15.03.2015

Rozdział 17


Patrzyłam, jak Ashton załadowuje torby do bagażnika samochodu, przecierając raz po raz oczy i ziewając. Była dziesiąta wieczorem.
Po dwutygodniowej ucieczce wracaliśmy do Londynu. Nareszcie.
Spokojne życie w Whitehaven, jakie tutaj toczyłam, otoczona książkami i muzyką, nie było dla mnie. Zbyt bardzo się niecierpliwiłam. Strach o tatę, o moich bliskich wyżerał mnie od środka, a ja nie potrafiłam sobie z nim poradzić. Siedząc z własnymi myślami, palącymi mój umysł i pytającymi, co właściwie mam zrobić, kim jestem i czy to wszystko ma sens, czułam, jak wola walki mnie opuszcza. Dlatego tak bardzo cieszyłam się, że znowu wracam do akcji.
W oddali potoczył się grzmot. Drgnęłam. Odwróciłam wzrok od okna w salonie i spojrzałam na babcie Brada, która ze smutkiem w oczach przypatrywała się mojej osobie. Uśmiechnęłam się pokrzepiająco, mając nadzieje, ze chociaż o pomoże. Nie chciałam jej opuszczać. Tak bardzo przypominała mi swoją babcie, w inny sposób, ale je łączyłam razem. Tak samo potrafiły mnie pocieszyć, doradzić i rozwiać moje wątpliwości.
Chloe właśnie wynosiła swój ukochany sprzęt, za nią szedł Brad. Dołączyłam się do tego pochodu, obejmując się rękami, jakby było mi zimno. I faktycznie gęsia skórka pojawiła się na moich nagich ramionach, gdy tylko zderzyłam się z chłodem nocy. I było duszno. W powietrzu dało się wyczuć burzę i można było tylko czekać, aż pierwsze zimne i ciężkie krople deszczu zaczną bębnić o szary chodnik. Ashton zatrzasnął bagażnik, gdy tylko Chloe wsadziła tam swój sprzęt i stanął z włożonymi dłońmi w kieszenie jeansów. Czuł się niezręcznie. Obserwując go, też zdałam sobie sprawę z tego, że czuję to samo.
Pożegnania.
Nienawidzę pozaganiań. Zwłaszcza, że zdawałam sobie sprawę, że nigdy już nie zobaczę tej sympatyczniej starszej pani, która potrafiła zgasić swojego wnuka jedynie kilkoma słowami, rzucała sarkastyczne pytania i miała niesamowicie dobry gust muzyczny.
-Przyjeżdżacie w nocy, wyjeżdżacie w nocy - mruknęła babcia Brada, pojawiając się u mojego boku - Jak kryminaliści.
-Babciu, błagam - jęknął Brad. Miał zażenowany i zmęczony głos - Tylko znów sobie czegoś  nie wmawiaj.
Starsza pani zrobiła urażoną minę, po czym mruknęła gburowato:
-Nigdy bym was o coś takiego nie podejrzewała. No, może ten tutaj jest wyjątkiem - wskazała na Ashton'a, a ja zagryzłam wargę, powstrzymując się od wybuchu śmiechu. Irwin pokazał język, po czym uściskał starszą panią i zniknął we wnętrzu ciemnego samochodu. Potem zrobiła to Chloe. I ja.
-Dziękuje pani za wszystko - powiedziałam, trzymając jej ręce we własnych dłoniach. Uśmiechnęła się dobrotliwie i poklepała mnie po wierzchu dłoni.
-Trzymaj się, Ariano. Odwagi, moje serduszko.
Uśmiechnęłam się, moje palce wyślizgnęły się z jej uścisku. Weszłam do auta, które miała prowadzić Chloe. Zapięłam pasy i zacisnęłam powieki.
Żegnaj, więcej się nie zobaczymy nigdy.
Muzyka grała cicho. Mortez odpaliła silnik, włączyła klimatyzacje i ruszyła. Czekała nas teraz podróż przez autostradę. Prosto w burzę.
