28.03.2015

Rozdział 19

Dla wszystkich, 
którzy pozostali ze mną do końca


-Ariana, słyszysz mnie?
Znajomy głos przebił się przez gęstą mgłę, którą wytworzył mój umysł do zablokowania bodźców zewnętrznych. Chętnie trwałabym dłużej w tym stanie, ale to nie było mi dane. Budziłam się. Fala przerażenia i obaw, co będzie jeśli otworzę oczy, zalała mnie, odpierając możliwość poruszania którąkolwiek kończyną. Tępy, pulsujący ból z tyłu głowy... Jednocześnie był on łagodzony przez chłód... Pewnie lód. To dokładnie tam musiała upaść kula śnieżna, którą na siebie zrzuciłam. Wszystko zaczęło mi się mieszać.
Wciągnęłam głęboko powietrze i zdecydowałam się otworzyć jedno oko. To nie był dobry pomysł. Zawroty w głowie stały się intensywniejsze, gdy do mojej siatkówki  dopłynęły kolory, gryzące i mącące zmysły.
Leżałam na kanapie. Nogi miałam położone na poduszkach, tak samo jak głowę. Ktoś musiał położyć mi na głowę zimny kompres z lodu, bo woda skapywała z niego i biegła po mojej szyi, wywołując nieprzyjemny dreszcz.
Jeszcze raz otworzyłam oczy, tym razem powoli, przygotowana na wszystko. Kształty były rozmazane, jakbym założyła zbyt mocne okulary. Zamrugałam parę razy i obraz się wyostrzył. W pomieszczeniu było pełno funkcjonariuszy policji. Zabezpieczających przedmioty, zbierających odciski palców... Byłam kompletnie zdezorientowana, co tu się dzieje i jakim prawem dotykają rzeczy, które do nich nie należą.
Potem napotkałam wzrok niebieskich oczu, niezwykle troskliwych i znajomych. Łzy stanęły mi w gardle. Kosztowało mnie dużo wysiłku, alby się nie popłakać ze szczęścia.
-Pan Mulvoy-Ten? - spytałam cicho, próbując wstać. W głowie mi zawirowało. - Co się stało?
-Leż spokojnie - nakazał mi. - Dostałaś dość mocno w głowę. To szczęście, że nic poważnego ci się nie stało.
Coś mi się nie zgadzało. Przecież ojciec Any był chirurgiem, a nie lekarzem jeżdżącym z policją. Położyłam się posłusznie z powrotem i utkwiłam wzrok w suficie. Po chwili jednak stwierdziłam, że lepiej żeby panowała ciemność i moje powieki opadły.
-Gdzie jest mój tata? - zapytałam głucho.
Ktoś odchrząknął. Nie spodobało mi się to.
-Ariano, musimy zadać ci parę pytań.
Otworzyłam oczy. Zaczynający siwieć funkcjonariusz stał nade mną z poważną miną. Po moich plecach znów przebiegł dreszcz, lecz nie miał nic wspólnego z lodowatą wodą, która wylewała się z prowizorycznego okładu. Ojciec Any wstał i złapał funkcjonariusza za ramie, po czym zerkając na mnie ukradkiem, odciągnął go ode mnie. Znów zamknęłam oczy, starając się wyłapać te słowa, na których mi zależało.
-Naprawdę sądzę, że to może poczekać - zaczął doktor - Dziewczyna dużo przeszła, musimy ja jak najszybciej odwieźć do najbliższego szpitala i sprawdzić, czy nie ma poważnych urazów głowy. Zdążycie ją jeszcze przesłuchać, podejrzewam że nie raz.
Ostatnie zdanie wypowiedział gorzkim tonem. Funkcjonariusz westchnął ciężko.
-Pan nie rozumie, że musimy zrobić to jak najszybciej? To wszystko jest... dziwne. Nieprawdopodobne. Jakby ktoś czekał tylko na odpowiedni moment. A dziewczyna wcale nie wygląda tak, jakby działa jej się krzywda.
-Nalegam - odpowiedział na to ojciec Any przez zaciśnięte zęby. Po kilku chwilach najwyraźniej policjant skapitulował, bo usłyszałam głos pana Jimmy'iego:
-Kochanie, dasz rady wstać? - powiedział, a ja otworzyłam oczy i ujrzałam wyciągniętą ku mnie rękę.
-Tak, myślę że tak - odrzekłam, łapiąc wyciągniętą dłoń, która zacisnęła się mojej ręce. Najpierw wstałam do pozycji siedzącej, zaciskając zęby. Kompres na głowę został na poduszkach. Potem powoli wstałam, a ramię mężczyzny zacisnęło się na mojej tali. Zrobiłam pierwszy krok, potem drugi. Funkcjonariusz ruszył za nami jak cień.
-Przynajmniej wiesz, kto cię uderzył? - zapytał z nadzieją w głosie, gdy znajdowaliśmy się w drzwiach, a pan Mulvoy-Ten spiorunował go wzrokiem. Poczułam chłody wiatr na twarzy.
-Ja... ja... - jąkałam się, nie mając pojęcia ,jak z tego wybrnąć. Zmarszczyłam brwi, jakbym usiłowała sobie przypomnieć, ale tak naprawdę szukałam rozpaczliwie rozwiązania.
-Nie pamiętasz? - zdziwił się policjant, po czym zwrócił się do lekarza - Amnezja?
-Całkiem możliwe - odmruknął w odpowiedzi. Wolną ręką otworzył drzwi radiowozu i pomógł mi usiąść na tylnym siedzeniu. Zapiął mnie pasami, a ja z ulgą przyjęłam to, że mogłam usiąść - Proszę nas zawieść do szpitala.
Amnezja. Tak oczywista przykrywka, że nawet o niej nie pomyślałam. Wystarczy mówić "nie pamiętam: i z głowy. Skłamać. Przynajmniej przez jakiś czas. Zdawałam sobie sprawy, że to złe. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że nie pisnęłam ani słowa, więc nie skłamałam. Po prostu nie zdemaskowałam niedomówienia. Silnik zamruczał. Po chwilę sunęliśmy po wiejskiej drodze, potem wjechaliśmy na asfalt, co powitałam z ulgą, bo od podskoków samochodu robiło mi się niedobrze.
Jechaliśmy może z pół godziny, gdy samochód zatrzymał się. Otworzyłam zamknięte oczy.
Droga była zablokowana. Karetka i radiowozy stały na niej. Biały dym unosił się w bladoniebieskie niebo. Odpięłam pasy i wyszłam z samochodu.
-Ariana!
 Ludzie biegali dookoła i krzyczeli coś do siebie, panował straszliwy huk i błyski świateł pojazdów. Sunęłam wśród tego całego bałaganu, jak duch z otwartymi ustami i prawie tak samo nieobecna. Stanęłam przy czerwonej wstędze, rozwieszaną dookoła miejsca wypadku. Spojrzałam na samochód, głos ugrzązł mi w gardle.
-Brad... - zdołałam wychrypieć cichutko, a wypowiedziane imię zginęło wśród całego zamieszania. Moje oczy same odnalazły nosze, na których ratownicy wieźli do karetki czarnowłosą postać. Ruszyłam w tamtą stronę, powtarzając cicho jego imię jak w transie, lecz czyjeś silne ramiona otoczyły mnie od tyłu, uniemożliwiając ruch. Nie należały one ani do Ashton'a, ani nawet do Chloe... Zaczęłam się wyrywać, wymachując nogami, drapiąc i wrzeszcząc z całych siły, tyle ile miałam powietrza w płucach.
-Brad! Brad! - krzyczałam i zawodziłam, szamocząc się i próbując uwolnić, ze łzami w oczach widząc, jak ratownicy wykrzykują polecenia, jak załadowują jego bezwładne ciało do karetki i zamykają drzwi. W końcu mi się udało wyswobodzić. Zaczęłam biec do pojazdu, potrącając ludzi, na wpół oślepiona przez łzy. Nie dobiegłam. Kartka ruszyła zanim dotknęłam jej drzwi. Biegłam jeszcze za nią wolno, zataczając się jak pijana, wrzeszcząc rozkaz, żeby wrócił i mnie nie zostawił, że nie może.
Czyjeś ramiona znów mnie pochwyciły i przytuliły do piersi, tłumiąc szloch. Płakałam. Płakałam gorzko, uczepiona koszuli ojca mojej najlepszej przyjaciół, przyjaciółki tej Ariany, której kiedyś byłam, i słuchając jego bezwartościowych słów i zapewnień:
-Uspokój się, wszystko będzie dobrze...
Nic nie będzie dobrze. Nigdy nic nie było dobrze. Obiecał, że mnie będzie chronić. Więc dlaczego teraz mnie opuszcza? Dlaczego nie wróci, kiedy po raz pierwszy w życiu go oto proszę? Dlaczego wsiadł do tego przeklętego samochodu, co było jak wyrok... śmierci.
Zawyłam, gdy te słowo pojawiło się w moim umyśle. Wróć, błagam cię, wróć, nie opuszczaj mnie.
Moje usta szeptały, powtarzając jego imię jak zaklęcie, które miało sprowadzić go z powrotem.
-Brad, Brad Brad...

