21.03.2015

Rozdział 18


Zakładam się, że nie raz lub dwa czułeś się tak jak ja w tej chwili. Więc możesz łatwo sobie to wyobrazić. Te uczucie, kiedy coś długo oczekiwanego w końcu przychodzi, a ty cieszysz się jak dziecko z nowej zabawki, a gdy obserwujesz rozwój wypadków, będąc jednocześnie ich częścią, wcale nie jest tak różowo jak sobie to wyobrażałeś. Żałujesz decyzji, którą podjąłeś, bo wiedziałeś, że to ty tak zażarcie o to walczyłeś. Masz żal do siebie, że nie ustąpiłeś. Do siebie i do wszystkich wokół, że cię nie powstrzymali. Zostało ci tylko dyskretnie się z tego wycofać i płakać, płakać, płakać... Aż wylejesz z siebie wszystkie złe emocje, które zaprzątają twoje myśli i nadchodzi błogi spokój. Obojętność do wszystkiego, co znajduje się w promieniu tysiąca kilometrów. Nie obchodzi cię, gdzie jesteś - masz ochotę się położyć, spać i spać, zapominając o wszystkim innym.
Tak czułam się ja, wbijając paznokcie w siedzenie samochodu i rozluźniając uścisk, po czym znów i znów powtarzając tą czynność.
Błędne koło.
Próbowałam się uspokoić. Powtarzałam w myślach, że wszystko będzie dobrze, że podjęłam słuszne decyzje i żadnej nie żałuje. Pozytywne afirmacje nie pomogły. Rozluźniałam więc mięśnie, po czym znów je spinałam. Medytowałam w ciszy. Głęboko oddychałam.
Nic z tego.
Myśl, że to wszystko moja i TYLKO moja wina mnie nie opuszczała. Że stawiając na swoim, wykonałam wyrok na własnych... przyjaciołach. 
Proponuje ci układ. Twoi przyjaciele za tatusia.
Co chwilę te słowa wracały. Jak bumerang. Wbijałam paznokcie w nadgarstek, by bólem się ich pozbyć. Wszystko na nic.
To było oczywiste, że byli tam tylko dlatego, bo liczyli na szybkie załatwienie sprawy. 
Teraz wiedzieli, że jestem z nimi. Teraz mogą skrzywdzić mojego tatę, bym miała karę. I nie zrobią tego subtelnie, w ciszy. Mnie spotka to samo. Już im na mnie tak nie zależy. Znudziła im się ta gra. Teraz należy szybko zwinąć planszę i ukryć ją, by nikt nie zorientował się, że w ogóle się nią bawiło.
Przed oczyma stanęły mi kartki. Napisy wyklejone literami z gazet. To było dawno, dawno temu... Pewnie teraz to był dowód w nieudolnym śledztwie. Pewnie zakładali, że ta historia skończy się jak każda inna...
Będziesz patrzył, jak twoja córka błaga o śmierć.
Wszystkie wspomnienia do mnie wracały, kilkadziesiąt razy silniejsze. Wcale nie wyblakły.
Westchnęłam ciężko. Brad chyba nawet tego nie usłyszał.
Na początku debatowali przez radio, obmawiając co należy zrobić, gdzie się udać. Potem Brad dostał sms z adresem. Przeczytał go na głos. Odnotowałam go w pamięci, choć nie wiem, do czego teraz by mi się przydał. Potem wszystko ucichło i został tylko dźwięk silnika.
Czułam się jak na kolejce. Samochód jechał albo bardzo szybko, albo wlókł się niemiłosiernie lub jechał zgodnie z przepisami. Teraz akurat Brad przeżywał tą ostatnią fazę, więc sunęliśmy jednostajnie przez autostradę. Było cicho i ciemno jak w grobie.
Było mi zimno. Ale mi zawsze jest zimno. Pocierałam od czasu do czasu dłońmi, chuchając w nie. Chłopak nie zauważył nawet tego.
Gdy dotarliśmy, było około północy. Brad zaparkował na jakimś pustym parkingu. Ja wychwyciłam szczegóły, które były widoczne pod światłem lamp ulicznych. Kompletnie nie kojarzyłam, w jakiej części miasta się znajdujemy. Zrezygnowałam przymknęłam oczy, opierając głowę o fotel.