Nie minęło dużo czasu, zanim zasnęłam. Powieki stały się ciężkie, w ustach zrobiło mi się sucho. Ciepłe powietrze ogrzewało moje stopy. Ręce zrobiły się ciepłe. Gdzieś w moim umyśle zapaliła mi się lampka, że zasypiam.
Nie trwało to długo. Wkrótce poczułam, jak toś szarpie mnie za ramię. Otworzyłam zaspane oczy i ujrzałam Chloe. Silnik był zgaszony.
-Dojechaliśmy - odparła cicho. Spojrzałam przez szybę. Noc powoli się kończyła, na horyzoncie dostrzegłam bladą smugę świtu. Staliśmy przed motelem, chłopcy właśnie wysiadali z auta. Ashton pomachał mi. Uniosłam dłoń i pomachałam ją w prawo, potem w lewo. Uśmiechnął się. Przełknęłam ślinę, czując w gardle nieprzyjemny guz.
-Czy to nie będzie niebezpieczne? - spytałam  zachrypniętym głosem. Ciepło snu powoli mnie opuszczało, ustępując miejsca bólowi od spania w niewygodnej pozycji.
-Kogo to teraz obchodzi? - odpowiedziała Chloe, wyłączając radio i w mgnieniu oka wysiadając z samochodu. Zrobiłam to samo.
Poczułam ulgę na widok pustego holu. Recepcjonista uwijał sie przy ladzie recepcyjnej, nie zauważając mnie i Chloe. Mój wzrost tym razem działał na moją korzyść. Ukryłam sie za Ashton'em, bo był najwyższy i podążyłam za nim do pokoju, depcząc mu po piętach.
Wzięli dwa dwupokojowe pokoi. Znów byłam przydzielona z blondynką. Na szczęście nie chrapała.
Obudziłam się koło południa. Chloe zadzwoniła do recepcji, żeby przynieśli mi śniadanie. Gdy usłyszałam pukanie, schowałam się łazience. Byłam zdziwiona tym odruchem. Czułam sie niebezpiecznie Na widoku. Nie było mi z tym dobrze.
Trzy tygodnie temu oddałabym wszystko, by znaleźć się w takiej sytuacji. Idealna pora do ucieczki. A teraz nie wyciągnęli by mnie stąd siłą.
Powiedzenie, że wzięłam szybki prysznic byłby doskonałym określeniem. Woda, mydło, woda. Nie trawiło to nawet pięciu minut. Owinęłam ręcznik wokół ciała, wślizgnęłam się do pokoju i wzięłam ubranie na zmianę oraz kosmetyczkę. Chloe nawet nie drgnęła, nadal pisała na swoim laptopie. Wróciłam do łazienki, przebrałam się, uczesałam i umalowałam.
Tacka ze śniadaniem leżała na stoliku nocnym. Zaburczało mi w brzuchu na widok jedzenia. Nie miałam pojęcia, ze jestem aż tak głodna. Położyłam ją sobie na kolanach i zaczęłam jeść owocową sałakę. Blondynka podniosła wzrok i się mi przyglądała. Niezręczna cisza.
-Wzięłam dla ciebie coś zdrowego - powiedziała - Wiem, że mięsa ani nic tłustego nie jadasz.
-Dzięki - odparłam, łamiąc na pół chrupkiego croissanta. Pobiłam go kawą. Potrzebowałam kofeiny jak nikt inny. Jej gorzko-słodkawy smak pobudził mój umysł. Ciasto francuskie rozpływało mi się w ustach. Mimo zdrowego i pełnowartościowego śniadania miałam ochotę na tłuste frytki, które popiłabym colą.
-Co teraz? - spytałam, biorą się za drugą połowę rogalika. Chloe westchnęła ciężko, jakby była po wielu dniach ciężkiej pracy.
-Czekamy.