~*~
Tydzień później

Głaskałam bezmyślnie jego dłoń, nieobecna i wpatrzona w biel ścian. Ciche pikanie aparatury było nieodłącznym dźwiękiem, gdy go odwiedzałam. Czy to nigdy już nie zamilknie? Czy w  mojej głowie nigdy nie nastanie cisza?
Byłam w Londynie. W szpitalu. Miałam wstrząśnienie mózgu, co stwierdziło grono bardzo mądrych lekarzy w bardzo białych służbowych strojach z bardzo ważnym zadaniem, by doprowadzić bardzo ważną Arianę Grande-Butera do stanu bardzo dobrego. Żeby będzie można ją przesłuchać. I żeby odzyskała pamięć.
Westchnęłam ciężko. Byłam bezpieczna. Czemu więc czułam się tak jak po śmierci mamy, tak jakbym już nigdy nie miała się uśmiechać?
Ana czekała tutaj, gdy tylko pojawiłam się, przywieziona karetką z najbliższej kliniki w miejscu, gdzie mnie znaleźli. Przebiła się przez moją "ochronę" i omal mnie nie udusiła. Płakała, a ja nie. Cieszyłam się, że w końcu ją widzę, że w końcu znalazłam się w jej ramionach. Zasmuciło mnie jednak to, że jej włosy straciły blask, skóra poszarzała, a pod oczami miała sine worki. Ale to była ta sama Ana, którą pamiętałam. Pachniała jak Ana, uśmiechała się przez łzy też jak Ana.
Popłakałam się natomiast, gdy w końcu zobaczyłam tatę. Był skatowany, ale żywy. Zaczął żyć, gdy zobaczył swoją córkę, swoje jedyne dziecko, całe i zdrowe. Widząc jego siniaki, szwy w tak wielu miejscach, ból w mojej piersi rósł i rósł. Przytuliłam się do niego pomimo protestów niezadowolonych lekarzy. I nie ruszałam się przez dwie godziny, dopóki nie zasnęłam. Obudziłam się we własnym, szpitalnym łóżku.
Spojrzałam na jego spokojną twarz.
Przywieziono go dwa dni po wypadku samochodowym. Kosztowało mnie dużo energii, kopniaków, gróźb, łez i przekleństw, żeby dostać się na oddział, w którym leżał. Jego widok wcale nie polepszył mi samopoczucia. Miałam nadzieje, że przynajmniej będzie przytomny.
Zapadł w śpiączkę. Lekarze mówią, że to cud, że żyje.
Cud. Bradowi by się to spodobało. Nazwali go cudem.
Był podłączony do tylu przyrządów, że nie zdołałam ich zliczyć. Wszystkie kontrolowały jego funkcje życiowe. Chociaż, co to za takie życie.
Cztery dni wcześniej, gdy przyszłam go odwiedzić, zobaczyłam, że już ma gości. Jego babcia i czarnowłosy chłopiec siedzieli przy jego łóżku. Domyśliłam się, że to właśnie jest Reece. Wycofałam się powoli na palcach, oszczędzając sobie i babci Brada bólu, którego nie mogłybyśmy znieść.
Chloe i Ashton nie dawali znaku życia.
-Wróć do mnie - szepnęłam do Brada, poprawiając mu kosmyk włosów, który opadł mu na czoło - Po prostu do mnie wróć.
Podniosłam jego dłoń, przyciskając sobie ją do policzka. Nadal miał je ciepłe. A ja nadal miałam swoje lodowate.
-Panienko Grande? - spytał ktoś nieśmiało. Podniosłam znudzony wzrok na młodą siostrę, która pojawiła się w drzwiach - Grace McCoy czeka w bufecie i pragnie się z tobą zobaczyć.
Zmarszczyłam brwi. Nie znałam nikogo takiego. Mimo to wstałam, przyrzekając sobie, że jeszcze tu wrócę i ruszyłam na parter, gdzie mieścił się bufet. Nie obyło się bez szeptów i ciekawskich spojrzeń. To ta Ariana Grande. Byłam jednak zbyt bardzo zmęczona, by się tym przejąć.
W szpitalnej kawiarence śmierdzącej środkami czystości siedziała brunetka w kwiecistej sukience. Włosy zakrywały jej twarz, więc dopiero gdy podniosła głowę znad kawy kupionej w automacie, rozpoznałam ją.
Chloe uśmiechnęła się do mnie smutno.
Z wrażenia grzązł ugrzązł mi w gardle. Włosy miała ciemne, makijaż naturalny a ciuchy... no cóż, ciuchy były moje. Poznałam swoją sukienkę, która dla niej była nieco przyciasna w biuście. Można było zauważyć, że to ta sama dziewczyna tyko patrząc na paznokcie, która miała pomalowane czarnym lakierem.
-Grace McCoy? - mruknęłam na wpół roześmiana, na wpół wstrząśnięta.
-Masz ochotę na rozmowę? - spytała cicho, pokazując krzesło naprzeciw niej. Rozejrzałam się uważnie dookoła, by sprawdzić, czy nikt nas nie obserwuje i dopiero wtedy usiadłam. - Amnezja? Czemu to robisz?
Nie odpowiedziałam, tylko zbyłam jej pytanie, pytając rozdrażniona.
-A ty co tu robisz? - Byłam zła, że dopiero tydzień po wypadku zdobyła się na odwagę, by przyjść.
-Chce porozmawiać - oznajmiła, zadzierając podbródek do góry, tak jak pamiętałam - Myślisz, że łatwo się do ciebie dostać? Czuję się... winna, że odejdziemy tak bez wyjaśnienia ci kilku rzeczy.
Pokręciłam głową.
-Nie mów mi, nie chce wiedzieć. Im mniej wiem, tym mniej ze mnie wyciągnął. Będziecie bezpieczniejsi.
Chloe-Grace zacisnęłam wargi w linię, po czym oznajmiła cichym głosem:
-Dorosłaś.
Zamrugałam, zbita z tropu. Dziewczyna westchnęła ciężko.
-Jesteś dorosła, ale dopiero teraz dorosłaś. Kiedyś ci się wydawało, że skoro masz dziewiętnaście lat, możesz wszystko. Imprezowałaś, piłaś alkohol, chciałaś pozbyć się stereotypów na swój temat, tak jak każda nastolatka. Wydawało ci się, że na tym to wszystko polega. Ale dopiero teraz zrozumiałaś, jak może być ciężko. Teraz wiesz, że nie jest tak kolorowo, że nie zawsze będzie ktoś przy tobie, kto cię ochroni i sama musisz walczyć, by pozostać w miejscu, którym pragniesz. Przez całe życie ukrywałaś się, usprawiedliwiałaś się przed samą sobą, okłamywałaś. Teraz jesteś szczera. Życie nie składa się z samych przyjemności. Dopiero gdy nas porządnie kopnie w dupę, możemy zrozumieć, jak bardzo potrzebujemy siebie nawzajem i jak bardzo jesteśmy niewdzięczni za to, co mamy. Ale nie załamałaś się. Dążyłaś do celu. I to w tobie podziwiam.
Ostatnie zdanie podziałało mnie mnie jak kubeł zimnej wody. Podziwiam. Chloe przerwała na chwilę, upiła łyk kawy i powiedziała:
-Jutro wylatuje do Ameryki.
-Co?
-Odchodzę Ariano. Więcej mnie nie zobaczysz.
-A Ashton?
Chloe spuściła wzrok na papierowy kubek.
-Ashton już wyleciał. Jest w Australii, w Sydney.
Poczułam się, jak zimna dłoń zaciska się na moich wnętrznościach. Poczułam żal do niego, że nie zaczekał, żeby się ze mną pożegnać. Czy może tak było lepiej? Dla nas obojga?
-Tak po prostu było lepiej - odrzekła Mortez, wypowiadając moje myśli na głos - Musimy iść dalej sami.
-Co będziesz robić? - spytałam.
-Złoże papiery na studia informatyczne - wzruszyła ramionami - Może nie jest jeszcze za późno. Ariano, dla ciebie również. Jutro przyznaj się, że wszystkich oszukiwałaś. Powiedź, jak było naprawdę, tylko nie mów, gdzie jesteśmy. Będziesz miała kłopoty, gdy będziesz ciągnąć to dalej.
Kiwnęłam głową. Chloe wstała, wygładzając sukienkę. Również podniosłam się z krzesła, a wtedy ona porwała mnie w ramiona.
-Obiecaj, że się nim zaopiekujesz - wyszeptała mi cicho w ucho.
-Obiecuje - szepnęłam z chrypą w głosie. Puste słowa. Ale jestem gotowa się postarać.
Wypuściła mnie z objęć. Przypatrzyła się dobrze mojej twarzy, a ja jej. Żadna z nas nie płakała. Powiedziałyśmy sobie już wszystko.
-Żegnaj Ariano.
-Żegnaj Chloe. I dziękuje.
Ruszyła do wyjścia. Zatrzymała się jeszcze, zanim wyszła, jak gdyby chciała coś dodać, ale nie odwróciła się, opuszczając kawiarenkę i moje życie.
Zostawiła mnie samą i pozwalała patrzeć, jak cześć mojego życia odchodzi na zawsze.
Ale będę o niej pamiętała. Pamiętała o nich wszystkich - ta pamięć sprawi, że będą nieśmiertelni i zostaną na zawsze częścią mnie.

21.03.2015

Rozdział 18


Zakładam się, że nie raz lub dwa czułeś się tak jak ja w tej chwili. Więc możesz łatwo sobie to wyobrazić. Te uczucie, kiedy coś długo oczekiwanego w końcu przychodzi, a ty cieszysz się jak dziecko z nowej zabawki, a gdy obserwujesz rozwój wypadków, będąc jednocześnie ich częścią, wcale nie jest tak różowo jak sobie to wyobrażałeś. Żałujesz decyzji, którą podjąłeś, bo wiedziałeś, że to ty tak zażarcie o to walczyłeś. Masz żal do siebie, że nie ustąpiłeś. Do siebie i do wszystkich wokół, że cię nie powstrzymali. Zostało ci tylko dyskretnie się z tego wycofać i płakać, płakać, płakać... Aż wylejesz z siebie wszystkie złe emocje, które zaprzątają twoje myśli i nadchodzi błogi spokój. Obojętność do wszystkiego, co znajduje się w promieniu tysiąca kilometrów. Nie obchodzi cię, gdzie jesteś - masz ochotę się położyć, spać i spać, zapominając o wszystkim innym.
Tak czułam się ja, wbijając paznokcie w siedzenie samochodu i rozluźniając uścisk, po czym znów i znów powtarzając tą czynność.
Błędne koło.
Próbowałam się uspokoić. Powtarzałam w myślach, że wszystko będzie dobrze, że podjęłam słuszne decyzje i żadnej nie żałuje. Pozytywne afirmacje nie pomogły. Rozluźniałam więc mięśnie, po czym znów je spinałam. Medytowałam w ciszy. Głęboko oddychałam.
Nic z tego.
Myśl, że to wszystko moja i TYLKO moja wina mnie nie opuszczała. Że stawiając na swoim, wykonałam wyrok na własnych... przyjaciołach. 
Proponuje ci układ. Twoi przyjaciele za tatusia.
Co chwilę te słowa wracały. Jak bumerang. Wbijałam paznokcie w nadgarstek, by bólem się ich pozbyć. Wszystko na nic.
To było oczywiste, że byli tam tylko dlatego, bo liczyli na szybkie załatwienie sprawy. 
Teraz wiedzieli, że jestem z nimi. Teraz mogą skrzywdzić mojego tatę, bym miała karę. I nie zrobią tego subtelnie, w ciszy. Mnie spotka to samo. Już im na mnie tak nie zależy. Znudziła im się ta gra. Teraz należy szybko zwinąć planszę i ukryć ją, by nikt nie zorientował się, że w ogóle się nią bawiło.
Przed oczyma stanęły mi kartki. Napisy wyklejone literami z gazet. To było dawno, dawno temu... Pewnie teraz to był dowód w nieudolnym śledztwie. Pewnie zakładali, że ta historia skończy się jak każda inna...
Będziesz patrzył, jak twoja córka błaga o śmierć.
Wszystkie wspomnienia do mnie wracały, kilkadziesiąt razy silniejsze. Wcale nie wyblakły.
Westchnęłam ciężko. Brad chyba nawet tego nie usłyszał.
Na początku debatowali przez radio, obmawiając co należy zrobić, gdzie się udać. Potem Brad dostał sms z adresem. Przeczytał go na głos. Odnotowałam go w pamięci, choć nie wiem, do czego teraz by mi się przydał. Potem wszystko ucichło i został tylko dźwięk silnika.
Czułam się jak na kolejce. Samochód jechał albo bardzo szybko, albo wlókł się niemiłosiernie lub jechał zgodnie z przepisami. Teraz akurat Brad przeżywał tą ostatnią fazę, więc sunęliśmy jednostajnie przez autostradę. Było cicho i ciemno jak w grobie.
Było mi zimno. Ale mi zawsze jest zimno. Pocierałam od czasu do czasu dłońmi, chuchając w nie. Chłopak nie zauważył nawet tego.
Gdy dotarliśmy, było około północy. Brad zaparkował na jakimś pustym parkingu. Ja wychwyciłam szczegóły, które były widoczne pod światłem lamp ulicznych. Kompletnie nie kojarzyłam, w jakiej części miasta się znajdujemy. Zrezygnowałam przymknęłam oczy, opierając głowę o fotel.
Po kilku minutach na parking wjechał drugi samochód. Pod powiekami ujrzałam czerwone światło, więc otworzyłam oczy. Chloe i Ashton wyskoczyli z samochodu. Jasna karnacja Mortez i jej blond włosy sprawiały wrażenie, jakby była duchem. Odpięłam pas i wyszłam z samochodu.
Nieraz zdarzało mi się wracać po północy do domu. Razem z Aną od czasu do czasu pozwalałyśmy sobie na odrobinę imprezowego szaleństwa. Dzisiaj jednak było wyjątkowo zimno, jak na letnią noc. Przypomniałam sobie złośliwe żarty o Londynie ludzi z zagranicy. Miasto wiecznie zimne, spowite mgłą i mżawką. I w takiej scenerii były zazwyczaj robione zdjecia. Niezwykle entuzjastyczne.
Chloe wepchnęła dłonie w kieszenie czarnej bluzy.
-No to się doczekaliśmy - mruknęłam do swoich butów - Miejmy to za sobą.
Mówiła tak jak o sprawdzianie z matematyki. Nic nie umiem, ale wolę to napisać i dostać pałę, niż zwiać i mieć kłopoty. 
-Nie musicie iść ze mną - zauważył delikatnie Brad - Nie zmuszam was.
Obydwoje moich przyjaciół spojrzało na niego, wymieniając krzywe uśmiechy.
-Mamy cię zostawić? - spytała blondynka.
-I opuścić taką zabawę? - dodał gorzko Ashton, po czym ruszył do auta, w którym przyjechaliśmy. Nie obserwowałam go. Skupiłam się na pendrive, który znalazłam w mojej kieszeni. Kompletnie o nim zapomniałam.
-A co z tym? - spytałam, podnosząc urządzenie, które błysnęło w świetle ulicznej latarni.
-Trzymaj go, na wszelki wypadek - powiedziała Chloe z dziwnym błyskiem w oczach. Nie spodobało mi się to. Kiwnęłam jednak głową i schowałam go z powrotem do kieszeni, tam skąd go wyjęłam.
Podciągnęłam nosem. Od długiej jazdy w ogrzewanym samochodzie, a potem wyjścia na mroźne powietrze, woda lała mi się z nosa. Otarłam ją rękawem i powiedziałam:
-To nie jest żadne cholerne pożegnanie, prawda?
Blondynka i Brad wymienili spojrzenia, po czym wykrzywili usta na kształt uśmiechu. Zamarłam z półotwartymi ustami. Drzwi samochodu zamknęły się z hukiem.
-Czyli, że jest? - pisnęłam po chwili. W głowie mi się nie mieściło, że to niby ma się tak skończyć. Moja przygoda miała się zakończyć na obskurnym parkingu w środku nocy? Pokręciłam głową.
Czyjeś ręce chwyciły mnie od tyłu, przyciskając jakiś materiał do twarzy, zakrywając usta i nos. Chwyciłam kurczowo nadgarstek napastnika i szarpnęłam, mając nadzieje, że to wystarczy i się uwolnię. Wiedziałam, co to jest. Wstrzymałam oddech, jednak na długo nie starczyło mi powietrza. Pierwszy wdech przyniósł rozluźnienie mięśni. Mój umysł pokrył się białą mgłą. Próbowałam jeszcze raz szarpnąć za rękę, lecz moje dłonie już mnie nie słuchały. Poczułam, jak ktoś nachyla się nad moim uchem.
-Przepraszam... - szepnął Ashton. Doskonale wiedziałam, że nie przeprasza mnie za to, że zaraz stracę przytomność. Przeprasza mnie za wszystko, co wydarzyło się w ostatnich miesiącach. Że nie pożegnaliśmy się tak jak należy.  Za to, że mnie pocałował.
Chciałam odszepnąć, że go nie obwiniam. Ale zamiast tego osunęłam się w nicość.