Po kilku minutach na parking wjechał drugi samochód. Pod powiekami ujrzałam czerwone światło, więc otworzyłam oczy. Chloe i Ashton wyskoczyli z samochodu. Jasna karnacja Mortez i jej blond włosy sprawiały wrażenie, jakby była duchem. Odpięłam pas i wyszłam z samochodu.
Nieraz zdarzało mi się wracać po północy do domu. Razem z Aną od czasu do czasu pozwalałyśmy sobie na odrobinę imprezowego szaleństwa. Dzisiaj jednak było wyjątkowo zimno, jak na letnią noc. Przypomniałam sobie złośliwe żarty o Londynie ludzi z zagranicy. Miasto wiecznie zimne, spowite mgłą i mżawką. I w takiej scenerii były zazwyczaj robione zdjecia. Niezwykle entuzjastyczne.
Chloe wepchnęła dłonie w kieszenie czarnej bluzy.
-No to się doczekaliśmy - mruknęłam do swoich butów - Miejmy to za sobą.
Mówiła tak jak o sprawdzianie z matematyki. Nic nie umiem, ale wolę to napisać i dostać pałę, niż zwiać i mieć kłopoty. 
-Nie musicie iść ze mną - zauważył delikatnie Brad - Nie zmuszam was.
Obydwoje moich przyjaciół spojrzało na niego, wymieniając krzywe uśmiechy.
-Mamy cię zostawić? - spytała blondynka.
-I opuścić taką zabawę? - dodał gorzko Ashton, po czym ruszył do auta, w którym przyjechaliśmy. Nie obserwowałam go. Skupiłam się na pendrive, który znalazłam w mojej kieszeni. Kompletnie o nim zapomniałam.
-A co z tym? - spytałam, podnosząc urządzenie, które błysnęło w świetle ulicznej latarni.
-Trzymaj go, na wszelki wypadek - powiedziała Chloe z dziwnym błyskiem w oczach. Nie spodobało mi się to. Kiwnęłam jednak głową i schowałam go z powrotem do kieszeni, tam skąd go wyjęłam.
Podciągnęłam nosem. Od długiej jazdy w ogrzewanym samochodzie, a potem wyjścia na mroźne powietrze, woda lała mi się z nosa. Otarłam ją rękawem i powiedziałam:
-To nie jest żadne cholerne pożegnanie, prawda?
Blondynka i Brad wymienili spojrzenia, po czym wykrzywili usta na kształt uśmiechu. Zamarłam z półotwartymi ustami. Drzwi samochodu zamknęły się z hukiem.
-Czyli, że jest? - pisnęłam po chwili. W głowie mi się nie mieściło, że to niby ma się tak skończyć. Moja przygoda miała się zakończyć na obskurnym parkingu w środku nocy? Pokręciłam głową.
Czyjeś ręce chwyciły mnie od tyłu, przyciskając jakiś materiał do twarzy, zakrywając usta i nos. Chwyciłam kurczowo nadgarstek napastnika i szarpnęłam, mając nadzieje, że to wystarczy i się uwolnię. Wiedziałam, co to jest. Wstrzymałam oddech, jednak na długo nie starczyło mi powietrza. Pierwszy wdech przyniósł rozluźnienie mięśni. Mój umysł pokrył się białą mgłą. Próbowałam jeszcze raz szarpnąć za rękę, lecz moje dłonie już mnie nie słuchały. Poczułam, jak ktoś nachyla się nad moim uchem.
-Przepraszam... - szepnął Ashton. Doskonale wiedziałam, że nie przeprasza mnie za to, że zaraz stracę przytomność. Przeprasza mnie za wszystko, co wydarzyło się w ostatnich miesiącach. Że nie pożegnaliśmy się tak jak należy.  Za to, że mnie pocałował.
Chciałam odszepnąć, że go nie obwiniam. Ale zamiast tego osunęłam się w nicość.

~*~

Gdy moje powieki zatrzepotały, w ogóle nie poczułam, że otworzyłam oczy. Ciemność, jaka panowała wokół nie była tak samo nieprzenikniona, jak ta, która mnie otaczała gdy zamykałam powieki. Odetchnęłam głęboko, gdy moją głowę zalały myśli, wspomnienia i obrazy. Zerwałam się na równe nogi i usłyszałam trzask. A potem ból. Jęknęłam i potarłam nogę. W coś się uderzyłam. Wyciągnęłam rękę i zaczęłam nią błądzić w ciemności. Natrafiłam na śliską powierzchnie i ze zdziwieniem zauważyłam, że to zwykły stolik. Zdałam sobie sprawę, że siedzę na miękkiej kanapie. Podniosłam się z trudem, nie zważając na ból w nodze. On minie. Teraz miałam ważniejsze rzeczy do załatwienia. Poruszałam się po pomieszczeniu jak ślepiec, w końcu dochodząc do ściany, zaczęłam sunąć wzdłuż niej, szukając drzwi. Gdy w końcu je znalazłam, wymacałam obok kontakt. Wcisnęłam go dwoma palcami. Skrzywiłam się, gdy ostre światło zalało pomieszczenie. Zamrugałam parę razy, żeby przyzwyczaić się do jasności.
