07.03.2015

Rozdział 16


Brad wrócił, zanim zdążyłam przesłuchać trzecią płytę. Z staroświeckiego gramofon, takiego z wielką trąbką, jakiej się dzisiaj nie spotyka, leciała cicha muzyka. Wsłuchiwałam się w głos wokalistki, połączony z cichym szumem. Dla mnie to była prawdziwa magia - zero miksowanych głosów, czyszczonych specjalnymi programami, by brzmiały "lepiej". Na tych czarnych, wielkich krążkach był zapisany prawdziwy talent. Zero techniki, tylko naturalny głos. Zawsze pragnęłam taka być. Ubierałam się w stylu lat 50., byle tylko liznąć tej niesamowitej magii dawnych czasów. Nie tej ery, która nastała teraz. Gdy dwunastolatki palą, farbują się i malują. Wtedy liczyło się naturalne piękno. Ja to tak odczuwałam.
Brunet spojrzał zdziwiony na gramofon, po czym odwiesił sweter na wieszak. Nadal nic nie mówią, poszedł na piętro.
Powstrzymałam chęć podążenia za nim i spytania się, co też takiego ważnego robił. Ale po krótkim namyśle doszłam do wniosku, że albo by mnie zignorował, albo skłamał. Nie marnowałam więc energii i dalej słuchałam muzyki, która mnie hipnotyzowała. Wprawiała w zadumę.
Pozwalała zapomnieć.
Miałam taki gramofon, jak byłam mała. Mama puszczała z niego bajki, które kupowała w sklepie ze starymi rzeczami. Zawsze wieczorem, gdy już byłam wykąpana, a było za wcześnie na sen, dawała mi czystą kartkę papieru i kredki. Czasami sama ze mną siedziała, czasami tylko mnie obserwowała... A gdy tata miał wolny wieczór, układaliśmy puzzle. Zawsze byłam sfrustrowana, że szybciej ode mnie dopasowują części układanki.
Zabawne, że pamiętałam tak odległe czasy. Miałam zaledwie kilka lat. Zanim dowiedziałam się, że mama ma raka. Pamiętam dzień, w którym się to stało. A raczej noc. Obudziłam się wtedy i chyba chciało mi się pić. Nie wiem... W każdym razie wstałam i cichutko na palcach, skierowałam się w stronę kuchni. Gdy przechodziłam obok sypialni rodziców, usłyszałam, jak mama płacze. Mówiła coś o raku... Wtedy weszłam do pokoju, stanęłam ze strachem wymalowanym na twarzy i zapytałam, czy mamusia umrze.
Wtedy mama otarła łzy, wstała i zabrała mnie do swojego łóżka. Jej ramiona i ramiona taty mnie otoczyły.
Wyszeptała w moje włosy, cichym i spokojnym głosem:
-Kochanie, na razie jestem tutaj przy tobie. I nie odejdę nigdy, dopóki będziesz o mnie pamiętać. Nie wiem czy życie jest sil­niej­sze od śmier­ci, ale miłość jest sil­niej­sza od obu. Nie myśl o tym. Co ma być, to będzie skarbie.
Pamiętam dokładnie jej słowa. Wyryte w pamięci, niczym imię i nazwisko na nagrobku zmarłego. Następnego dnia, wzięłam kartkę, napisałam na niej jej słowa i wsadziłam do pluszowego misia, który leżał teraz samotny w moich domu.
Byłym domu.
Czy po tym wszystkim, potrafiłabym wrócić w jego ściany i nie czuć czegoś w rodzaju... pustki? Goryczy? Smutku? Niebezpieczeństwo, które teraz wisiało na nad moją głową, było bardziej widoczne niż poprzednio. Żądano mnie jako opłaty.
Dusza za duszę.
Piosenka zmieniła się. Teraz w pokoju rozbrzmiewały słodkie tony smutnej ballady. Przeczesałam palcami po moich włosach. Były szorstkie. Zniszczone od ciągłego kręcenia, pryskania lakierami i farbowania. Zmęczone, tak jak ja.
W salonie wisiało lustro. Podniosłam się wolno z kanapy i stanęłam przed nim.
Zobaczyłam dziewczynę.