~*~

Gdy moje powieki zatrzepotały, w ogóle nie poczułam, że otworzyłam oczy. Ciemność, jaka panowała wokół nie była tak samo nieprzenikniona, jak ta, która mnie otaczała gdy zamykałam powieki. Odetchnęłam głęboko, gdy moją głowę zalały myśli, wspomnienia i obrazy. Zerwałam się na równe nogi i usłyszałam trzask. A potem ból. Jęknęłam i potarłam nogę. W coś się uderzyłam. Wyciągnęłam rękę i zaczęłam nią błądzić w ciemności. Natrafiłam na śliską powierzchnie i ze zdziwieniem zauważyłam, że to zwykły stolik. Zdałam sobie sprawę, że siedzę na miękkiej kanapie. Podniosłam się z trudem, nie zważając na ból w nodze. On minie. Teraz miałam ważniejsze rzeczy do załatwienia. Poruszałam się po pomieszczeniu jak ślepiec, w końcu dochodząc do ściany, zaczęłam sunąć wzdłuż niej, szukając drzwi. Gdy w końcu je znalazłam, wymacałam obok kontakt. Wcisnęłam go dwoma palcami. Skrzywiłam się, gdy ostre światło zalało pomieszczenie. Zamrugałam parę razy, żeby przyzwyczaić się do jasności.
Byłam w obcym domu. Stolik, w który się chwilę temu uderzyłam był niski i ciemny. Kanapa była jasna, natomiast fotele były koloru śliwkowego. Długie, kremowe zasłony i białe firanki spadały kaskadą z kloszy. Ciemne panele przykrywał dywan w części, gdzie stały sofy i stolik. Na przeciwko stał wielki, plazmowy telewizor, obok którego na szafkach stały zdjęcia. Ostrożnie podeszłam do nich i przyglądnęłam się nim. Nie kojarzyłam tych ludzi nawet z widzenia.
To tak bardzo w ich stylu. Podrzucić mnie do obcego domu jakiś bogaczy. Pewnie gospodarzy nie było. Wyszłam z wielkiego salonu do przedpokoju. Schody biegły w górę, jednak jak podeszłam do drzwi wyjściowych. Szarpnęłam za klamkę, jednak te nie ustąpiły. Kto by się spodziewał. Przetrząsnęłam cały przedpokój w poszukiwaniu kluczy. Niczego nie znalazłam.
Nie skierowałam się na górę, tylko poszłam wzdłuż korytarza. W pierwszych drzwiach była nowoczesna łazienka, urządzona w tych samych kolorach co salon. W następnych była kuchnia. Podeszłam do zegara i spojrzałam na godzinę. 02:16. Wypuściłam powoli powietrze z płuc i opadłam na krzesło. Co ja mam teraz zrobić? Schowałam twarz w dłoniach, opierając łokcie o wypolerowany blat stołu. Mam czekać, aż ktoś wróci do domu i krzykiem mnie powita? A potem zadzwoni na policję, bardziej uradowany niż przerażony, bo w jego domu znajduje się dziewczyna, której szuka cały kraj? Nie. Musze ich znaleźć. Gdybym tylko wiedziała, gdzie jestem...
Przeszukałam kuchnię, aż znalazłam szklankę. Napełniłam ją wodą z kranu i wypiłam ciurkiem. I następną. Otarłam usta rękawem i odłożyłam szklankę do zlewu. Po czym stwierdziłam, że to zbyt niegrzeczne i umyłam ją, wytarłam i odłożyłam na miejsce.
W drewnianym stojaku były noże. Wybrałam ten największy i trzymając mocno za rękojeść ruszyłam na górę. Były tam same sypialnie i łazienka. W ostatnim pokoju stał laptop. Podeszłam do niego powoli o otworzyłam. Odetchnęłam z ulgą, gdy okazało się że nie jest na hasło. Usiadłam na krześle i włączyłam przeglądarkę.
Nie macie pojęcia, jakie to było dla mnie dziwne. Byłam odcięta od świata na całe dwa miesiące z haczykiem, a moje palce przez ten czas zdążyły zapomnieć, jak szybko pisze się na klawiaturze. Gapiłam się wiec na motyw, zanim wymyśliłam, co mogłabym zrobić. Włączyłam Google Maps i znalazłam swoją lokalizację. Po czym wpisałam adres miejsca, który dostał Brad w smsie. Nie był oto daleko. Jakieś pięc minut szybkiego marszu, czyli w moim wypadku biegu.
Napadła mnie dziwna chęć, by sprawdzić powiadomienia na Twitterze. Sprawdzić, czy moje imię bądź nazwisko znalazło się kiedykolwiek w trendach, jakie ludzie snują teorię na temat mojego zniknięcia. Widzieć wpisy od przyjaciół, gdzie pytają się, gdzie jestem. Kiedyś internet był dla mnie towarzyszem, gdy Ana była zajęta, lub ja zbyt leniwa lub przybita, by się z nią zobaczyć. Wtedy wchodziłam na Twitera, poznawałam nowych ludzi, słuchałam coverów na YouTube, przeglądałam posty na Tumbrze... Zamknęłam szybko laptop. Gdybym to zrobiła, policja na pewno szybko by zareagowała i mnie znalazła. Teraz muszę iść.
Kosztowało mnie trochę wysiłku, by wstać z krzesła. Blask monitora pobudził moje dawne uzależnienie, obudził głód, by znowu znaleźć się w wirtualnym świecie. Lecz ja wiedziałam, że to tutaj, w tej chwili toczy się moje życie. Nie tam, gdzie było tylko zbiorem pikseli, zapamiętanym hasłem do konta.
Ale z drugiej strony, co ja miałam tam zrobić? Będę tylko przeszkadzać. Byłam bezpieczna, tu nic mi nie groziło. Mogłam poczekać do rana, na właścicieli mieszkania i oddać się w ręce policji oraz zapewne psychologów. Wymacałam w kieszeni mały pendrive. Mogłam go podłączyć do laptopa i sprawdzać jego zawartość. To, co genialny umysł Chloe zdołał znaleźć.
Nie potrafiłam się na to zdobyć. Nie mogłam. Byli moimi przyjaciółmi przez ostatnie tygodnie. Zrobiło i się wstyd, że  mogłam w ogóle tak pomyśleć.
Miałam nóż. Mogłam się bronić. Sprawdzić, jak im idzie i w razie niebezpieczeństwa sprowadzić pomoc. To wszystko, co mogłam zrobić. Zabrali mi pistolet, więc kawałek ostrej stali musiał na razie mi wystarczyć.
Zbiegłam po schodach. Teraz pozostała tylko kwestia, jak się stąd wydostać. Wyważyć drzwi czy jeszcze raz spróbować poszukać kluczy? Nie wiedziałam, ile mam czasu, zanim...
Usłyszałam strzały. Moje serce zaczęło bić szybciej.
Właściwie, to ja już nie miałam czasu. Mój mózg gorączkowo zaczął szukać wyjścia. Moje nogi skierowały się z powrotem do salonu. Odsunęłam firanki i otworzyłam okno. Chłodne, nocne powietrze uderzyło w moją twarz, zmierzwiło włosy i sprawiło, że ręce pokryły się gęsią skórką. Usiadłam na ramię i skoczyłam, uginając kolana. Wstałam i nie wierząc we własne szczęście, że zgodnie ze swoim zwyczajem , niczego nie skręciłam, odnalazłam ulicę i pościłam się biegiem.
Dopiero po kilku chwilach dotarło do mnie, że biegnę w złą stronę. Zawróciłam, klnąc na swoją niezdarność i oddychając głęboko i równomierne. Nie chciałam się zbytnio zmęczyć, tym bardziej że do wf-u się zbytnio nie przykładałam. Wypluwałam niezwiązane włosy z ust, słysząc, jak odgłosy strzałów się przybliżają. I nagle wszystko ucichło. Brzmiały tylko ujadania psów. Zwolniłam i przełknęłam ślinę.
Widziałam samotną sylwetkę w świetle latarni. Jej ramiona unosiły się i upadały. Postawiłam jeden krok w jego stronę. Starałam się nie rozglądać na boki, choć kątem oka uchwyciłam nieruchome ciało. Słyszałam, jak serce tłucze mi się o żebra. Strzelanina mogła znów się rozpocząć. Wzmocniłam uścisk na rękojeści noża. Drugi krok.  Odgłos odbezpieczania broni.
-Brad, nie! - z mojej piesi wydobył się krzyk, a nogi same znów zaczęły biec. Zatrzymałam się dopiero trzy kroki za jego plecami. U jego stóp leżał nieruchomy kształt. Moje nogi zauważyły, że dostał już kulkę w nogę. Brunet stał, posyłając mu wściekłe spojrzenie, trzymając broń nad jego ciałem. Gdy tylko się do niego zbliżyłam, odwrócił głowę w moją stronę. Zamarłam na widok błysku w jego oczach.
-Nie rób tego - powiedziałam cicho - Nie warto zostawać mordercą z ich powodu.
-Zamknij się - warknął przez zaciśnięte zęby, znów zwracają wzrok na nieruchomego człowieka.
-Posłuchaj mnie - zaczęłam błagalnym tonem - Wiem, że to boli. Wiem, że się za to wszystko obwiniasz. Ale naprawdę nie warto. Musisz sobie wybaczyć, inaczej to nigdy nie minie. Zemsta nic nie da. A twoi rodzice nie chcieliby żebyś został zabójcą w imię czegoś takiego - powiedziałam, podchodząc bliżej i położyłam mu dłoń na ramieniu - Nie rób tego. Proszę.
Oddychałam równomiernie. W ustach zrobiło mi się sucho. Trwało to chyba godziny, zanim stracił moją dłoń z ramienia i ruszył w stronę samochodu. Stałam, jakbym przyrosła do ziemi, patrząc na jego plecy załzawionym oczami.
-Brad? - szepnęłam, choć wiedziałam że nie może mnie usłyszeć. Jakaś ciepła ręka chwyciła mnie za  rękę, gdzie trzymałam nóż.
-Ariana, choć szybko - ponaglił mnie delikatnie Ashton. Moje uszy zarejestrowały dźwięk policyjnej syreny - Ariana, na Boga rusz się do cholery.
Ustąpiłam i razem pobiegliśmy do samochodu. Za kierownicą siedziała Chloe. Ashton wepchnął mnie na tyle siedzenie, siadając obok mnie, a blondynka nacisnęła pedał gazu. Ruszyliśmy z piskiem opon.
Siedziałam zaszokowana. Nie mogłam uwierzyć w to, co oni zrobili. Ja być może uratowałam jedno ludzkie życie, ale zanim się zjawiłam, ile oni ich odebrali?
Schowałam twarz w dłoniach i zaszlochałam. Ashton otoczył mnie ramieniem, lecz go odtrąciłam. Nie chciałam, żeby ktokolwiek mnie dotykał. Niech wszyscy dadzą mi w końcu spokój. Moje myśli mieszały się ze sobą tak intensywnie, że jedynie płacz dawaj jaką taką ulgę. Listy, wybita szyba w moim domu, zakończenie roku szkolnego, morze, jasne włosy Any, uśmiech pełen dumy mojego taty, strzały, ból głowy spowodowany uderzeniem poprzedniego dnia...
Wyczerpana zasnęłam po dwóch godzinach. Wyczerpana płaczem, myślami, sobą i troską o ciemnowłosego chłopaka z zielononiebieskimi oczyma.
Obudziłam się o świcie. Ashton drzemał obok mnie na siedzeniu, a Chloe nadal sztywno wyprostowana prowadziła samochód. Ujrzałam skrawek morza. Wracaliśmy do domu w którym ukrywaliśmy sie przed wyjazdem o Whitehaven. Czułam się pusta w środku. Nic nie warta. A właściwie, to nie obchodziło mnie już zupełnie nic.
Chloe zatrzymała się przy domu. Patrzyła się na niego przez chwilę, po czym z westchnieniem wyszła z auta. Na dźwięk trzaśnięcia drzwi Ashton się ocknął. Przeciągnął się i rozejrzał nieprzytomnie. Wypadł z samochodu i skierował się w stronę Chloe, która stała z zwieszoną głową. Ja zostałam w samochodzie.
-Czemu akurat tutaj? - zapytał blondyn.
-Masz lepszy pomysł? - odpowiedziała pytaniem. Byłą zbyt zmęczona, by silić się na zjadliwy ton. Odwróciła się do auta i gestem pokazała, żebym wyszła. Zrobiłam to. Blondynka otworzyła drzwi. Nie skierowała się jednak na kanapę, by odpocząć, tylko pewnym krokiem weszła do kuchni. Podążyliśmy za nią bez słowa. Zachowywała się tak, jakby w ogóle nie spałą cała noc i nie prowadziła samochodu przez prawie cztery godziny. Ja robiłam niewiele, a jednak padałam na twarz.
Chloe usiadła przy stole i zaszlochała. Ashton usiał przy niej i objął ją. To jakoś mnie rozczuliło. Bez Brada zdawali się tacy... bezbronni. Podeszłam do ekspresu i zrobiłam nam aromatycznej kawy. Po wypiciu łyka blondynka nieco się uspokoiła. Oczy miała czerwone.
-Musimy go znaleźć - oznajmiła drżącym głosem.
-Zwariowałaś? - odpowiedział Ashton - Dość wrażeń na dziś. Musisz się przespać. Pojadę sam.
-Nie - zaprzeczyła - Nie zasnę, dopóki nie będę wiedzieć, że nic mu nie jest.
-To duży chłopiec, poradzi sobie. Ty musisz odpocząć.
Chloe głęboko westchnęła, jakby miała się znów rozpłakać. Nie odzywałam się. Patrzyłam na parę która unosiła się znad mojej kawy. Ściskałam kubek, ogrzewając dłonie.
-Przynajmniej się udało - odpowiedziała blondynka, siląc się na uśmiech - Teraz policja przejmuje pałeczkę.
-Co? - uniosłam głowę. Nie odpowiedzieli.W ciszy dopijaliśmy kawę. Potem Chloe wzięła prysznic, przebrała się w coś czystego, posprzeczała się z Irwin'em i ruszyła do auta. Ashton głęboko westchnął i spojrzał na mnie stojącą w drzwiach. Chłopak stał na ganku. Wiatr mierzwił mu jasne włosy. Uśmiechnął się smutno i podszedł do mnie. Uścisnął mnie mocno.
-Przepraszam cię - powiedział cicho.
-Za co? Nie masz za co przepraszać. To ja powinnam wam wszystkim podziękować.
-Wiesz, ten pocałunek... To nie było tak, że mi się nudziło, to było...
Zawiesił się. Postanowiłam mu pomóc.
-Szczere? - podpowiedziałam mu. Kiwnął głową.
-Ale to by nam się nigdy nie udało. Teraz powinienem wrócić do rodziny.
Kiwnęłam głową, rozumiejąc o czym mówi. Zrobiło mi się głupio. On coś do mnie czuł, a ja zinterpretowałam to jako rozrywkę. Przynajmniej moje uczucia tak potraktowałam.
-Do zobaczenia Ari...
-Mam nadzieje - wysiliłam się na uśmiech. Pomachałam im, gdy wyjechali z podjazdu. I machałam, dopóki nie zniknęli z moich oczu.
Wróciłam do salonu. Znów zostałam sama z własnymi myślami. Usiadłam na kanapie ze skrzyżowanymi nogami, wierzch dłoni skierowałam do góry, kładąc je na kolanach. Odetchnęłam głęboko. Potrzebowałam oczyszczenia. Mruczałam "ommm", medytując i zwalniając myśli. Mogłam je teraz swobodnie przeglądać, a gdy miałam dość, zawiesić się w stanie pomiędzy jawą i snem. Tak dawno nie medytowałam, że prawie zapomniałam, jakie to wspaniałe uczucie.
Po jakieś pół godzinie otworzyłam przerażona oczy. W ciągu dwudziestu czterech godzin usłyszałam ten dźwięk trzeci raz.
Policyjna syrena. Podbiegłam do okna. Prawie nic nie widziałam. Stan spokoju opuścił mnie, całkowicie ustępując miejsca panice. On nie mogą mnie tu znaleźć. Wydobędą ze mnie zbyt szybko wszystkie informacje. Ręce zaczęły mi się trząść. Pognałam na tył domu, gdzie było wejście do ogrodu. Otworzyłam drzwi na oścież i wróciłam do pokoju. Mój wzrok padł na wielką kulę śnieżną. Niezbyt oryginalne, ale się nada.
Zacisnęłam palce na zabawce. Sztuczny śnieg zawirował wokół aniołka z różowymi skrzydłami. Głos syreny był coraz bliżej. Teraz albo nigdy.
Zacisnęłam zęby i powieki, unosząc kulę. Przygotowałam się do odegrania największej roli w moim życiu. Upuściłam ją nad moją głową. Prawie nie poczułam bólu. Od razu zostałam ogłuszona i spadłam w nicość.




