jeśli przywalę plecami o ziemię o jeden raz więcej, niżbym była w stanie.
W końcu Ashton wybuchnął, co było do przewidzenia. Nawtykał mi wszystko, co robiłam źle i wyśmiał to, co mi się udawało. Kiedyś bym się popłakała. Teraz byłam nieco mądrzejsza i potrafiłam się odgryźć, również zdzierając sobie gardło i wyrzucając z siebie wszystkie złe emocje.
-Nie drzyj się na mnie! - warknęłam, po dość ostrej wymianie zdań - Myślisz, że jak będziesz udawał sukinsyna, nabiorę do ciebie szacunku?!
Dawna Ariana nie posunęła by się do czegoś takiego. Nie przyszłyby mi nawet takie słowa do głowy. Ale ta Ariana, spędziła za dużo czasu z Chloe, która potrafiła odgryźć się człowiekowi nie używając dużo przekleństw i z Ashton'em, którego przekleństwa były podstawą argumentów.
Nie miałam pojęcia, które z nas było pierwsze. Działaliśmy pod wpływem adrenaliny. Czasami ludzie robią głupie rzeczy pod wpływem emocji. Miałam pistolet w ręce. Mogłam do niego strzelić, pokazać mu coś, czego by się nie spodziewał.
Zamiast tego go pocałowałam. A on mnie. No cóż, żadne z nas się tego nie spodziewało.
Na początku było tak, jakby dotknęłam przewodu pod napięciem. Chciałam przestać to robić, ale nie potrafiłam. Moje mięśnie zastygły, dłonie zacisnęły się na jego T-shircie, i w każdej chwili mogłam zacząć nim potrząsać, by się opanował. Cholera wie, czemu tego nie zrobiłam. Potem poczułam, jak prąd przepływa przez moje ciało i pobudza każdą, nawet najmniejszą komórkę mojego ciała. To było tak, jakby coś się we mnie obudziło. A potem straciłam rozum, liczyły się tylko jego usta i to, że jest przy mnie. Frustracja i uniesienie mieszały się ze sobą, tworząc w mojej głowie barwny wir kształtów i  głosów, a jednocześnie czułam pustkę i ciepłe uczucie w klatce piersiowej.
Oczywiście, musiał wszystko zniszczyć i odsunąć się ode mnie.
-Chyba na dziś wystarczy... - oznajmił cicho, a ja kiwnęłam głową i uciekłam do auta.
Zrobiłam właśnie najgłupszą rzecz w moim życiu, wyłączając z tego przefarbowanie się na rudo.
I cholernie mi się podobało.




Boże, wyszło okropnie!
Wiecie, to wszystko ZAWSZE wygląda lepiej w mojej głowie. Nie mam pojęcia, dlaczego tak wychodzi na "papierze".
But, anyway. Myślę, że mam dość romansów w tym fanfition i według planów, dochodzimy do mocniejszych brzmień w tej piosence.
To znaczy, ze będzie dużo Bradusia :))
Tak bardzo nie mam weny, żeby zakończyć to opowiadanie. No ręce mi po prostu opadają.
Dodaje rozdział, bo chce mieć to za sobą. Pieprze wyświetlenia i komentarze, łaski bez x
Tym optymistycznym akcentem chce życzyć Wam udanych ferii i cierpliwości, jeśli nadal ich nie macie x


Całuski, buziaki, pozdrowienie etc ect
Justyśka x