Miała brązowe oczy, podkreślone czarną kredką i ciemną kreską na powiece. Specjalnie rozprowadziła cienie na powiece tak, by wydawał się one większe. Przez szminkę jej usta były różowe. Twarz pokrywał podkład, maskujący ciemne cienie pod oczami. Włosy były zaczesane do tyłu, z charakterystyczną kitką na czubku głowy i pasmem grzywki zapiętym na prawy bok. Były ciemne u nasady, ale wraz z długością jaśniały. Idealne ombre.
Jakieś dwa, trzy miesiące temu również stałam przed lustrem. Było piątkowe popołudnie. Spędzałam je razem z Aną w kawiarnii, jak co tydzień. Tam właśnie po raz pierwszy Ashton spojrzał prosto na mnie, po raz pierwszy kiedy byłam w towarzystwie. Wtedy wmawiałam sobie, blada i przerażona, że to wytwór mojej wyobraźni. Bo chciałam, żeby coś się stało, by przerwała się moja monotonia.
Pod koniec czerwca też stałam przed lustrem. Miałam rozmazany makijaż, głównie przez łzy. Moje włosy sterczały dokoła głowy. Nie przypomniałam Ariany, którą byłam poprzedniego dnia - piękną uwodzicielką, nastawianą na zabawę. To było dzień po tym, jak ktoś próbował mnie zgwałcić.
Potem stałam w łazience, po prysznicu. Mokre włosy opadały mi na twarz. Nie było śladu makijażu, miałam sińce pod oczami i zmęczony, bezsilny wyraz twarzy. Wtedy pomyślałam, że wyglądam jak idiotka. Nie lubiłam siebie bez makijażu. To był nieodłączny element mnie, odkąd przeprowadziłam się do Londynu.
Kilka dni później stałam przed lustrem, patrząc na siebie ze wstrętem. Nie mogłam uciec trójce gówniarzy. Zostałam zamknięta w domu na odludziu, sama, odcięta od świata. Czułam do siebie żal, że nie zrobiłam nic, by ich powstrzymać. Mogłam. Ale nie zrobiłam. Umalowałam się i zaczęłam myszkować po domu. Godziny później dowiedziałam się po części, czemu to całe nieszczęście spotkało właśnie mnie.
Nieszczęście.
Pochyliłam głowę i spojrzałam sobie głęboko w oczy, pytając się w myślach : Czy to naprawdę było nieszczęście? Otrzymałam odpowiedź. Nie. To ma mnie czegoś nauczyć. Mama tak mawiała. Zostaliśmy tu przysłani, by się czegoś nowego nauczyć. Życie jest pełne przeszkód. Dlaczego więc teraz byłam jedną z nich? Czemu kręciłam głową, gdy ktoś w mojej głowie mówił "Dalej, potrafisz"? Czemu tak bardzo nie chciałam, mając prawdziwą okazję do poznania siebie, za każdym razem tchórzyłam?
Przymknęłam oczy. Wsłuchałam się w głos Mariah Carey, którą się wzorowałam.
I need somebody uplifting to take me away.Słyszałam bicie swojego serca, rozrywanego pomiędzy dwoma pragnieniami.
-Wszystko w porządku? - spytała babcia Brada, wyrywając mnie z zamyślenia. Pokręciłam przecząco głową, nie otwierając oczu - Coś się stało?
-Tak. Boję się - odszepnęłam, otwierając oczy i patrząc na swoje lustrzane odbicie, a słowa wypływały z moich ust bez kontroli - Boje się samej siebie. Swoich myśli, że wszystko zawaliłam. Że mogłam zrobić więcej, a siedziałam tylko bezczynnie, z założonymi rękami. Że nie potrafię być sobą i chowam się za osobą, którą wykreowałam i udaję ją każdego dnia, gorąco wierząc że to jest moja prawdziwa twarz. Że w przyszłości popełnię więcej błędów.