Nie mogę uwierzyć, że to prawie koniec. Został tylko następny rozdział i prolog. Myślałam, że poddam się i nie zakończę tej historii. Bo wiecie, ja się tak łatwo nie poddaje i muszę, po prostu muszę zakończyć to co zaczęłam.
Dziękuje wam za wszystko. I naprawdę jestem zaskoczona, ile wyświetleń miał poprzedni post. Just woow. Więcej niż dwa poprzednie razem wzięte.
Miłego weekendu x Napiszcie w komentarzu, jak wam się podobało x


Do zobaczenia ( mam nadzieje) 
Justysia x

15.03.2015

Rozdział 17


Patrzyłam, jak Ashton załadowuje torby do bagażnika samochodu, przecierając raz po raz oczy i ziewając. Była dziesiąta wieczorem.
Po dwutygodniowej ucieczce wracaliśmy do Londynu. Nareszcie.
Spokojne życie w Whitehaven, jakie tutaj toczyłam, otoczona książkami i muzyką, nie było dla mnie. Zbyt bardzo się niecierpliwiłam. Strach o tatę, o moich bliskich wyżerał mnie od środka, a ja nie potrafiłam sobie z nim poradzić. Siedząc z własnymi myślami, palącymi mój umysł i pytającymi, co właściwie mam zrobić, kim jestem i czy to wszystko ma sens, czułam, jak wola walki mnie opuszcza. Dlatego tak bardzo cieszyłam się, że znowu wracam do akcji.
W oddali potoczył się grzmot. Drgnęłam. Odwróciłam wzrok od okna w salonie i spojrzałam na babcie Brada, która ze smutkiem w oczach przypatrywała się mojej osobie. Uśmiechnęłam się pokrzepiająco, mając nadzieje, ze chociaż o pomoże. Nie chciałam jej opuszczać. Tak bardzo przypominała mi swoją babcie, w inny sposób, ale je łączyłam razem. Tak samo potrafiły mnie pocieszyć, doradzić i rozwiać moje wątpliwości.
Chloe właśnie wynosiła swój ukochany sprzęt, za nią szedł Brad. Dołączyłam się do tego pochodu, obejmując się rękami, jakby było mi zimno. I faktycznie gęsia skórka pojawiła się na moich nagich ramionach, gdy tylko zderzyłam się z chłodem nocy. I było duszno. W powietrzu dało się wyczuć burzę i można było tylko czekać, aż pierwsze zimne i ciężkie krople deszczu zaczną bębnić o szary chodnik. Ashton zatrzasnął bagażnik, gdy tylko Chloe wsadziła tam swój sprzęt i stanął z włożonymi dłońmi w kieszenie jeansów. Czuł się niezręcznie. Obserwując go, też zdałam sobie sprawę z tego, że czuję to samo.
Pożegnania.
Nienawidzę pozaganiań. Zwłaszcza, że zdawałam sobie sprawę, że nigdy już nie zobaczę tej sympatyczniej starszej pani, która potrafiła zgasić swojego wnuka jedynie kilkoma słowami, rzucała sarkastyczne pytania i miała niesamowicie dobry gust muzyczny.
-Przyjeżdżacie w nocy, wyjeżdżacie w nocy - mruknęła babcia Brada, pojawiając się u mojego boku - Jak kryminaliści.
-Babciu, błagam - jęknął Brad. Miał zażenowany i zmęczony głos - Tylko znów sobie czegoś  nie wmawiaj.
Starsza pani zrobiła urażoną minę, po czym mruknęła gburowato:
-Nigdy bym was o coś takiego nie podejrzewała. No, może ten tutaj jest wyjątkiem - wskazała na Ashton'a, a ja zagryzłam wargę, powstrzymując się od wybuchu śmiechu. Irwin pokazał język, po czym uściskał starszą panią i zniknął we wnętrzu ciemnego samochodu. Potem zrobiła to Chloe. I ja.
-Dziękuje pani za wszystko - powiedziałam, trzymając jej ręce we własnych dłoniach. Uśmiechnęła się dobrotliwie i poklepała mnie po wierzchu dłoni.
-Trzymaj się, Ariano. Odwagi, moje serduszko.
Uśmiechnęłam się, moje palce wyślizgnęły się z jej uścisku. Weszłam do auta, które miała prowadzić Chloe. Zapięłam pasy i zacisnęłam powieki.
Żegnaj, więcej się nie zobaczymy nigdy.
Muzyka grała cicho. Mortez odpaliła silnik, włączyła klimatyzacje i ruszyła. Czekała nas teraz podróż przez autostradę. Prosto w burzę.
Nie minęło dużo czasu, zanim zasnęłam. Powieki stały się ciężkie, w ustach zrobiło mi się sucho. Ciepłe powietrze ogrzewało moje stopy. Ręce zrobiły się ciepłe. Gdzieś w moim umyśle zapaliła mi się lampka, że zasypiam.
Nie trwało to długo. Wkrótce poczułam, jak toś szarpie mnie za ramię. Otworzyłam zaspane oczy i ujrzałam Chloe. Silnik był zgaszony.
-Dojechaliśmy - odparła cicho. Spojrzałam przez szybę. Noc powoli się kończyła, na horyzoncie dostrzegłam bladą smugę świtu. Staliśmy przed motelem, chłopcy właśnie wysiadali z auta. Ashton pomachał mi. Uniosłam dłoń i pomachałam ją w prawo, potem w lewo. Uśmiechnął się. Przełknęłam ślinę, czując w gardle nieprzyjemny guz.
-Czy to nie będzie niebezpieczne? - spytałam  zachrypniętym głosem. Ciepło snu powoli mnie opuszczało, ustępując miejsca bólowi od spania w niewygodnej pozycji.
-Kogo to teraz obchodzi? - odpowiedziała Chloe, wyłączając radio i w mgnieniu oka wysiadając z samochodu. Zrobiłam to samo.
Poczułam ulgę na widok pustego holu. Recepcjonista uwijał sie przy ladzie recepcyjnej, nie zauważając mnie i Chloe. Mój wzrost tym razem działał na moją korzyść. Ukryłam sie za Ashton'em, bo był najwyższy i podążyłam za nim do pokoju, depcząc mu po piętach.
Wzięli dwa dwupokojowe pokoi. Znów byłam przydzielona z blondynką. Na szczęście nie chrapała.
Obudziłam się koło południa. Chloe zadzwoniła do recepcji, żeby przynieśli mi śniadanie. Gdy usłyszałam pukanie, schowałam się łazience. Byłam zdziwiona tym odruchem. Czułam sie niebezpiecznie Na widoku. Nie było mi z tym dobrze.
Trzy tygodnie temu oddałabym wszystko, by znaleźć się w takiej sytuacji. Idealna pora do ucieczki. A teraz nie wyciągnęli by mnie stąd siłą.
Powiedzenie, że wzięłam szybki prysznic byłby doskonałym określeniem. Woda, mydło, woda. Nie trawiło to nawet pięciu minut. Owinęłam ręcznik wokół ciała, wślizgnęłam się do pokoju i wzięłam ubranie na zmianę oraz kosmetyczkę. Chloe nawet nie drgnęła, nadal pisała na swoim laptopie. Wróciłam do łazienki, przebrałam się, uczesałam i umalowałam.
Tacka ze śniadaniem leżała na stoliku nocnym. Zaburczało mi w brzuchu na widok jedzenia. Nie miałam pojęcia, ze jestem aż tak głodna. Położyłam ją sobie na kolanach i zaczęłam jeść owocową sałakę. Blondynka podniosła wzrok i się mi przyglądała. Niezręczna cisza.
-Wzięłam dla ciebie coś zdrowego - powiedziała - Wiem, że mięsa ani nic tłustego nie jadasz.
-Dzięki - odparłam, łamiąc na pół chrupkiego croissanta. Pobiłam go kawą. Potrzebowałam kofeiny jak nikt inny. Jej gorzko-słodkawy smak pobudził mój umysł. Ciasto francuskie rozpływało mi się w ustach. Mimo zdrowego i pełnowartościowego śniadania miałam ochotę na tłuste frytki, które popiłabym colą.
-Co teraz? - spytałam, biorą się za drugą połowę rogalika. Chloe westchnęła ciężko, jakby była po wielu dniach ciężkiej pracy.
-Czekamy.
Więc czekaliśmy. Chłopcy parę razy wpadli, by sprawdzić jak idzie Chloe. Próbowałam jakoś podglądnąć, co robi, ale gdy tylko zobaczyłam ciąg liczb, zmarszczyłam brwi i wróciłam do czytania książki. Koło dziewiętnastej, gdy już całkiem znienawidziłam pokoju motelowego, Chloe zamknęła laptopa i przeciągnęła się. Jej kości strzeliły. Potarła czerwone oczy i uśmiechnęła się do mnie z zadowoleniem.
-Przebierz się - rozkazała, a ja zamknęłam książkę, uprzednio zaznaczając miejsce gdzie skończyłam czytać zakładką.
-W co? - spytałam, siląc się na zabawkowy ton. W środku zżerał mnie niepokój i podniecenie.
-W coś ciemnego, żeby ci było wygodnie - odpowiedziała, sama sięgając do swojej walizki - I płaskie obuwie, żebyś mogła w razie czego szybko uciec.
Spojrzałam na nią z przerażeniem wymalowanym na twarzy. Wychwyciła to i uśmiechnęła się promiennie.
-Taki żarcik.
Nie było mi do śmiechu. I w głębi serca wiedziałam, że nie żartowała. Czy sama byłabym w stanie uciec i zostawić ich, byle ratować swoją skórę?
Nie.
Mimo to zrobiłam tak jak radziła.Ciemne spodnie, ciemna bluza, ciemne trampki. Tak jak w filmie szpiegowskim, ale nie było mi zbytnio do śmiechu, a te porównanie, gdy pojawiło się w mojej głowie, przeraziło mnie. Nie związałam włosów, zakrywając się nimi, by nikt mnie nie rozpoznał.
Odetchnęłam z ulgą, gdy znalazłam się w klimatyzowanym samochodzie, tym razem z Bradem. Jechaliśmy w kompletnej ciszy. Chłopak nawet nie afiszował się, nie próbował ukryć że się denerwuje. Bo robił coś wbrew sobie, tylko dlatego, że jak tak zadecydowałam. Do Harlow było godzinę drogi. Stanęliśmy na pustym parkingu. Silnik zgasł, tak samo światła. Jedynie latarnie świeciły jasno. Nigdzie nie widziałam samochodu, który prowadził Ashton. Nie spytałam, skąd wiedza, ze na pewno tutaj mieliśmy czekać. Nikt nic nie powiedział o miejscu spotkania. Ale mieli swoje tajemnice, a ja nie wnikałam. Liczył mnie efekt - chce zobaczyć się z tatą. Tęsknie za nim tak bardzo, że to boli.
Obydwoje oddychaliśmy głęboko. Po chwili Brad wyjął mała walizkę i podał mi pistolet. Patrzyłam na broń z osłupieniem. Poczułam suchość w ustach, gdy skierował ją rękojeścią w moją stronę.
-No dalej - szepnął - Potrafisz strzelać. Nie po to Ashton cię uczył, żebyś teraz była bezbronna.
Kiwnęłam głową i chwyciłam za zimną stal. Przyjemnie ciążyła mi w dłoni.