Byłam w obcym domu. Stolik, w który się chwilę temu uderzyłam był niski i ciemny. Kanapa była jasna, natomiast fotele były koloru śliwkowego. Długie, kremowe zasłony i białe firanki spadały kaskadą z kloszy. Ciemne panele przykrywał dywan w części, gdzie stały sofy i stolik. Na przeciwko stał wielki, plazmowy telewizor, obok którego na szafkach stały zdjęcia. Ostrożnie podeszłam do nich i przyglądnęłam się nim. Nie kojarzyłam tych ludzi nawet z widzenia.
To tak bardzo w ich stylu. Podrzucić mnie do obcego domu jakiś bogaczy. Pewnie gospodarzy nie było. Wyszłam z wielkiego salonu do przedpokoju. Schody biegły w górę, jednak jak podeszłam do drzwi wyjściowych. Szarpnęłam za klamkę, jednak te nie ustąpiły. Kto by się spodziewał. Przetrząsnęłam cały przedpokój w poszukiwaniu kluczy. Niczego nie znalazłam.
Nie skierowałam się na górę, tylko poszłam wzdłuż korytarza. W pierwszych drzwiach była nowoczesna łazienka, urządzona w tych samych kolorach co salon. W następnych była kuchnia. Podeszłam do zegara i spojrzałam na godzinę. 02:16. Wypuściłam powoli powietrze z płuc i opadłam na krzesło. Co ja mam teraz zrobić? Schowałam twarz w dłoniach, opierając łokcie o wypolerowany blat stołu. Mam czekać, aż ktoś wróci do domu i krzykiem mnie powita? A potem zadzwoni na policję, bardziej uradowany niż przerażony, bo w jego domu znajduje się dziewczyna, której szuka cały kraj? Nie. Musze ich znaleźć. Gdybym tylko wiedziała, gdzie jestem...
Przeszukałam kuchnię, aż znalazłam szklankę. Napełniłam ją wodą z kranu i wypiłam ciurkiem. I następną. Otarłam usta rękawem i odłożyłam szklankę do zlewu. Po czym stwierdziłam, że to zbyt niegrzeczne i umyłam ją, wytarłam i odłożyłam na miejsce.
W drewnianym stojaku były noże. Wybrałam ten największy i trzymając mocno za rękojeść ruszyłam na górę. Były tam same sypialnie i łazienka. W ostatnim pokoju stał laptop. Podeszłam do niego powoli o otworzyłam. Odetchnęłam z ulgą, gdy okazało się że nie jest na hasło. Usiadłam na krześle i włączyłam przeglądarkę.
Nie macie pojęcia, jakie to było dla mnie dziwne. Byłam odcięta od świata na całe dwa miesiące z haczykiem, a moje palce przez ten czas zdążyły zapomnieć, jak szybko pisze się na klawiaturze. Gapiłam się wiec na motyw, zanim wymyśliłam, co mogłabym zrobić. Włączyłam Google Maps i znalazłam swoją lokalizację. Po czym wpisałam adres miejsca, który dostał Brad w smsie. Nie był oto daleko. Jakieś pięc minut szybkiego marszu, czyli w moim wypadku biegu.
Napadła mnie dziwna chęć, by sprawdzić powiadomienia na Twitterze. Sprawdzić, czy moje imię bądź nazwisko znalazło się kiedykolwiek w trendach, jakie ludzie snują teorię na temat mojego zniknięcia. Widzieć wpisy od przyjaciół, gdzie pytają się, gdzie jestem. Kiedyś internet był dla mnie towarzyszem, gdy Ana była zajęta, lub ja zbyt leniwa lub przybita, by się z nią zobaczyć. Wtedy wchodziłam na Twitera, poznawałam nowych ludzi, słuchałam coverów na YouTube, przeglądałam posty na Tumbrze... Zamknęłam szybko laptop. Gdybym to zrobiła, policja na pewno szybko by zareagowała i mnie znalazła. Teraz muszę iść.