Starsza pani podeszła do mnie i mnie objęła. Poczułam zapach jej perfum. Bez obcasów byłyśmy takiego samego wzrostu. Objęła mnie kochającymi rękoma, otoczyła troskliwymi ramionami. Robiła to dawniej ze swoją córką, później pocieszała wnuki. Przytulała nimi swojego męża, poza którymi nie widziała nic innego. Po raz pierwszy od porwania, poczułam się bezpiecznie. To nie było złudzenie, którym się karmiłam w obecności Brada, Chloe czy Ashton'a. To było prawdziwe, gorące uczucie, zaczynające się w klatce piersiowej i rozchodzące się falami po calutkim ciele.
-Boje się, że przeze mnie będzie cierpieć więcej osób... - zakończyłam, szepcząc w jej bluzkę płaczliwym tonem.
Pogłaskała mnie po włosach i odpowiedziała kojącym głosem. Człowieka, który przeszedł przez wiele bólu. Poprzez stratę własnej córki, później męża, zakończywszy na patrzeniu jak jej własne wnuki się przed nią zamykają, mimo jej starań.
-Cierpienia nie da się uniknąć kochanie. To część człowieczeństwa. Myśl o tym, co dla ciebie najważniejsze. Myśląc o dob­ru naszych blis­kich, bar­dzo często za­pomi­namy o naszym własnym.
Westchnęłam ciężko, jakbym zrzucała ciężkie brzemię. Tutaj, w tej chwili, cel tego wszystkiego stał się jasny. Przedtem krył się w cieniu rzucanym przez moje przekonania. Mówiłam sobie : Chce uratować tatę. By ci, którzy nas skrzywdzili, poczuli ból, gdy im go zadam. Chce wrócić do normalności.
Teraz głos w mojej głowie zabrzmiał inaczej. Stanowczo. Pewnie. Nie mogłam się sprzeciwić. Pragnę odnaleźć prawdziwą siebie.
Kątem oka widziałam w lustrze nasze sylwetki. Wiedziałam już, jakie kroki muszę postawić. Jakie działania zacząć i co zakończyć. 
Odsunęłam się od kobiety, uśmiechając się szczerzę.
-Dziękuje.
Odwróciłam się i pognałam na piętro. Znalazłam pokój, w którym siedział chłopak, zapatrzony w ekran laptopa. Stanęłam z założonymi rekami i spytałam pewnym głosem:
-Co teraz robimy?
Oderwał swoje zielononiebieskie oczy od monitora i spytał:
-Jacy my?
-Chyba nie sądziłeś, że będę stać i patrzeć z założonymi rękami?
Jego wzrok znów wbił się w ekran monitora. 
-Taki był plan.
W moich żyłach zagotowała się krew. Podeszłam do łóżka, na którym siedział i zatrzasnęłam mu laptop przed nosem, po czym powiedziałam twardym głosem.
-Przestań mnie ignorować i zachowywać się, jakbym była od was gorsza.
Po raz pierwszy odkąd go "znałam", na jego twarzy pojawił się wyraz zdziwienia. Poczułam triumf, jakbym odniosła wielkie zwycięstwo. Bo po cześć tak było. Okazał uczucia. Tylko na chwilę. Później jego głos stał się szorstki i rozdrażniony.
-Więc czego oczekujesz? Że dam ci broń i pozabijasz każdego, kto stanowi problem? To tak nie działa Ariana.
Prawdopodobnie oczekiwał, że zacznę się kłócić a na koniec ucieknę z płaczem obiecując, że więcej nie będzie się wtrącać. I przez chwilę zamierzałam podnieść rękawicę, ale zrezygnowałam. Zdecydowałam się na inny krok.
-A Reece? Co z nim?
Zamrugał parę razy. Ukryłam zadowolenie, że znów udało mi się zaskoczyć.
-Nic mu nie jest - mruknął beznamiętnie, jakby uznał, że to niezbyt ważne - Zrobili to, żeby nas sprowokować. Nie ma potrzeby, żebyś się bała, że cię oddamy.
Poczułam się, jakbym była wygraną w zakładzie.
-Myślę, że i tak powinniśmy tam pojechać.
Spojrzał na mnie ostro.
-Nie będziemy o tym rozmawiać.
-Dlaczego nie?
-Bo to nie czas i miejsce - chciałam zaprotestować, ale on uciszył mnie gestem dłoni - Porozmawiamy. Nie dzisiaj, najpierw Steve musi wrócić. Ale obiecuje, że porozmawiamy.