-Teraz mnie posłuchaj - powiedział powoli, a ja skupiłam sie na jego słowach - Jeśli ktokolwiek sie zjawi, masz nie wychodzić z auta. Wszystkim się zajmiemy. Broni masz użyć tylko, jak toś CIEBIE zaatakuje, co oznacza, że nie masz panikować, jak NAM stanie się krzywda. Jeśli coś by się stało, siadasz na miejscu kierowcy i jak najszybciej jedziesz na najbliższy komisariat, jasne?
Pokręciłam głową.
-Przecież was nie zostawię, nie mogłabym - odpowiedziałam stanowczo.
-Zabiłabyś, jeśli to byłoby konieczne? - spytał, zmieniacz temat.
Utkwiłam wzrok w broni, którą trzymałam w spoconej dłoni. Wszystkie lekcje z Ashton'em uciekły mi z głowy, pozostał jedynie huk wystrzału. I jego głos, gdy starał sie mnie uspokoić po moim pierwszym, niecelnym strzale.
Ariana, musisz się opanować. Nikogo teraz nie zabijasz.
Wtedy tak. To było celowanie do małej tarczy, a Ash był perfekcjonistą, musiałam trafić w sam środek. A teraz tym środkiem miało być serce. Bijące serce człowieka, które mogłam zatrzymać po naciśnięciu spustu. Człowieka prawdopodobnie bez kręgosłupa moralnego, ale jednak człowieka.
Ale musisz zrozumieć, że to koniecznie. Weź się w garść i  pozbieraj. Dla taty.
-Nie wiem Brad - odparłam szczerze po chwili milczenia - Naprawdę nie wiem.
-Musisz przyrzec, że uciekniesz, jeśli będzie taka potrzeba - powiedział stanowczo - Musisz zwiać, jak coś się spieprzy. Obiecujesz, że to zrobisz?
Walczyliśmy przez chwile, zanim westchnęłam i odparłam cicho.
-Obiecuje.
Uśmiechnął się i podał mi pendrive. Wzięłam go drżącymi pacami. Był jeszcze ciepły.
-Dasz go policji - odrzekł, a ja schowałam go do kieszeni - Chloe odwaliła kawał dobrej roboty. To ich zniszczy.
Jego twarz nie wyrażała emocji. Znów przybrał maskę, za którą krył się latami. W moje serce wbił się niewidzialny sztylet.
-Co zrobisz, kiedy to wszystko się skończy? - spytałam cicho, przymykając powieki.
-Wyjadę. Sam. - odrzekł krótko.
-Zostawisz to wszytko? Babcie, Chloe, Ashton'a, rodzinę? - spytałam nużącym głosem. Chciałam, żebyśmy mieli to za sobą.
Chłopak podniósł nieco głos.
-A mam jakieś inne wyjście? - prychnął - Ariana, to nie jest pieprzona książka, w której wszystko kończy się dobrze. Jesteśmy poszukiwani. Włamaliśmy się do archiwum, do akt, wykradliśmy hasła. Nie jesteśmy bez winy.
-Ale w dobrej wierze - odpowiedziałam - Podobno cel uświęca środki. Jeśli wam się uda, to myślę, że nie dostaniecie... wysokiej kary.
-Jasne, liczmy na litość - mruknął bardziej do siebie, niż do mnie - Tego nam potrzeba - żalu. Oni nie ścierpią, że winny zostanie na wolności. Choć złapać go im jest trudno...
-Tak w ogóle to kogo chcecie zniszczyć? - zapytałam. Noc Szczerych Wyznań, pomyślałam gorzko.
-Tych złych. My jesteśmy ci dobrzy. Ci źli kogoś zabijają, sprzedadzą dziecku narkotyki, ale o tym sie nie mówi. Policja to tuszuje. Tylko od czasu do czasu będzie jakaś wzmianka, że znaleziono nastolatka, który przedawkował. No cóż, zdarza się.
-Ci dobrzy... - powtórzyłam - Czyli to jakiś gang, tak? I ci źli nie przejmują się tymi dobrymi?
-Jesteśmy dla nich dzieciakami, którzy bawią się w detektywów - odparł gorzko - Tak jak pryszcz. A pryszcza mozna się pozbyć i to tak, by nie zostawił blizny.
-Jesteśmy jak wrzut na tyłku - usłyszałam, jak Ashton mówił przez radio w samochodzie. Jego głos brzmiał w akompaniamencie trzasków i szumów - Czy od wrzodu na tyłku można dostać jakiegoś zapalenia albo infekcji?
Uśmiechnęłam się. To rozładowało atmosferę. Dało się słyszeć odgłosy przepychanki, po czym rozbrzmiał głos Chloe.
-Niedługo dziesiąta, będziemy zaczynać.
Brunet kiwnął głową, ale przecież Mortez nie mogła tego zobaczyć.
-Brad?
-Mhmm?
-Boje się.
Wyszeptała to. Jej głos drżał. Miałam wielką ochotę wybiec z auta, znaleźć ją i przytulić.
-Wszystko będzie dobrze - powiedział ciepłym głosem do mikrofonu, czy jak to tam się nazywa - Obiecuje. A ja obietnic dotrzymuje.
Wzięła głęboki oddech i powiedziała:
-Wiem.
Rozłączyła się. Szum znikł. Pozostała tylko wszechobecna cisza.
Wkrótce na parking wjechał samochód. Jego jasne reflektory prawie mnie oślepiły. Zakryłam dłonią oczy, moje serce przyśpieszyło. To się działo. D z i a ł o  s i ę. Brad zdecydowanym ruchem wyszedł z samochodu. Widziałam jego ciemną sylwetkę, gdy podchodził do mężczyzny, który wysiadł z samochodu. Wyglądał na  dwadzieścia pięć lat. Ścisnęło mnie w żołądku. Tak młodzi ludzie wpakowywali się w to gówno i to na własne życzenie?
Chwilę rozmawiali. Czekałam, zaciskając pięści. Nagle pojawiło się dwóch gości, którzy zrzucili dwie osoby na ziemię. Serce podeszło mi do gardła, gdy rozpoznałam Chloe i Ashton'a.
Chyba właśnie coś zaczynało się pieprzyć.
Miałam uciekać. Zamiast tego chwyciłam komórkę Brada, którą zostawił w samochodzie i wybrałam numer policji.
-Halo? - powiedziałam.
-Posterunek policji w Harlow, słucham.
Moje serce przyśpieszyło. Byłam pewna, że zaraz rozwali mi żebra.
-Na parkingu, niedaleko szkoły jest jakaś bijatyka - powiedziałam roztrzęsionym głosem - Boże, nie wiem co się dzieje, jakiś goście grożą sobie bronią!
-Proszę sie uspokoić - powiedziała funkcjonariuszka chłodnym tonem - Niech pani poda swoje dane i dokładny adres, zaraz tam kogoś wyślemy.
-Cholera, skąd mam wiedzieć gdzie to jest, jestem tu przejazdem - zapiszczałam do słuchawki - Jestem Helen Brow, ten parking niedaleko szkoły, pośpieszcie się.
Rozłączyłam się, po czym wypadłam z samochodu. Stanęłam na drżących nogach, czując jak zimne powietrze chłoszcze mi twarz a pistolet ciąży w dłoni. Postawiłam jeden krok, potem drugi aż weszłam w krąg światła rzucany przez reflektory. Mężczyzna, który stał z wycelowanym pistoletem w Brada, zauważył mnie. Wytrzymałam jego ciężkie spojrzenie. Kątem oka wychwyciłam, że nos Chloe krwawił, a Ashton miał spuchniętą wargę. Poza tym nic poważnego im się chyba nie stało.
-No proszę, a mówiłeś że panienka Grande jest gdzie indziej - powiedział mężczyzna. Przełknęłam ślinę. Jeden z jego towarzyszy zaczął iść w moja stronę, lecz ja podniosłam szybko broń. Tak jak mnie uczył Ashton. Równowaga.
Cisza stała się aż męcząca. Usłyszałam cichy śmiech. Tak, to musiało być zabawne, widząc małą dziewczynę celująca z broni do dorosłego faceta.
-No dalej, zastrzel go - zamruczał gość. Słyszałam, jak Brad ciężko oddycha - Jak myślisz, co by powiedział tatuś, gdyby jego córeczka została morderczynią?
-Skąd mam wiedzieć? - powiedziałam cicho - Odebraliście mi go.
Znów cisza. Tak głęboka, że słyszałam własne bicie serca. Jak długo jeszcze mam czekać, aż przyjedzie policja?
-Proponuje ci układ - odezwał się znowu, szczerząc zęby - Twoi przyjaciele za tatusia.
Ręce mi się pociły tak bardzo, że bałam się, że broń zaraz mi sie wyślizgnie z rąk i uderzy w asfalt. W głowie mi huczało. Miałam odzyskać tatę, ale musiałam dobrowolnie pozwolić ich zabrać? Jakaś cześć mojego serca wrzeszczała, żebym powiedziała "Zgadzam się". Druga część mnie, kierująca się rozumem podejrzewała, że to tylko kłamstwo.
Wtedy zabrzmiały policyjne syreny. Nie zawahałam się. Nie myślałam o skutkach, nie myślałam o niczym. Po prostu wstrzymałam oddech i strzeliłam. Nie w serce, tylko w nogę. Chloe kopnęła gościa, który nad nią stał, a ja do niego strzeliłam. Krzyk. Nie wiem, jak Bradowi udało się wtrącić broń temu, który w niego celował. Być może wykorzystał element zaskoczenia, który był moją sprawką. W każdym razie on też dostał kulkę. Ashton i Chloe już pędzili do swojego samochodu. A ja gapiłam się na ludzi, którzy leżeli w krwi. Wiedziałam, że rany, które im zadałam nie były śmiertelne. Zaraz zjawi sie policja, odpowiedni lekarze i im pomogą. Ale świadomość, że sprawiłam im ból, że zraniłam drugiego człowieka... Jak inni mogą mordować ludzi, i to z zimną krwią? Miałam ochotę do nich podbiec, rzucając uprzednie pistoletem i im pomóc. Zamiast tego nadal go ściskałam, a moje rozmyślania trwały zaledwie sekundę. Brad złapał nie za nadgarstek i pociągnął za sobą do samochodu. Z piskiem opon zaczęliśmy uciekać.
Byłam przerażona. Z letargu wybudził mnie ostry dźwięk głosu Brada:
-Cholera, Ariana, miałaś uciec! Po cholerę to zrobiłaś! Przecież obiecałaś.
Poczułam sie okropnie zmęczona, mimo że długo odpoczywałam w motelu.
-Niektóre obiet­ni­ce przek­raczają nasze możliwości - odpowiedziałam.
Telefon zaczął wibrować. Dzwonił nieznany numer. Brad ostro zahamował, po czym odebrał komórkę. Trwało to chwilę. Po czym on sam zadzwonił i dziwnym, nienaturalnym głosem powiedział:
-Ashton? Zadzwonił do mnie. Jedziemy do Londynu. Załatwimy to raz na zawsze.
Przypomniał mi się komputerowo zmieniony głos. Dreszcz przebiegł po moich plecach.
-Kiedy? - spytałam roztrzęsionym głosem. Ash musiał zadać pewnie to samo pytanie, bo brunet odpowiedział:
-Jeszcze dzisiaj.