Więc czekaliśmy. Chłopcy parę razy wpadli, by sprawdzić jak idzie Chloe. Próbowałam jakoś podglądnąć, co robi, ale gdy tylko zobaczyłam ciąg liczb, zmarszczyłam brwi i wróciłam do czytania książki. Koło dziewiętnastej, gdy już całkiem znienawidziłam pokoju motelowego, Chloe zamknęła laptopa i przeciągnęła się. Jej kości strzeliły. Potarła czerwone oczy i uśmiechnęła się do mnie z zadowoleniem.
-Przebierz się - rozkazała, a ja zamknęłam książkę, uprzednio zaznaczając miejsce gdzie skończyłam czytać zakładką.
-W co? - spytałam, siląc się na zabawkowy ton. W środku zżerał mnie niepokój i podniecenie.
-W coś ciemnego, żeby ci było wygodnie - odpowiedziała, sama sięgając do swojej walizki - I płaskie obuwie, żebyś mogła w razie czego szybko uciec.
Spojrzałam na nią z przerażeniem wymalowanym na twarzy. Wychwyciła to i uśmiechnęła się promiennie.
-Taki żarcik.
Nie było mi do śmiechu. I w głębi serca wiedziałam, że nie żartowała. Czy sama byłabym w stanie uciec i zostawić ich, byle ratować swoją skórę?
Nie.
Mimo to zrobiłam tak jak radziła.Ciemne spodnie, ciemna bluza, ciemne trampki. Tak jak w filmie szpiegowskim, ale nie było mi zbytnio do śmiechu, a te porównanie, gdy pojawiło się w mojej głowie, przeraziło mnie. Nie związałam włosów, zakrywając się nimi, by nikt mnie nie rozpoznał.
Odetchnęłam z ulgą, gdy znalazłam się w klimatyzowanym samochodzie, tym razem z Bradem. Jechaliśmy w kompletnej ciszy. Chłopak nawet nie afiszował się, nie próbował ukryć że się denerwuje. Bo robił coś wbrew sobie, tylko dlatego, że jak tak zadecydowałam. Do Harlow było godzinę drogi. Stanęliśmy na pustym parkingu. Silnik zgasł, tak samo światła. Jedynie latarnie świeciły jasno. Nigdzie nie widziałam samochodu, który prowadził Ashton. Nie spytałam, skąd wiedza, ze na pewno tutaj mieliśmy czekać. Nikt nic nie powiedział o miejscu spotkania. Ale mieli swoje tajemnice, a ja nie wnikałam. Liczył mnie efekt - chce zobaczyć się z tatą. Tęsknie za nim tak bardzo, że to boli.
Obydwoje oddychaliśmy głęboko. Po chwili Brad wyjął mała walizkę i podał mi pistolet. Patrzyłam na broń z osłupieniem. Poczułam suchość w ustach, gdy skierował ją rękojeścią w moją stronę.
-No dalej - szepnął - Potrafisz strzelać. Nie po to Ashton cię uczył, żebyś teraz była bezbronna.
Kiwnęłam głową i chwyciłam za zimną stal. Przyjemnie ciążyła mi w dłoni.
-Teraz mnie posłuchaj - powiedział powoli, a ja skupiłam sie na jego słowach - Jeśli ktokolwiek sie zjawi, masz nie wychodzić z auta. Wszystkim się zajmiemy. Broni masz użyć tylko, jak toś CIEBIE zaatakuje, co oznacza, że nie masz panikować, jak NAM stanie się krzywda. Jeśli coś by się stało, siadasz na miejscu kierowcy i jak najszybciej jedziesz na najbliższy komisariat, jasne?
Pokręciłam głową.
-Przecież was nie zostawię, nie mogłabym - odpowiedziałam stanowczo.
-Zabiłabyś, jeśli to byłoby konieczne? - spytał, zmieniacz temat.