~*~

Pogoda nadal nie zachęcała, aby wstać z łóżka. Tym bardziej, żeby spacerować po szarych uliczkach portowego miasta. Trzymałam się blisko Brada, który najwyraźniej nie śpieszył się nigdzie. Czułam się podekscytowana. Nareszcie mogłam w czymś uczestniczyć, poczuć się użyteczna.  
Chloe i Ashton przyjechali w nocy tydzień temu. Od tego czasu wciąż dyskutują o tym, co w końcu trzeba zrobić. Wszyscy byli świadomi, że zbliża się finał. Na samą myśl o tym, czułam lekkie podniecenie. I strach. Jeśli przegramy... Zawsze, gdy pojawiała się ta myśl, odrzucałam ja automatycznie. To nie jest wyjście. Nie powinnam się zastanawiać nad czymś, czymś co może nigdy się nie zdarzyć.
Dzień przed przyjazdem przyjaciół Brada, obydwoje spotkaliśmy się ze Stevem. Gdy po raz pierwszy go zobaczyłam, poczułam do niego sympatie. Miał jasne włosy i ten specyficzny rodzaj uśmiechu, za który lubi się człowieka jedynie za spojrzenie. Gdy przywitał się ze starym przyjacielem, podał mi rękę, przyglądając się uważnie, jakby mnie skądś znał. Gdy się przedstawiłam, spojrzał przerażony na brunet, po czym złapał go za ramie i odciągnął, by porozmawiać z nim osobności. Oczywiście, wszystko słyszałam.
-Zgłupiałeś? - zagaił przyjaciela - Porywasz dziewczynę, której szuka cały kraj i następnie spacerujesz sobie z nią jak gdyby nigdy nic? Co ci strzeliło do głowy, żeby ją tu przywieść?
-Ciszej idioto - mruknął, spoglądając na mnie kątem oka - Ona to słyszy.
-Pierdolnęło ci na mózg? - wydarł się Steve, po czym dodał ciszej - Myślałem, że przynajmniej zależy ci na babci. Jaki kit tym razem jej wcisnąłeś? Dziewczyna? Koleżanka z pracy? Okłamujesz ją non stop, a teraz przez ciebie ma współudział w zbrodni. Ukrywa porwaną osobę. Do ciebie to nie dociera?
Steve był wściekły. Słyszałam o nim same dobre rzeczy, a moje pierwsze spotkanie z nim nie było tak cudowne, jakbym sobie wyobrażała. Zaczęłam żałować, że poszłam na to spotkanie. Zaczęłam przesuwać wzrokiem po szyldach sklepów, zatrzymując się na fryzjerze.
Brad podszedł do mnie i spojrzał w oczy. Ostatnio robił to coraz częściej, co uważałam za dobry znak.
-Lepiej będzie, jak wrócisz do domu.
-Mam dość siedzenia w domu - mruknęłam skwaszonym tonem - Mogę dostać swoja kartę kredytową?
Brunet miał zawsze przy sobie moje dokumenty, gdyby coś się stało. Ukryte, ale miał. Teraz pokręcił głową.
-Policja nas znajdzie, jeśli wypłacisz pieniądze z konta.
-To mi pożycz - poprosiłam - Oddam ci kiedyś. Musze coś zrobić.
Wyciągnął podejrzliwie portfel i podał mi  plik banknotów. Uśmiechnęłam się i wzięłam je, po czym pognałam do fryzjera.
Wróciłam po godzinie, ze skróconymi włosami o kolorze czekolady. Byłam szczęśliwa, że to zrobiłam. Fryzjerka wykonała kawał dobrej roboty, doprowadzając moje włosy do dobrej kondycji. Zaleciła, bym przestała je prostować i kręcić, a skupiła się raczej na ich odnowie.
Kilka dni później debatowaliśmy, co mamy zrobić. Cała czwórką. Babcia Brada wyszła na zakupy, więc mieliśmy dużo czasu. Uparcie obstawiałam przy tym, żeby przyjąć wyzwanie i pojechać do Harlow. Reszta równie mocno się temu sprzeciwiała.
-Nie ma sensu - powiedziała sucho Chloe - To była prowokacja. Zresztą, oni się tego spodziewają.
-Właśnie, że nie - broniłam swojego zdania. Wzięłam głęboki oddech. - Słuchajcie, doceniam to, co już robiliście. Ale tutaj akurat to ja mam racje. Mój tata całe swoje życie zawodowe miał styczność z kryminalistami. Musiał poznać ich psychikę. A oni spodziewają się, że zrobimy to, co planujecie. Pojedźmy tam. To jest te lepsze wyjście. Mozemy też się przyczaić i czekać na kolejną szanse. Ale wtedy oni znajdą sposób, żeby zaatakować, tym razem skutecznie. Reece jest bezpieczny.
W końcu postawiłam na swoje. Wyjeżdżaliśmy dziś w nocy. Chloe i Ashton zgodzili sie na to, by prowadzić. A my, we dwójkę wybraliśmy się na spacer. Whitehaven było pięknym miastem. Żałowałam, ze nie było lepszej pogody. Podeszliśmy do murku i usiadłam na nim. Brad położył na nim soje ramiona i ze zmrużonymi oczami wpatrywał się w morze. Słyszałam fale uderzające o brzeg. To mnie tak uspokajało.