Kosztowało mnie trochę wysiłku, by wstać z krzesła. Blask monitora pobudził moje dawne uzależnienie, obudził głód, by znowu znaleźć się w wirtualnym świecie. Lecz ja wiedziałam, że to tutaj, w tej chwili toczy się moje życie. Nie tam, gdzie było tylko zbiorem pikseli, zapamiętanym hasłem do konta.
Ale z drugiej strony, co ja miałam tam zrobić? Będę tylko przeszkadzać. Byłam bezpieczna, tu nic mi nie groziło. Mogłam poczekać do rana, na właścicieli mieszkania i oddać się w ręce policji oraz zapewne psychologów. Wymacałam w kieszeni mały pendrive. Mogłam go podłączyć do laptopa i sprawdzać jego zawartość. To, co genialny umysł Chloe zdołał znaleźć.
Nie potrafiłam się na to zdobyć. Nie mogłam. Byli moimi przyjaciółmi przez ostatnie tygodnie. Zrobiło i się wstyd, że  mogłam w ogóle tak pomyśleć.
Miałam nóż. Mogłam się bronić. Sprawdzić, jak im idzie i w razie niebezpieczeństwa sprowadzić pomoc. To wszystko, co mogłam zrobić. Zabrali mi pistolet, więc kawałek ostrej stali musiał na razie mi wystarczyć.
Zbiegłam po schodach. Teraz pozostała tylko kwestia, jak się stąd wydostać. Wyważyć drzwi czy jeszcze raz spróbować poszukać kluczy? Nie wiedziałam, ile mam czasu, zanim...
Usłyszałam strzały. Moje serce zaczęło bić szybciej.
Właściwie, to ja już nie miałam czasu. Mój mózg gorączkowo zaczął szukać wyjścia. Moje nogi skierowały się z powrotem do salonu. Odsunęłam firanki i otworzyłam okno. Chłodne, nocne powietrze uderzyło w moją twarz, zmierzwiło włosy i sprawiło, że ręce pokryły się gęsią skórką. Usiadłam na ramię i skoczyłam, uginając kolana. Wstałam i nie wierząc we własne szczęście, że zgodnie ze swoim zwyczajem , niczego nie skręciłam, odnalazłam ulicę i pościłam się biegiem.
Dopiero po kilku chwilach dotarło do mnie, że biegnę w złą stronę. Zawróciłam, klnąc na swoją niezdarność i oddychając głęboko i równomierne. Nie chciałam się zbytnio zmęczyć, tym bardziej że do wf-u się zbytnio nie przykładałam. Wypluwałam niezwiązane włosy z ust, słysząc, jak odgłosy strzałów się przybliżają. I nagle wszystko ucichło. Brzmiały tylko ujadania psów. Zwolniłam i przełknęłam ślinę.
Widziałam samotną sylwetkę w świetle latarni. Jej ramiona unosiły się i upadały. Postawiłam jeden krok w jego stronę. Starałam się nie rozglądać na boki, choć kątem oka uchwyciłam nieruchome ciało. Słyszałam, jak serce tłucze mi się o żebra. Strzelanina mogła znów się rozpocząć. Wzmocniłam uścisk na rękojeści noża. Drugi krok.  Odgłos odbezpieczania broni.
-Brad, nie! - z mojej piesi wydobył się krzyk, a nogi same znów zaczęły biec. Zatrzymałam się dopiero trzy kroki za jego plecami. U jego stóp leżał nieruchomy kształt. Moje nogi zauważyły, że dostał już kulkę w nogę. Brunet stał, posyłając mu wściekłe spojrzenie, trzymając broń nad jego ciałem. Gdy tylko się do niego zbliżyłam, odwrócił głowę w moją stronę. Zamarłam na widok błysku w jego oczach.
-Nie rób tego - powiedziałam cicho - Nie warto zostawać mordercą z ich powodu.
-Zamknij się - warknął przez zaciśnięte zęby, znów zwracają wzrok na nieruchomego człowieka.
-Posłuchaj mnie - zaczęłam błagalnym tonem - Wiem, że to boli. Wiem, że się za to wszystko obwiniasz. Ale naprawdę nie warto. Musisz sobie wybaczyć, inaczej to nigdy nie minie. Zemsta nic nie da. A twoi rodzice nie chcieliby żebyś został zabójcą w imię czegoś takiego - powiedziałam, podchodząc bliżej i położyłam mu dłoń na ramieniu - Nie rób tego. Proszę.