Utkwiłam wzrok w broni, którą trzymałam w spoconej dłoni. Wszystkie lekcje z Ashton'em uciekły mi z głowy, pozostał jedynie huk wystrzału. I jego głos, gdy starał sie mnie uspokoić po moim pierwszym, niecelnym strzale.
Ariana, musisz się opanować. Nikogo teraz nie zabijasz.
Wtedy tak. To było celowanie do małej tarczy, a Ash był perfekcjonistą, musiałam trafić w sam środek. A teraz tym środkiem miało być serce. Bijące serce człowieka, które mogłam zatrzymać po naciśnięciu spustu. Człowieka prawdopodobnie bez kręgosłupa moralnego, ale jednak człowieka.
Ale musisz zrozumieć, że to koniecznie. Weź się w garść i  pozbieraj. Dla taty.
-Nie wiem Brad - odparłam szczerze po chwili milczenia - Naprawdę nie wiem.
-Musisz przyrzec, że uciekniesz, jeśli będzie taka potrzeba - powiedział stanowczo - Musisz zwiać, jak coś się spieprzy. Obiecujesz, że to zrobisz?
Walczyliśmy przez chwile, zanim westchnęłam i odparłam cicho.
-Obiecuje.
Uśmiechnął się i podał mi pendrive. Wzięłam go drżącymi pacami. Był jeszcze ciepły.
-Dasz go policji - odrzekł, a ja schowałam go do kieszeni - Chloe odwaliła kawał dobrej roboty. To ich zniszczy.
Jego twarz nie wyrażała emocji. Znów przybrał maskę, za którą krył się latami. W moje serce wbił się niewidzialny sztylet.
-Co zrobisz, kiedy to wszystko się skończy? - spytałam cicho, przymykając powieki.
-Wyjadę. Sam. - odrzekł krótko.
-Zostawisz to wszytko? Babcie, Chloe, Ashton'a, rodzinę? - spytałam nużącym głosem. Chciałam, żebyśmy mieli to za sobą.
Chłopak podniósł nieco głos.
-A mam jakieś inne wyjście? - prychnął - Ariana, to nie jest pieprzona książka, w której wszystko kończy się dobrze. Jesteśmy poszukiwani. Włamaliśmy się do archiwum, do akt, wykradliśmy hasła. Nie jesteśmy bez winy.
-Ale w dobrej wierze - odpowiedziałam - Podobno cel uświęca środki. Jeśli wam się uda, to myślę, że nie dostaniecie... wysokiej kary.
-Jasne, liczmy na litość - mruknął bardziej do siebie, niż do mnie - Tego nam potrzeba - żalu. Oni nie ścierpią, że winny zostanie na wolności. Choć złapać go im jest trudno...
-Tak w ogóle to kogo chcecie zniszczyć? - zapytałam. Noc Szczerych Wyznań, pomyślałam gorzko.
-Tych złych. My jesteśmy ci dobrzy. Ci źli kogoś zabijają, sprzedadzą dziecku narkotyki, ale o tym sie nie mówi. Policja to tuszuje. Tylko od czasu do czasu będzie jakaś wzmianka, że znaleziono nastolatka, który przedawkował. No cóż, zdarza się.
-Ci dobrzy... - powtórzyłam - Czyli to jakiś gang, tak? I ci źli nie przejmują się tymi dobrymi?
-Jesteśmy dla nich dzieciakami, którzy bawią się w detektywów - odparł gorzko - Tak jak pryszcz. A pryszcza mozna się pozbyć i to tak, by nie zostawił blizny.
-Jesteśmy jak wrzut na tyłku - usłyszałam, jak Ashton mówił przez radio w samochodzie. Jego głos brzmiał w akompaniamencie trzasków i szumów - Czy od wrzodu na tyłku można dostać jakiegoś zapalenia albo infekcji?
Uśmiechnęłam się. To rozładowało atmosferę. Dało się słyszeć odgłosy przepychanki, po czym rozbrzmiał głos Chloe.
-Niedługo dziesiąta, będziemy zaczynać.