Przyglądałam się, jak wiatr plącze ciemne włosy Brada. Chciałam mu pomóc. Bolało mnie to, że tego nie potrafiłam. Pamiętałam każde słowo, które powiedziała mu jego babcia. Nie wiem tak naprawdę, co go spotkało. Ale ja też straciłam matkę, jak byłam mała. Traciłam ją po trochu, każdego dnia, gdy umierała, przegrywając z chorobą. Przynajmniej potrafiłabym mu po części pomóc. Chronił mnie. Byłam mu coś winna.
Przełknęłam ślinę i zaczęłam cicho:
-Twoja babcia opowiedziała mi o twojej mamie...
Mięśnie na jego twarzy się napięły. Poczułam chęć, żeby się wycofać.
-Przepraszam, nie chciałam...
-Nic nie szkodzi - odpowiedział - Po prostu...
Zamilkł. Postanowiłam mu pomóc.
-To ciągle boli, prawda?
Powoli kiwnął głową, ja cichutko westchnęłam.
-Mnie też... Szczególnie jak coś mi ją przypomina. Na przykład ten gramofon. Sama taki miałam. Mama puszczała mi  na nim bajki. Po jej śmierci, w któryś napadzie furii go zniszczyłam. Płakałam za nim przez tydzień. Nawet przeprowadzka nic nie dała. To po prostu jest we mnie - pokręciłam głową z niedowierzaniem - Są takie dni, kiedy nic nie robię. Tylko wspominam. Wiem, że ona by była zła, gdyby mnie zobaczyła w takim stanie. Ponad dziesięć lat, a ja nadal się z tym nie pogodziłam. Obwiniałam wszystkich, szczególnie jak byłam nastolatką. Gdy dorastałam, nie była przy mnie. Nie miała pogadać  kimś o chłopcach, o pierwszej miłości, pocałunku, o butach. Nie piekłyśmy ciasteczek na Boże Narodzenie. I mam wrażenie, że ta pustka nigdy nie zniknie. To zawsze będzie mnie prześladowało.
Zamilkłam, wpatrzona w fale. Biała piana wznosiła się, gdy tylko woda uderzała o brzeg. Zbierało się na burze.
-Pamiętasz... - odezwał się Brad po bardzo długiej przerwie - jak spytałaś, czemu to robię? Co mam z tym wspólnego? Czemu cię chronię?
Kiwnęłam głową. Byłam gotowa, by to usłyszeć.
-Robię to dla niej. Gdy tata dostał pracę w Londynie jako komendant policji, wszyscy się wyprowadziliśmy. Miałem jedenaście lat. Tata pracował nad jedną sprawą. Wracał późno do domu, mama się martwiła o niego i o nas. Po dwóch latach w końcu ich osaczyli... - mówił bezbarwnym tonem, pozbawionym emocji - Gdy tata dostał wezwanie, był wtedy w domu. Ubrał mundur i wyszedł. Schowałem się w aucie i pojechałem z nim. Gdy dojechaliśmy, trwała strzelanina. Byłem przerażony. Nigdzie go nie widziałem. Gdy się uspokoiło, myślałem, że już wszystkim. Wyszedłem. Wtedy wbiegła mama. Reece powiedział jej, gdzie jestem. Zaczęli strzelać. Zakryła mnie własnym ciałem. Jedna z kul trafiła ją w plecy.
Nabrałam głośno powietrza. Moja dłoń powędrowała do jego dłoni. Drżał. Uścisnęłam ją mocno.
-Zmarła na stole operacyjnym. Twój tata i wujek prowadzili jej sprawę. Mój tata załamał się po śmierci mamy. Długo nie wychodził z domu. Oddał odznakę, a nas wysłał do babci. Szukał ich na własną rękę. Zamordowali go. Tak samo jak ojca Chloe i Ashton'a. Sąd zdecydował, z babcia nie będzie w stanie się nami zająć. Wyjechaliśmy do Irlandii do ciotki, siostry taty. Gdy skończyłem osiemnaście lat, powiedziałem, że jadę na studia do Londynu. Od tego czasu ich szukam. Skontaktowałem się z Chloe i Ashton'em. Każdy z nas chciał zemsty. Jakieś dwa lata temu odnalazłem ciebie. O niczym nie wiedziałaś. Chloe podejrzewała, że będą chcieli cię skrzywdzić. Gdy tylko to powiedziała, powiedziałem sobie, że muszę cię chronić.
Ostatnie zdanie wypowiedział zdławionym tonem. Widziałam, jak szklą mu się oczy. Ściskał mocno moją dłoń. Zeskoczyłam z murka i objęłam go. W pierwszej chwili jego ciało było zesztywniałe. Później sam otoczył mnie ramionami, zanurzając twarz w moich włosach. Czułam jego nierówny oddech. Szybkie bicie jego serca.
W tej chwili też przyrzekłam sobie, że będę go chronić. Nie pozwolę go skrzywdzić. Ten mały chłopiec, którym kiedyś był, cierpiał zbyt długo. Dorastał z myślą, że pragnie zabić tych, którzy zniszczyli jego życie. On będzie chronił mnie, a ja jego. Zburze mur, który wokół siebie wybudował. Sprawie, że znów będzie się śmiał bez cienia strachu.
Staliśmy tak długo. Bardzo długo, a wiatr plątał nasze włosy.
Zapowiada się na burzę.