~*~
Jedno wielkie gówno, nie podoba mi się, amen. Jeszcze dwa rozdziały, prolog i po wszystkim.

07.03.2015

Rozdział 16


Brad wrócił, zanim zdążyłam przesłuchać trzecią płytę. Z staroświeckiego gramofon, takiego z wielką trąbką, jakiej się dzisiaj nie spotyka, leciała cicha muzyka. Wsłuchiwałam się w głos wokalistki, połączony z cichym szumem. Dla mnie to była prawdziwa magia - zero miksowanych głosów, czyszczonych specjalnymi programami, by brzmiały "lepiej". Na tych czarnych, wielkich krążkach był zapisany prawdziwy talent. Zero techniki, tylko naturalny głos. Zawsze pragnęłam taka być. Ubierałam się w stylu lat 50., byle tylko liznąć tej niesamowitej magii dawnych czasów. Nie tej ery, która nastała teraz. Gdy dwunastolatki palą, farbują się i malują. Wtedy liczyło się naturalne piękno. Ja to tak odczuwałam.
Brunet spojrzał zdziwiony na gramofon, po czym odwiesił sweter na wieszak. Nadal nic nie mówią, poszedł na piętro.
Powstrzymałam chęć podążenia za nim i spytania się, co też takiego ważnego robił. Ale po krótkim namyśle doszłam do wniosku, że albo by mnie zignorował, albo skłamał. Nie marnowałam więc energii i dalej słuchałam muzyki, która mnie hipnotyzowała. Wprawiała w zadumę.
Pozwalała zapomnieć.
Miałam taki gramofon, jak byłam mała. Mama puszczała z niego bajki, które kupowała w sklepie ze starymi rzeczami. Zawsze wieczorem, gdy już byłam wykąpana, a było za wcześnie na sen, dawała mi czystą kartkę papieru i kredki. Czasami sama ze mną siedziała, czasami tylko mnie obserwowała... A gdy tata miał wolny wieczór, układaliśmy puzzle. Zawsze byłam sfrustrowana, że szybciej ode mnie dopasowują części układanki.
Zabawne, że pamiętałam tak odległe czasy. Miałam zaledwie kilka lat. Zanim dowiedziałam się, że mama ma raka. Pamiętam dzień, w którym się to stało. A raczej noc. Obudziłam się wtedy i chyba chciało mi się pić. Nie wiem... W każdym razie wstałam i cichutko na palcach, skierowałam się w stronę kuchni. Gdy przechodziłam obok sypialni rodziców, usłyszałam, jak mama płacze. Mówiła coś o raku... Wtedy weszłam do pokoju, stanęłam ze strachem wymalowanym na twarzy i zapytałam, czy mamusia umrze.
Wtedy mama otarła łzy, wstała i zabrała mnie do swojego łóżka. Jej ramiona i ramiona taty mnie otoczyły.
Wyszeptała w moje włosy, cichym i spokojnym głosem:
-Kochanie, na razie jestem tutaj przy tobie. I nie odejdę nigdy, dopóki będziesz o mnie pamiętać. Nie wiem czy życie jest sil­niej­sze od śmier­ci, ale miłość jest sil­niej­sza od obu. Nie myśl o tym. Co ma być, to będzie skarbie.
Pamiętam dokładnie jej słowa. Wyryte w pamięci, niczym imię i nazwisko na nagrobku zmarłego. Następnego dnia, wzięłam kartkę, napisałam na niej jej słowa i wsadziłam do pluszowego misia, który leżał teraz samotny w moich domu.
Byłym domu.
Czy po tym wszystkim, potrafiłabym wrócić w jego ściany i nie czuć czegoś w rodzaju... pustki? Goryczy? Smutku? Niebezpieczeństwo, które teraz wisiało na nad moją głową, było bardziej widoczne niż poprzednio. Żądano mnie jako opłaty.
Dusza za duszę.
Piosenka zmieniła się. Teraz w pokoju rozbrzmiewały słodkie tony smutnej ballady. Przeczesałam palcami po moich włosach. Były szorstkie. Zniszczone od ciągłego kręcenia, pryskania lakierami i farbowania. Zmęczone, tak jak ja.
W salonie wisiało lustro. Podniosłam się wolno z kanapy i stanęłam przed nim.
Zobaczyłam dziewczynę.
Miała brązowe oczy, podkreślone czarną kredką i ciemną kreską na powiece. Specjalnie rozprowadziła cienie na powiece tak, by wydawał się one większe. Przez szminkę jej usta były różowe. Twarz pokrywał podkład, maskujący ciemne cienie pod oczami. Włosy były zaczesane do tyłu, z charakterystyczną kitką na czubku głowy i pasmem grzywki zapiętym na prawy bok. Były ciemne u nasady, ale wraz z długością jaśniały. Idealne ombre.
Jakieś dwa, trzy miesiące temu również stałam przed lustrem. Było piątkowe popołudnie. Spędzałam je razem z Aną w kawiarnii, jak co tydzień. Tam właśnie po raz pierwszy Ashton spojrzał prosto na mnie, po raz pierwszy kiedy byłam w towarzystwie. Wtedy wmawiałam sobie, blada i przerażona, że to wytwór mojej wyobraźni. Bo chciałam, żeby coś się stało, by przerwała się moja monotonia.
Pod koniec czerwca też stałam przed lustrem. Miałam rozmazany makijaż, głównie przez łzy. Moje włosy sterczały dokoła głowy. Nie przypomniałam Ariany, którą byłam poprzedniego dnia - piękną uwodzicielką, nastawianą na zabawę. To było dzień po tym, jak ktoś próbował mnie zgwałcić.
Potem stałam w łazience, po prysznicu. Mokre włosy opadały mi na twarz. Nie było śladu makijażu, miałam sińce pod oczami i zmęczony, bezsilny wyraz twarzy. Wtedy pomyślałam, że wyglądam jak idiotka. Nie lubiłam siebie bez makijażu. To był nieodłączny element mnie, odkąd przeprowadziłam się do Londynu.
Kilka dni później stałam przed lustrem, patrząc na siebie ze wstrętem. Nie mogłam uciec trójce gówniarzy. Zostałam zamknięta w domu na odludziu, sama, odcięta od świata. Czułam do siebie żal, że nie zrobiłam nic, by ich powstrzymać. Mogłam. Ale nie zrobiłam. Umalowałam się i zaczęłam myszkować po domu. Godziny później dowiedziałam się po części, czemu to całe nieszczęście spotkało właśnie mnie.
Nieszczęście.
Pochyliłam głowę i spojrzałam sobie głęboko w oczy, pytając się w myślach : Czy to naprawdę było nieszczęście? Otrzymałam odpowiedź. Nie. To ma mnie czegoś nauczyć. Mama tak mawiała. Zostaliśmy tu przysłani, by się czegoś nowego nauczyć. Życie jest pełne przeszkód. Dlaczego więc teraz byłam jedną z nich? Czemu kręciłam głową, gdy ktoś w mojej głowie mówił "Dalej, potrafisz"? Czemu tak bardzo nie chciałam, mając prawdziwą okazję do poznania siebie, za każdym razem tchórzyłam?
Przymknęłam oczy. Wsłuchałam się w głos Mariah Carey, którą się wzorowałam.
I need somebody uplifting to take me away.Słyszałam bicie swojego serca, rozrywanego pomiędzy dwoma pragnieniami.
-Wszystko w porządku? - spytała babcia Brada, wyrywając mnie z zamyślenia. Pokręciłam przecząco głową, nie otwierając oczu - Coś się stało?
-Tak. Boję się - odszepnęłam, otwierając oczy i patrząc na swoje lustrzane odbicie, a słowa wypływały z moich ust bez kontroli - Boje się samej siebie. Swoich myśli, że wszystko zawaliłam. Że mogłam zrobić więcej, a siedziałam tylko bezczynnie, z założonymi rękami. Że nie potrafię być sobą i chowam się za osobą, którą wykreowałam i udaję ją każdego dnia, gorąco wierząc że to jest moja prawdziwa twarz. Że w przyszłości popełnię więcej błędów.
Starsza pani podeszła do mnie i mnie objęła. Poczułam zapach jej perfum. Bez obcasów byłyśmy takiego samego wzrostu. Objęła mnie kochającymi rękoma, otoczyła troskliwymi ramionami. Robiła to dawniej ze swoją córką, później pocieszała wnuki. Przytulała nimi swojego męża, poza którymi nie widziała nic innego. Po raz pierwszy od porwania, poczułam się bezpiecznie. To nie było złudzenie, którym się karmiłam w obecności Brada, Chloe czy Ashton'a. To było prawdziwe, gorące uczucie, zaczynające się w klatce piersiowej i rozchodzące się falami po calutkim ciele.
-Boje się, że przeze mnie będzie cierpieć więcej osób... - zakończyłam, szepcząc w jej bluzkę płaczliwym tonem.
Pogłaskała mnie po włosach i odpowiedziała kojącym głosem. Człowieka, który przeszedł przez wiele bólu. Poprzez stratę własnej córki, później męża, zakończywszy na patrzeniu jak jej własne wnuki się przed nią zamykają, mimo jej starań.
-Cierpienia nie da się uniknąć kochanie. To część człowieczeństwa. Myśl o tym, co dla ciebie najważniejsze. Myśląc o dob­ru naszych blis­kich, bar­dzo często za­pomi­namy o naszym własnym.
Westchnęłam ciężko, jakbym zrzucała ciężkie brzemię. Tutaj, w tej chwili, cel tego wszystkiego stał się jasny. Przedtem krył się w cieniu rzucanym przez moje przekonania. Mówiłam sobie : Chce uratować tatę. By ci, którzy nas skrzywdzili, poczuli ból, gdy im go zadam. Chce wrócić do normalności.
Teraz głos w mojej głowie zabrzmiał inaczej. Stanowczo. Pewnie. Nie mogłam się sprzeciwić. Pragnę odnaleźć prawdziwą siebie.
Kątem oka widziałam w lustrze nasze sylwetki. Wiedziałam już, jakie kroki muszę postawić. Jakie działania zacząć i co zakończyć. 
Odsunęłam się od kobiety, uśmiechając się szczerzę.
-Dziękuje.
Odwróciłam się i pognałam na piętro. Znalazłam pokój, w którym siedział chłopak, zapatrzony w ekran laptopa. Stanęłam z założonymi rekami i spytałam pewnym głosem:
-Co teraz robimy?
Oderwał swoje zielononiebieskie oczy od monitora i spytał:
-Jacy my?
-Chyba nie sądziłeś, że będę stać i patrzeć z założonymi rękami?
Jego wzrok znów wbił się w ekran monitora. 
-Taki był plan.
W moich żyłach zagotowała się krew. Podeszłam do łóżka, na którym siedział i zatrzasnęłam mu laptop przed nosem, po czym powiedziałam twardym głosem.
-Przestań mnie ignorować i zachowywać się, jakbym była od was gorsza.
Po raz pierwszy odkąd go "znałam", na jego twarzy pojawił się wyraz zdziwienia. Poczułam triumf, jakbym odniosła wielkie zwycięstwo. Bo po cześć tak było. Okazał uczucia. Tylko na chwilę. Później jego głos stał się szorstki i rozdrażniony.
-Więc czego oczekujesz? Że dam ci broń i pozabijasz każdego, kto stanowi problem? To tak nie działa Ariana.
Prawdopodobnie oczekiwał, że zacznę się kłócić a na koniec ucieknę z płaczem obiecując, że więcej nie będzie się wtrącać. I przez chwilę zamierzałam podnieść rękawicę, ale zrezygnowałam. Zdecydowałam się na inny krok.
-A Reece? Co z nim?
Zamrugał parę razy. Ukryłam zadowolenie, że znów udało mi się zaskoczyć.
-Nic mu nie jest - mruknął beznamiętnie, jakby uznał, że to niezbyt ważne - Zrobili to, żeby nas sprowokować. Nie ma potrzeby, żebyś się bała, że cię oddamy.
Poczułam się, jakbym była wygraną w zakładzie.
-Myślę, że i tak powinniśmy tam pojechać.
Spojrzał na mnie ostro.
-Nie będziemy o tym rozmawiać.
-Dlaczego nie?
-Bo to nie czas i miejsce - chciałam zaprotestować, ale on uciszył mnie gestem dłoni - Porozmawiamy. Nie dzisiaj, najpierw Steve musi wrócić. Ale obiecuje, że porozmawiamy.