Brunet kiwnął głową, ale przecież Mortez nie mogła tego zobaczyć.
-Brad?
-Mhmm?
-Boje się.
Wyszeptała to. Jej głos drżał. Miałam wielką ochotę wybiec z auta, znaleźć ją i przytulić.
-Wszystko będzie dobrze - powiedział ciepłym głosem do mikrofonu, czy jak to tam się nazywa - Obiecuje. A ja obietnic dotrzymuje.
Wzięła głęboki oddech i powiedziała:
-Wiem.
Rozłączyła się. Szum znikł. Pozostała tylko wszechobecna cisza.
Wkrótce na parking wjechał samochód. Jego jasne reflektory prawie mnie oślepiły. Zakryłam dłonią oczy, moje serce przyśpieszyło. To się działo. D z i a ł o  s i ę. Brad zdecydowanym ruchem wyszedł z samochodu. Widziałam jego ciemną sylwetkę, gdy podchodził do mężczyzny, który wysiadł z samochodu. Wyglądał na  dwadzieścia pięć lat. Ścisnęło mnie w żołądku. Tak młodzi ludzie wpakowywali się w to gówno i to na własne życzenie?
Chwilę rozmawiali. Czekałam, zaciskając pięści. Nagle pojawiło się dwóch gości, którzy zrzucili dwie osoby na ziemię. Serce podeszło mi do gardła, gdy rozpoznałam Chloe i Ashton'a.
Chyba właśnie coś zaczynało się pieprzyć.
Miałam uciekać. Zamiast tego chwyciłam komórkę Brada, którą zostawił w samochodzie i wybrałam numer policji.
-Halo? - powiedziałam.
-Posterunek policji w Harlow, słucham.
Moje serce przyśpieszyło. Byłam pewna, że zaraz rozwali mi żebra.
-Na parkingu, niedaleko szkoły jest jakaś bijatyka - powiedziałam roztrzęsionym głosem - Boże, nie wiem co się dzieje, jakiś goście grożą sobie bronią!
-Proszę sie uspokoić - powiedziała funkcjonariuszka chłodnym tonem - Niech pani poda swoje dane i dokładny adres, zaraz tam kogoś wyślemy.
-Cholera, skąd mam wiedzieć gdzie to jest, jestem tu przejazdem - zapiszczałam do słuchawki - Jestem Helen Brow, ten parking niedaleko szkoły, pośpieszcie się.
Rozłączyłam się, po czym wypadłam z samochodu. Stanęłam na drżących nogach, czując jak zimne powietrze chłoszcze mi twarz a pistolet ciąży w dłoni. Postawiłam jeden krok, potem drugi aż weszłam w krąg światła rzucany przez reflektory. Mężczyzna, który stał z wycelowanym pistoletem w Brada, zauważył mnie. Wytrzymałam jego ciężkie spojrzenie. Kątem oka wychwyciłam, że nos Chloe krwawił, a Ashton miał spuchniętą wargę. Poza tym nic poważnego im się chyba nie stało.
-No proszę, a mówiłeś że panienka Grande jest gdzie indziej - powiedział mężczyzna. Przełknęłam ślinę. Jeden z jego towarzyszy zaczął iść w moja stronę, lecz ja podniosłam szybko broń. Tak jak mnie uczył Ashton. Równowaga.
Cisza stała się aż męcząca. Usłyszałam cichy śmiech. Tak, to musiało być zabawne, widząc małą dziewczynę celująca z broni do dorosłego faceta.
-No dalej, zastrzel go - zamruczał gość. Słyszałam, jak Brad ciężko oddycha - Jak myślisz, co by powiedział tatuś, gdyby jego córeczka została morderczynią?
-Skąd mam wiedzieć? - powiedziałam cicho - Odebraliście mi go.
Znów cisza. Tak głęboka, że słyszałam własne bicie serca. Jak długo jeszcze mam czekać, aż przyjedzie policja?