Oddychałam równomiernie. W ustach zrobiło mi się sucho. Trwało to chyba godziny, zanim stracił moją dłoń z ramienia i ruszył w stronę samochodu. Stałam, jakbym przyrosła do ziemi, patrząc na jego plecy załzawionym oczami.
-Brad? - szepnęłam, choć wiedziałam że nie może mnie usłyszeć. Jakaś ciepła ręka chwyciła mnie za  rękę, gdzie trzymałam nóż.
-Ariana, choć szybko - ponaglił mnie delikatnie Ashton. Moje uszy zarejestrowały dźwięk policyjnej syreny - Ariana, na Boga rusz się do cholery.
Ustąpiłam i razem pobiegliśmy do samochodu. Za kierownicą siedziała Chloe. Ashton wepchnął mnie na tyle siedzenie, siadając obok mnie, a blondynka nacisnęła pedał gazu. Ruszyliśmy z piskiem opon.
Siedziałam zaszokowana. Nie mogłam uwierzyć w to, co oni zrobili. Ja być może uratowałam jedno ludzkie życie, ale zanim się zjawiłam, ile oni ich odebrali?
Schowałam twarz w dłoniach i zaszlochałam. Ashton otoczył mnie ramieniem, lecz go odtrąciłam. Nie chciałam, żeby ktokolwiek mnie dotykał. Niech wszyscy dadzą mi w końcu spokój. Moje myśli mieszały się ze sobą tak intensywnie, że jedynie płacz dawaj jaką taką ulgę. Listy, wybita szyba w moim domu, zakończenie roku szkolnego, morze, jasne włosy Any, uśmiech pełen dumy mojego taty, strzały, ból głowy spowodowany uderzeniem poprzedniego dnia...
Wyczerpana zasnęłam po dwóch godzinach. Wyczerpana płaczem, myślami, sobą i troską o ciemnowłosego chłopaka z zielononiebieskimi oczyma.
Obudziłam się o świcie. Ashton drzemał obok mnie na siedzeniu, a Chloe nadal sztywno wyprostowana prowadziła samochód. Ujrzałam skrawek morza. Wracaliśmy do domu w którym ukrywaliśmy sie przed wyjazdem o Whitehaven. Czułam się pusta w środku. Nic nie warta. A właściwie, to nie obchodziło mnie już zupełnie nic.
Chloe zatrzymała się przy domu. Patrzyła się na niego przez chwilę, po czym z westchnieniem wyszła z auta. Na dźwięk trzaśnięcia drzwi Ashton się ocknął. Przeciągnął się i rozejrzał nieprzytomnie. Wypadł z samochodu i skierował się w stronę Chloe, która stała z zwieszoną głową. Ja zostałam w samochodzie.
-Czemu akurat tutaj? - zapytał blondyn.
-Masz lepszy pomysł? - odpowiedziała pytaniem. Byłą zbyt zmęczona, by silić się na zjadliwy ton. Odwróciła się do auta i gestem pokazała, żebym wyszła. Zrobiłam to. Blondynka otworzyła drzwi. Nie skierowała się jednak na kanapę, by odpocząć, tylko pewnym krokiem weszła do kuchni. Podążyliśmy za nią bez słowa. Zachowywała się tak, jakby w ogóle nie spałą cała noc i nie prowadziła samochodu przez prawie cztery godziny. Ja robiłam niewiele, a jednak padałam na twarz.
Chloe usiadła przy stole i zaszlochała. Ashton usiał przy niej i objął ją. To jakoś mnie rozczuliło. Bez Brada zdawali się tacy... bezbronni. Podeszłam do ekspresu i zrobiłam nam aromatycznej kawy. Po wypiciu łyka blondynka nieco się uspokoiła. Oczy miała czerwone.
-Musimy go znaleźć - oznajmiła drżącym głosem.
-Zwariowałaś? - odpowiedział Ashton - Dość wrażeń na dziś. Musisz się przespać. Pojadę sam.
-Nie - zaprzeczyła - Nie zasnę, dopóki nie będę wiedzieć, że nic mu nie jest.
-To duży chłopiec, poradzi sobie. Ty musisz odpocząć.
Chloe głęboko westchnęła, jakby miała się znów rozpłakać. Nie odzywałam się. Patrzyłam na parę która unosiła się znad mojej kawy. Ściskałam kubek, ogrzewając dłonie.