~*~

Pogoda nadal nie zachęcała, aby wstać z łóżka. Tym bardziej, żeby spacerować po szarych uliczkach portowego miasta. Trzymałam się blisko Brada, który najwyraźniej nie śpieszył się nigdzie. Czułam się podekscytowana. Nareszcie mogłam w czymś uczestniczyć, poczuć się użyteczna.  
Chloe i Ashton przyjechali w nocy tydzień temu. Od tego czasu wciąż dyskutują o tym, co w końcu trzeba zrobić. Wszyscy byli świadomi, że zbliża się finał. Na samą myśl o tym, czułam lekkie podniecenie. I strach. Jeśli przegramy... Zawsze, gdy pojawiała się ta myśl, odrzucałam ja automatycznie. To nie jest wyjście. Nie powinnam się zastanawiać nad czymś, czymś co może nigdy się nie zdarzyć.
Dzień przed przyjazdem przyjaciół Brada, obydwoje spotkaliśmy się ze Stevem. Gdy po raz pierwszy go zobaczyłam, poczułam do niego sympatie. Miał jasne włosy i ten specyficzny rodzaj uśmiechu, za który lubi się człowieka jedynie za spojrzenie. Gdy przywitał się ze starym przyjacielem, podał mi rękę, przyglądając się uważnie, jakby mnie skądś znał. Gdy się przedstawiłam, spojrzał przerażony na brunet, po czym złapał go za ramie i odciągnął, by porozmawiać z nim osobności. Oczywiście, wszystko słyszałam.
-Zgłupiałeś? - zagaił przyjaciela - Porywasz dziewczynę, której szuka cały kraj i następnie spacerujesz sobie z nią jak gdyby nigdy nic? Co ci strzeliło do głowy, żeby ją tu przywieść?
-Ciszej idioto - mruknął, spoglądając na mnie kątem oka - Ona to słyszy.
-Pierdolnęło ci na mózg? - wydarł się Steve, po czym dodał ciszej - Myślałem, że przynajmniej zależy ci na babci. Jaki kit tym razem jej wcisnąłeś? Dziewczyna? Koleżanka z pracy? Okłamujesz ją non stop, a teraz przez ciebie ma współudział w zbrodni. Ukrywa porwaną osobę. Do ciebie to nie dociera?
Steve był wściekły. Słyszałam o nim same dobre rzeczy, a moje pierwsze spotkanie z nim nie było tak cudowne, jakbym sobie wyobrażała. Zaczęłam żałować, że poszłam na to spotkanie. Zaczęłam przesuwać wzrokiem po szyldach sklepów, zatrzymując się na fryzjerze.
Brad podszedł do mnie i spojrzał w oczy. Ostatnio robił to coraz częściej, co uważałam za dobry znak.
-Lepiej będzie, jak wrócisz do domu.
-Mam dość siedzenia w domu - mruknęłam skwaszonym tonem - Mogę dostać swoja kartę kredytową?
Brunet miał zawsze przy sobie moje dokumenty, gdyby coś się stało. Ukryte, ale miał. Teraz pokręcił głową.
-Policja nas znajdzie, jeśli wypłacisz pieniądze z konta.
-To mi pożycz - poprosiłam - Oddam ci kiedyś. Musze coś zrobić.
Wyciągnął podejrzliwie portfel i podał mi  plik banknotów. Uśmiechnęłam się i wzięłam je, po czym pognałam do fryzjera.
Wróciłam po godzinie, ze skróconymi włosami o kolorze czekolady. Byłam szczęśliwa, że to zrobiłam. Fryzjerka wykonała kawał dobrej roboty, doprowadzając moje włosy do dobrej kondycji. Zaleciła, bym przestała je prostować i kręcić, a skupiła się raczej na ich odnowie.
Kilka dni później debatowaliśmy, co mamy zrobić. Cała czwórką. Babcia Brada wyszła na zakupy, więc mieliśmy dużo czasu. Uparcie obstawiałam przy tym, żeby przyjąć wyzwanie i pojechać do Harlow. Reszta równie mocno się temu sprzeciwiała.
-Nie ma sensu - powiedziała sucho Chloe - To była prowokacja. Zresztą, oni się tego spodziewają.
-Właśnie, że nie - broniłam swojego zdania. Wzięłam głęboki oddech. - Słuchajcie, doceniam to, co już robiliście. Ale tutaj akurat to ja mam racje. Mój tata całe swoje życie zawodowe miał styczność z kryminalistami. Musiał poznać ich psychikę. A oni spodziewają się, że zrobimy to, co planujecie. Pojedźmy tam. To jest te lepsze wyjście. Mozemy też się przyczaić i czekać na kolejną szanse. Ale wtedy oni znajdą sposób, żeby zaatakować, tym razem skutecznie. Reece jest bezpieczny.
W końcu postawiłam na swoje. Wyjeżdżaliśmy dziś w nocy. Chloe i Ashton zgodzili sie na to, by prowadzić. A my, we dwójkę wybraliśmy się na spacer. Whitehaven było pięknym miastem. Żałowałam, ze nie było lepszej pogody. Podeszliśmy do murku i usiadłam na nim. Brad położył na nim soje ramiona i ze zmrużonymi oczami wpatrywał się w morze. Słyszałam fale uderzające o brzeg. To mnie tak uspokajało.
Przyglądałam się, jak wiatr plącze ciemne włosy Brada. Chciałam mu pomóc. Bolało mnie to, że tego nie potrafiłam. Pamiętałam każde słowo, które powiedziała mu jego babcia. Nie wiem tak naprawdę, co go spotkało. Ale ja też straciłam matkę, jak byłam mała. Traciłam ją po trochu, każdego dnia, gdy umierała, przegrywając z chorobą. Przynajmniej potrafiłabym mu po części pomóc. Chronił mnie. Byłam mu coś winna.
Przełknęłam ślinę i zaczęłam cicho:
-Twoja babcia opowiedziała mi o twojej mamie...
Mięśnie na jego twarzy się napięły. Poczułam chęć, żeby się wycofać.
-Przepraszam, nie chciałam...
-Nic nie szkodzi - odpowiedział - Po prostu...
Zamilkł. Postanowiłam mu pomóc.
-To ciągle boli, prawda?
Powoli kiwnął głową, ja cichutko westchnęłam.
-Mnie też... Szczególnie jak coś mi ją przypomina. Na przykład ten gramofon. Sama taki miałam. Mama puszczała mi  na nim bajki. Po jej śmierci, w któryś napadzie furii go zniszczyłam. Płakałam za nim przez tydzień. Nawet przeprowadzka nic nie dała. To po prostu jest we mnie - pokręciłam głową z niedowierzaniem - Są takie dni, kiedy nic nie robię. Tylko wspominam. Wiem, że ona by była zła, gdyby mnie zobaczyła w takim stanie. Ponad dziesięć lat, a ja nadal się z tym nie pogodziłam. Obwiniałam wszystkich, szczególnie jak byłam nastolatką. Gdy dorastałam, nie była przy mnie. Nie miała pogadać  kimś o chłopcach, o pierwszej miłości, pocałunku, o butach. Nie piekłyśmy ciasteczek na Boże Narodzenie. I mam wrażenie, że ta pustka nigdy nie zniknie. To zawsze będzie mnie prześladowało.
Zamilkłam, wpatrzona w fale. Biała piana wznosiła się, gdy tylko woda uderzała o brzeg. Zbierało się na burze.
-Pamiętasz... - odezwał się Brad po bardzo długiej przerwie - jak spytałaś, czemu to robię? Co mam z tym wspólnego? Czemu cię chronię?
Kiwnęłam głową. Byłam gotowa, by to usłyszeć.
-Robię to dla niej. Gdy tata dostał pracę w Londynie jako komendant policji, wszyscy się wyprowadziliśmy. Miałem jedenaście lat. Tata pracował nad jedną sprawą. Wracał późno do domu, mama się martwiła o niego i o nas. Po dwóch latach w końcu ich osaczyli... - mówił bezbarwnym tonem, pozbawionym emocji - Gdy tata dostał wezwanie, był wtedy w domu. Ubrał mundur i wyszedł. Schowałem się w aucie i pojechałem z nim. Gdy dojechaliśmy, trwała strzelanina. Byłem przerażony. Nigdzie go nie widziałem. Gdy się uspokoiło, myślałem, że już wszystkim. Wyszedłem. Wtedy wbiegła mama. Reece powiedział jej, gdzie jestem. Zaczęli strzelać. Zakryła mnie własnym ciałem. Jedna z kul trafiła ją w plecy.
Nabrałam głośno powietrza. Moja dłoń powędrowała do jego dłoni. Drżał. Uścisnęłam ją mocno.
-Zmarła na stole operacyjnym. Twój tata i wujek prowadzili jej sprawę. Mój tata załamał się po śmierci mamy. Długo nie wychodził z domu. Oddał odznakę, a nas wysłał do babci. Szukał ich na własną rękę. Zamordowali go. Tak samo jak ojca Chloe i Ashton'a. Sąd zdecydował, z babcia nie będzie w stanie się nami zająć. Wyjechaliśmy do Irlandii do ciotki, siostry taty. Gdy skończyłem osiemnaście lat, powiedziałem, że jadę na studia do Londynu. Od tego czasu ich szukam. Skontaktowałem się z Chloe i Ashton'em. Każdy z nas chciał zemsty. Jakieś dwa lata temu odnalazłem ciebie. O niczym nie wiedziałaś. Chloe podejrzewała, że będą chcieli cię skrzywdzić. Gdy tylko to powiedziała, powiedziałem sobie, że muszę cię chronić.
Ostatnie zdanie wypowiedział zdławionym tonem. Widziałam, jak szklą mu się oczy. Ściskał mocno moją dłoń. Zeskoczyłam z murka i objęłam go. W pierwszej chwili jego ciało było zesztywniałe. Później sam otoczył mnie ramionami, zanurzając twarz w moich włosach. Czułam jego nierówny oddech. Szybkie bicie jego serca.
W tej chwili też przyrzekłam sobie, że będę go chronić. Nie pozwolę go skrzywdzić. Ten mały chłopiec, którym kiedyś był, cierpiał zbyt długo. Dorastał z myślą, że pragnie zabić tych, którzy zniszczyli jego życie. On będzie chronił mnie, a ja jego. Zburze mur, który wokół siebie wybudował. Sprawie, że znów będzie się śmiał bez cienia strachu.
Staliśmy tak długo. Bardzo długo, a wiatr plątał nasze włosy.
Zapowiada się na burzę.