-Proponuje ci układ - odezwał się znowu, szczerząc zęby - Twoi przyjaciele za tatusia.
Ręce mi się pociły tak bardzo, że bałam się, że broń zaraz mi sie wyślizgnie z rąk i uderzy w asfalt. W głowie mi huczało. Miałam odzyskać tatę, ale musiałam dobrowolnie pozwolić ich zabrać? Jakaś cześć mojego serca wrzeszczała, żebym powiedziała "Zgadzam się". Druga część mnie, kierująca się rozumem podejrzewała, że to tylko kłamstwo.
Wtedy zabrzmiały policyjne syreny. Nie zawahałam się. Nie myślałam o skutkach, nie myślałam o niczym. Po prostu wstrzymałam oddech i strzeliłam. Nie w serce, tylko w nogę. Chloe kopnęła gościa, który nad nią stał, a ja do niego strzeliłam. Krzyk. Nie wiem, jak Bradowi udało się wtrącić broń temu, który w niego celował. Być może wykorzystał element zaskoczenia, który był moją sprawką. W każdym razie on też dostał kulkę. Ashton i Chloe już pędzili do swojego samochodu. A ja gapiłam się na ludzi, którzy leżeli w krwi. Wiedziałam, że rany, które im zadałam nie były śmiertelne. Zaraz zjawi sie policja, odpowiedni lekarze i im pomogą. Ale świadomość, że sprawiłam im ból, że zraniłam drugiego człowieka... Jak inni mogą mordować ludzi, i to z zimną krwią? Miałam ochotę do nich podbiec, rzucając uprzednie pistoletem i im pomóc. Zamiast tego nadal go ściskałam, a moje rozmyślania trwały zaledwie sekundę. Brad złapał nie za nadgarstek i pociągnął za sobą do samochodu. Z piskiem opon zaczęliśmy uciekać.
Byłam przerażona. Z letargu wybudził mnie ostry dźwięk głosu Brada:
-Cholera, Ariana, miałaś uciec! Po cholerę to zrobiłaś! Przecież obiecałaś.
Poczułam sie okropnie zmęczona, mimo że długo odpoczywałam w motelu.
-Niektóre obiet­ni­ce przek­raczają nasze możliwości - odpowiedziałam.
Telefon zaczął wibrować. Dzwonił nieznany numer. Brad ostro zahamował, po czym odebrał komórkę. Trwało to chwilę. Po czym on sam zadzwonił i dziwnym, nienaturalnym głosem powiedział:
-Ashton? Zadzwonił do mnie. Jedziemy do Londynu. Załatwimy to raz na zawsze.
Przypomniał mi się komputerowo zmieniony głos. Dreszcz przebiegł po moich plecach.
-Kiedy? - spytałam roztrzęsionym głosem. Ash musiał zadać pewnie to samo pytanie, bo brunet odpowiedział:
-Jeszcze dzisiaj.


~*~
Jedno wielkie gówno, nie podoba mi się, amen. Jeszcze dwa rozdziały, prolog i po wszystkim.

2 komentarze:

  1. Amen.
    Po całym rozdziale i twojej dopisce nakońcu to jedyna rzecz jaka przyszła mi do głowy, żeby skomentować ten rozdział.
    Wiem że cię nie przekonam żebyś trwała w tej historii dłużej, bo to i tak nie ma sensu, gdyż widzę że to już zmierza ku końcowi ;/
    Zostanę tutaj z tobą do końca mychoo ;**
    Weny ^^
    Buziaczki, lovki <3 itp.

    OdpowiedzUsuń
  2. Cholera, Justyna. To było świetne, chyba nie masz nawet pojęcia jakie napięcie wytworzyłaś. Btw zapomniałam ostatnio wspomnieć - śliczny szablon x
    No i... Amen. Tak, to jest chyba dobre określenie na koniec.
    Trzymaj się skarbie xx
    ~Klaudia

    OdpowiedzUsuń