-Przynajmniej się udało - odpowiedziała blondynka, siląc się na uśmiech - Teraz policja przejmuje pałeczkę.
-Co? - uniosłam głowę. Nie odpowiedzieli.W ciszy dopijaliśmy kawę. Potem Chloe wzięła prysznic, przebrała się w coś czystego, posprzeczała się z Irwin'em i ruszyła do auta. Ashton głęboko westchnął i spojrzał na mnie stojącą w drzwiach. Chłopak stał na ganku. Wiatr mierzwił mu jasne włosy. Uśmiechnął się smutno i podszedł do mnie. Uścisnął mnie mocno.
-Przepraszam cię - powiedział cicho.
-Za co? Nie masz za co przepraszać. To ja powinnam wam wszystkim podziękować.
-Wiesz, ten pocałunek... To nie było tak, że mi się nudziło, to było...
Zawiesił się. Postanowiłam mu pomóc.
-Szczere? - podpowiedziałam mu. Kiwnął głową.
-Ale to by nam się nigdy nie udało. Teraz powinienem wrócić do rodziny.
Kiwnęłam głową, rozumiejąc o czym mówi. Zrobiło mi się głupio. On coś do mnie czuł, a ja zinterpretowałam to jako rozrywkę. Przynajmniej moje uczucia tak potraktowałam.
-Do zobaczenia Ari...
-Mam nadzieje - wysiliłam się na uśmiech. Pomachałam im, gdy wyjechali z podjazdu. I machałam, dopóki nie zniknęli z moich oczu.
Wróciłam do salonu. Znów zostałam sama z własnymi myślami. Usiadłam na kanapie ze skrzyżowanymi nogami, wierzch dłoni skierowałam do góry, kładąc je na kolanach. Odetchnęłam głęboko. Potrzebowałam oczyszczenia. Mruczałam "ommm", medytując i zwalniając myśli. Mogłam je teraz swobodnie przeglądać, a gdy miałam dość, zawiesić się w stanie pomiędzy jawą i snem. Tak dawno nie medytowałam, że prawie zapomniałam, jakie to wspaniałe uczucie.
Po jakieś pół godzinie otworzyłam przerażona oczy. W ciągu dwudziestu czterech godzin usłyszałam ten dźwięk trzeci raz.
Policyjna syrena. Podbiegłam do okna. Prawie nic nie widziałam. Stan spokoju opuścił mnie, całkowicie ustępując miejsca panice. On nie mogą mnie tu znaleźć. Wydobędą ze mnie zbyt szybko wszystkie informacje. Ręce zaczęły mi się trząść. Pognałam na tył domu, gdzie było wejście do ogrodu. Otworzyłam drzwi na oścież i wróciłam do pokoju. Mój wzrok padł na wielką kulę śnieżną. Niezbyt oryginalne, ale się nada.
Zacisnęłam palce na zabawce. Sztuczny śnieg zawirował wokół aniołka z różowymi skrzydłami. Głos syreny był coraz bliżej. Teraz albo nigdy.
Zacisnęłam zęby i powieki, unosząc kulę. Przygotowałam się do odegrania największej roli w moim życiu. Upuściłam ją nad moją głową. Prawie nie poczułam bólu. Od razu zostałam ogłuszona i spadłam w nicość.




Nie mogę uwierzyć, że to prawie koniec. Został tylko następny rozdział i prolog. Myślałam, że poddam się i nie zakończę tej historii. Bo wiecie, ja się tak łatwo nie poddaje i muszę, po prostu muszę zakończyć to co zaczęłam.
Dziękuje wam za wszystko. I naprawdę jestem zaskoczona, ile wyświetleń miał poprzedni post. Just woow. Więcej niż dwa poprzednie razem wzięte.
Miłego weekendu x Napiszcie w komentarzu, jak wam się podobało x


Do zobaczenia ( mam nadzieje) 
Justysia x

1 komentarz:

  1. wow, więc... wiedziałam że patelnia jest dość niebezpieczną bronią, ale kula śnieżna? całkowita nowość hahahaha
    Wiedz skarbie, że jeśli uśmiercisz na koniec Ari, Chloe, Ashtona czy w szczególności Brada - znam Twój adres x
    Czekam na ten nieubłagany finał, chociaż z pewnej strony go nie chcę :(
    ~Klaudia

    OdpowiedzUsuń