*
Jestem z siebie dumna. Ten rozdział jest po prostu... piękny. Lana Del Rey i jej trzy albumy - tyle mi zeszło. dy go wczoraj skończyłam, nie mogłam się doczekać, aż go przeczytacie. 
Klaudia, przepraszam za spojlerowanie. Nie mogłam się powstrzymać.
Według rozpiski już zbliżam się do finału. Ta burza już nadchodzi. I chyba nie jestem na nią w pełni przygotowana.
Fajnie by było, gdyby czytając ten rozdział, poruszyłam waszą czułą strunę. Jeszcze raz powtórzę, że jestem z siebie bardzo dumna. Ostatnio mam dużą wenę, non stop pisze w zeszycie, mam nowe i nowe pomysły, które zapisuje o pewnie nigdy nie zrealizuje.
Musze przemyśleć wiele rzeczy w moim życiu. Pisanie jest jednym z nich. Na razie nie zmieniłam decyzji - po winnym nie spodziewajcie się nowej historii. Musze pozbierać myśli. Nie mówię, że to rzucam. Na wattpadzie pewnie nieraz opublikuje jakiś one shot. Ale czy będzie coś większego?... Nie wiem. Nie pytajcie mnie. Kontynuacji The Sibuna Story nie będzie na pewno.
jestem taka szczęśliwa, ze wyświetlenia znów skoczyły do góry, yay! Nie może się to równać z tym, co na początku, ale jest nieźle. Bardzo wam za to dziękuje.
Przed wakacjami fanfiction będzie zakończone. Tak mam w planach i to raczej się sprawdzi.
Miłego weekendu babes x


love, justine 

01.03.2015

Rozdział 15


Spotykacie się z kimś? Ja nie. Ale pewnie doskonale znacie to uczucie, kiedy stajecie po jednej stronie, zaniepokojona i zdenerwowana, gdy wasz kolega otwiera drzwi do domu i was zaprasza. I ten wzrok jego rodziców. I rodzeństwa, jeśli je ma. Te głupie uczucie. Na ich twarzach jest wypisane " To ona. Ładnie razem ze sobą wyglądają". Choćby nawet pomiędzy wami nic nie było i próbujecie to wytłumaczyć wszystkim dookoła, że to tylko kolega, oni i tak kiwają głową ze zrozumieniem, uśmiechając się pod nosem. Oczywiście, tylko kolega. I gdy już masz dość, oni patrzą się z tym błyskiem w oczach, jakby wiedzieli najlepiej.
Dobra, kiedy już wam zarysowałam sytuacje, mogę przejść do kontynuacji. Teraz zrozumiecie, jak czułam się przez pierwsze godziny w tym domu.
Czekaliśmy długą chwilę. W zasadzie, nie dziwię się temu. Brad cicho podśpiewywał pod nosem, jakby chciał sam siebie przekonać, że to co wyprawia jest normalne. A ja byłam zbyt przerażona, by się poruszyć. Spodziewałam się, że zaraz otworzy mi drzwi jakiś koleś w skórze, z tatuażami na ramionach i opaską na oku. I gdy w końcu usłyszałam dźwięk przekręcanego klucza, myślałam, że serce wyskoczy mi z piersi. A później miałam ochotę się roześmiać z ulgi.
Drzwi otworzyła nam starsza pani. Podtrzymywała szlafrok w jednej dłoni, a w drugiej wałek do ciasta. Jej twarz wyrażała zdziwienie, gdy wodziła spojrzeniem po mnie, a potem po Bradzie.
-Cześć babciu - wymamrotał chłopak, uśmiechając się niepewnie. Kobieta położyła rękę na biodrze i wymierzyła w niego wałkiem do ciasta.
-Co ty tu robisz chłopcze? - spytała groźnie, z nutką rozdrażnienia, co nie pasowało do jej ciepłego głosu - O tej godzinie? Nawet nie zadzwoniłeś.
-Wiem, przepraszam. Pilna sprawa. Możemy wejść?
Starsza pani spojrzała na mnie, a ja poczułam się niezręcznie.
-To twoja dziewczyna? - spytała.
-Koleżanka - odpowiedział.
Koleżanka. Raczej zakładniczka, chciałam sprostować, ale ugryzłam się w język.
-Koleżanka - powtórzyła głucho. Westchnęła i przepuściła nas, by weszliśmy do środka. Gdy drzwi się za nami zamknęły, mruknęła pod nosem - Powinnaś za te wybryki spać na wycieraczce.
Zdjęłam buty. Omal nie wrzasnęłam, gdy coś zaczęło plątać się pod moimi nogami. Pies. Przykucnęłam i pogłaskałam go po krótkiej sierści. Patrzył się na mnie tymi wodnistymi, czarnymi, wyłupiastymi oczyma. Szepnęłam cicho do psa, drapiąc go za uszami:
-Jestem w niezłym syfie, wiesz, słodziaku?
Pies zamachał ogonem, a ja podniosłam się, kierując się do drzwi, gdzie uprzednio zniknął Brad. Była to kuchnia. Nie było w niej nic specjalnego, godnego szczególnej uwagi. Było dużo figurek kotów. Właścicielka uwielbiała koty, ale miała psa. Ironia. Usiadłam na drewnianym krześle, podsuwając się bliżej stołu. Po chwili znalazł się przede mną talerz zupy, gorącej i pachnącej. Zaburczało mi w brzuchu, więc chwyciłam łyżkę i zabrałam się za konsumpcję dana.
-Próbowałeś ją zagłodzić? - spytała kobieta, zwracając się do swojego wnuka. Uśmiechnęłam się słabo - Przyjechałeś odwiedzić starą babkę czy pełnie funkcję hotelu?
-Nie stawiaj tego w tym świetle - odpowiedział - Mam kłopoty.
-W pracy?
Brad westchnął. Ja wbiłam wzrok w stół. To było oczywiste, że jego babcia nie zna prawdy. Tak naprawdę ja też jej nie znałam.
-Jeden z klientów nie jest zadowolony. Potrzebuje pomocy Steve'a.
-Więc przyjechałeś o drugiej w nocy, tak? - dociekała kobieta - Ale co mi do tego. Pogadamy jutro. A teraz do łóżek.
Spojrzała na mnie dziwnie. Naprawdę dziwnie. Brad wstał, a ja zrobiłam to samo. Po chwili leżałam już w obcym łóżku, w obcym domu, w obcym mieście z obcymi ludźmi. Zasypiając, przypomniały mi się słowa, które wtedy uważałam za groźbę. Teraz, było to dla mnie coś... głębszego. Przypomnienie, że sama prosiłam się o to, co dostałam.
Trzeba było zostać w domu, księżniczko...
Tak, trzeba było...

~*~

Śniły mi się pociągi. Huk i wagony. Patrzyłam, jak się przesuwają. Wagony towarowe. Gdy pociąg przejechał przejechał, zrobiło się ciemno, ale huk pozostał. Potem były kształty i sylwetki, twarze nieznajomych i znajomych ludzi.
Otworzyłam oczy. Byłam w całkiem nieznajomym pokoju, z zielonymi ścianami. W rogu stała gitara, a tuż obok niej moja walizka. Podniosłam się i zaczęłam w niej grzebać, szukając ubrań na zmianę. Odrzuciłam kolorowe sukienki i wzięłam zwyczajną bluzę i ciemne spodnie. Pogoda nie dopisywała, toteż latanie w krótkich ubraniach nie byłoby przejawem mądrości. I nie chciałam się wyróżniać, o ile wyjdę przez ten tydzień z domu.
W drzwiach stanęła babcia Brada. Miała na sobie kwiecistą bluzkę i zwykłe spodnie. Wczoraj byłam zbyt zmęczona, by zauważyć, jak bardzo miłą ma twarz. Miała zielone oczy, ładny kształt ust i niezwykle równe zęby.
-Dzień dobry. Wyspałaś się?
-Dzień dobry - odpowiedziałam sennie - Myślę, że tak. Choć przez pogodę odechciewa się żyć.
Usiała na niezaścielonym łóżku, obserwując jak wkładam wszystko z powrotem do walizki, siedząc na podłodze.
-Brad wyszedł - oznajmiła mi, a ja zamarłam - Powinien wrócić niedługo. Chociaż, znając jego...
Poczułam dreszcz zaciekawienia. Bruneta nie ma, a ja jestem w jednym pokoju z jedną z najbliższych mu osób. Nie wiem o chłopaku praktycznie nic. A teraz mam szanse, by rozeznać się w sytuacji. Dowiedzieć się, dlaczego to robi. Dlaczego mnie chroni razem ze znajomymi.
-Tak - odparłam, patrząc na gitarę - Lubi dużo myśleć. Czasami godzinami. To jego?
Babcia spojrzała na instrument, na który pokazywałam i uśmiechnęła się  pod nosem.
-Grał kiedyś. To była jego pasja. Grał i śpiewał. Byłam pewna, że pójdzie w kierunku muzyki. Od dziecka miał fioła na jej punkcie. Śpiewał godzinami, aż moja córka stwierdziła, że może coś z tego wyjdzie. Zapisała go do miejscowego teatru, chóru. Niedługo kupiła mu pierwszą gitarę. Omal nie ześwirowałam, jak się uczył na niej grać. Potem wyjechali do Londynu, a gdy wrócił zszokowany po latach, muzyka już go nie interesowała. Nie dziwie mu się.
-Co się stało? - zapytałam zaintrygowana.
-Nie wiesz?
-No nie... - mruknęłam. Musiałam uważnie dobierać słowa. Musiałam skłamać - Jest przyjacielem mojego chłopaka. Znam go tylko trochę. Nie lubi o sobie opowiadać.
Powiedziałam do do gitary. Była przetarta na gryfie w miejscach, gdzie najczęściej przyciska się struny palcami. Czyli na pierwszym, drugim i trzecim progu.
-Tak... Stał się skryty. Jako dziecko był inny. Wesoły, lubił pływać... Gdy w przyjechał tu zaraz po tragedii, razem z bratem byli w szoku. Ale Reece jakoś lepiej to znosił. Był młodszy, tylko płakał i płakał. Ale to był lepsze niż zimna obojętność Brada. Siedział, godzinami patrzył w ścianę. Nigdy nie widziałam, żeby płakał... - westchnęłam ciężko. Słuchałam uważnie, czując się jakbym połknęła głaz - Martwiłam się o niego. Stracili matkę, a on zachowywał się tak jakby zgubił pluszaka.
Po raz pierwszy spojrzałam na kobietę. Jej twarz była smutna, kąciki ust skierowane ku dołowi. Nie patrzyła na mnie, tylko na ścianę.U ustach miałam sucho. Mimo, że zamilkła, jej głos nadal dźwięczał mi w uszach. Stracili matkę...
-Boże, tak mi przykro - powiedziałam cicho. Kobieta otrząsnęła i spojrzała na mnie.
-Niepotrzebnie - odszepnęła - Wierzę, że moja córka jest teraz w lepszym miejscu. Już prawie nie boli, została tylko tęsknota. Minęło sporo czasu. Teraz martwię się o moich wnuków. Zwłaszcza o Brada.
Wstała, klaszcząc w dłonie i uśmiechając się promiennie. Była to tak naglę, że na mojej twarzy pojawił się wyraz zdumienia.
-No, dość tych smutków. Idź się odświeżyć, pierwsze drzwi na lewo. Masz tam ręcznik przygotowany. Później zejdź na dół. Założę się, że jesteś głodna.
Wyszła sprężystym krokiem, pozostawiając mnie w melancholijnym nastroju.



~`~
Jest krótko. Jest na szybko. I jest późno.
Ale chciałam coś dodać now, bo teraz jestem w luźniejszym nastroju przed harówką w tym tygodniu. Tak więc, hmmm...
Niech wasze trybiki pracują, możecie znaleźć połączenie i już będziecie mieli pół mojego scenariusza.
Dla tych, którzy są tutaj ze mną od czasów The Sibuna Story. Pojawił się one shot, wyjaśniający historię mojej Megusi. Obiecałam to Wam dawno i rehabilituje sie. Drugiej części TSS nie będzie. Mam pomysł, fakt. Ale nie zacznę znowu pisać. Winny jest ostatnim fanfiction, które będę publikowała. Musze znowu odnaleźć radość w pisaniu, bo gdzieś ją zagubiłam. Przez długi czas po ukończeniu tego fanfiction nie będę publikowała nic dużego. Aleeeee... założyłam zeszyt, gdzie pisze co mi przyjdzie do głowy. Na razie są tam bazgroły dotyczące Narnii ( Edmuuuuuund ♥) i kiedyś, może coś wejdzie w życie. Przymierzam się również do myślenia o fanfiction dotyczącego Darów Anioła lub  Percego Jacksona... I mam pomysł na romantyczną historię idealną, którą spieprzę na końcu, huh. I mam napisane 4 rozdziały nowego fanfiction, w którym jest Bethany Mota, Brad i Arianka. I 5SOS i Fifth Harmony.
Wiecie, że jeśli liczycie na happy end tutaj, możecie się zawieść?
W następnym rozdziale pewnie pojawi się Friend Steve i Ari zrobi coś szalonego. Coś mi już sie tam kłębi w głowie.
Trzymajcie za mnie mocno kciuki. Mam naprawdę dużo roboty. Musze iść powtarzać z matmy. Wczoraj dobrnęłam do połowy, zeszło mi 2,5 h. Tak, nienawidzę funkcji.
Pokombinuje coś z szablonem. Jeśli ktoś ma jakiekolwiek zdolności graficzne, proszę, wykombinujcie coś z Arianką, Bradem, Chloe, Ashtonem, Aną czy cos. Bo ja kurde mam dość szukania jakiegoś normalnego szablonu, eww...


Także, kocham Was za poprzednie komentarze, dziękuje za 1,1K na wattpadzie ♥

"Zapracowana" Justynka.