*
Jestem z siebie dumna. Ten rozdział jest po prostu... piękny. Lana Del Rey i jej trzy albumy - tyle mi zeszło. dy go wczoraj skończyłam, nie mogłam się doczekać, aż go przeczytacie. 
Klaudia, przepraszam za spojlerowanie. Nie mogłam się powstrzymać.
Według rozpiski już zbliżam się do finału. Ta burza już nadchodzi. I chyba nie jestem na nią w pełni przygotowana.
Fajnie by było, gdyby czytając ten rozdział, poruszyłam waszą czułą strunę. Jeszcze raz powtórzę, że jestem z siebie bardzo dumna. Ostatnio mam dużą wenę, non stop pisze w zeszycie, mam nowe i nowe pomysły, które zapisuje o pewnie nigdy nie zrealizuje.
Musze przemyśleć wiele rzeczy w moim życiu. Pisanie jest jednym z nich. Na razie nie zmieniłam decyzji - po winnym nie spodziewajcie się nowej historii. Musze pozbierać myśli. Nie mówię, że to rzucam. Na wattpadzie pewnie nieraz opublikuje jakiś one shot. Ale czy będzie coś większego?... Nie wiem. Nie pytajcie mnie. Kontynuacji The Sibuna Story nie będzie na pewno.
jestem taka szczęśliwa, ze wyświetlenia znów skoczyły do góry, yay! Nie może się to równać z tym, co na początku, ale jest nieźle. Bardzo wam za to dziękuje.
Przed wakacjami fanfiction będzie zakończone. Tak mam w planach i to raczej się sprawdzi.
Miłego weekendu babes x


love, justine 

3 komentarze:

  1. muszę się poważnie zastanowić czy przyjmę przeprosiny za te wczorajsze spojlery............ anyway, omg.. ja poważnie nie wiem co napisać... na cholerę ten idiota wpakował się wtedy do tego samochodu, ugh.
    A, no i moje domysły były trafne sdfghjk, z małym haczykiem ale shhh
    Sassy Steve... idę chyba zrobić jajecznicę... Jeśli w finałowym starciu też dostawisz Steva, to pamiętaj, nie dawaj mu żadnej innej broni prócz patelni teflonowej z biedronki, ok?
    No i tak ogólnie, też jestem z Ciebie dumna, słonko. To co tutaj piszesz jest niesamowite...

    ily, Klaudia xx

    PS
    nigdy więcej spojlerów, please, chyba że sama będę je wymuszać.............

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak... Ten rozdział był zdecydowanie piękny :)
    Wzruszyła się czytając go... Nie płakałam, ale i tak się wzruszyła (ogólnie ja na serio rzadko płacze, wiec spoko). I... tez jestem z ciebie dumna <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Rany, jesteś niesamowita! To było takie wciągające. Cała się trzęsłam czytając to. Masz talent. Nie spieprz tego ;-)

    OdpowiedzUsuń