28.03.2015

Rozdział 19

Dla wszystkich, 
którzy pozostali ze mną do końca


-Ariana, słyszysz mnie?
Znajomy głos przebił się przez gęstą mgłę, którą wytworzył mój umysł do zablokowania bodźców zewnętrznych. Chętnie trwałabym dłużej w tym stanie, ale to nie było mi dane. Budziłam się. Fala przerażenia i obaw, co będzie jeśli otworzę oczy, zalała mnie, odpierając możliwość poruszania którąkolwiek kończyną. Tępy, pulsujący ból z tyłu głowy... Jednocześnie był on łagodzony przez chłód... Pewnie lód. To dokładnie tam musiała upaść kula śnieżna, którą na siebie zrzuciłam. Wszystko zaczęło mi się mieszać.
Wciągnęłam głęboko powietrze i zdecydowałam się otworzyć jedno oko. To nie był dobry pomysł. Zawroty w głowie stały się intensywniejsze, gdy do mojej siatkówki  dopłynęły kolory, gryzące i mącące zmysły.
Leżałam na kanapie. Nogi miałam położone na poduszkach, tak samo jak głowę. Ktoś musiał położyć mi na głowę zimny kompres z lodu, bo woda skapywała z niego i biegła po mojej szyi, wywołując nieprzyjemny dreszcz.
Jeszcze raz otworzyłam oczy, tym razem powoli, przygotowana na wszystko. Kształty były rozmazane, jakbym założyła zbyt mocne okulary. Zamrugałam parę razy i obraz się wyostrzył. W pomieszczeniu było pełno funkcjonariuszy policji. Zabezpieczających przedmioty, zbierających odciski palców... Byłam kompletnie zdezorientowana, co tu się dzieje i jakim prawem dotykają rzeczy, które do nich nie należą.
Potem napotkałam wzrok niebieskich oczu, niezwykle troskliwych i znajomych. Łzy stanęły mi w gardle. Kosztowało mnie dużo wysiłku, alby się nie popłakać ze szczęścia.
-Pan Mulvoy-Ten? - spytałam cicho, próbując wstać. W głowie mi zawirowało. - Co się stało?
-Leż spokojnie - nakazał mi. - Dostałaś dość mocno w głowę. To szczęście, że nic poważnego ci się nie stało.
Coś mi się nie zgadzało. Przecież ojciec Any był chirurgiem, a nie lekarzem jeżdżącym z policją. Położyłam się posłusznie z powrotem i utkwiłam wzrok w suficie. Po chwili jednak stwierdziłam, że lepiej żeby panowała ciemność i moje powieki opadły.
-Gdzie jest mój tata? - zapytałam głucho.
Ktoś odchrząknął. Nie spodobało mi się to.
-Ariano, musimy zadać ci parę pytań.
Otworzyłam oczy. Zaczynający siwieć funkcjonariusz stał nade mną z poważną miną. Po moich plecach znów przebiegł dreszcz, lecz nie miał nic wspólnego z lodowatą wodą, która wylewała się z prowizorycznego okładu. Ojciec Any wstał i złapał funkcjonariusza za ramie, po czym zerkając na mnie ukradkiem, odciągnął go ode mnie. Znów zamknęłam oczy, starając się wyłapać te słowa, na których mi zależało.
-Naprawdę sądzę, że to może poczekać - zaczął doktor - Dziewczyna dużo przeszła, musimy ja jak najszybciej odwieźć do najbliższego szpitala i sprawdzić, czy nie ma poważnych urazów głowy. Zdążycie ją jeszcze przesłuchać, podejrzewam że nie raz.
Ostatnie zdanie wypowiedział gorzkim tonem. Funkcjonariusz westchnął ciężko.
-Pan nie rozumie, że musimy zrobić to jak najszybciej? To wszystko jest... dziwne. Nieprawdopodobne. Jakby ktoś czekał tylko na odpowiedni moment. A dziewczyna wcale nie wygląda tak, jakby działa jej się krzywda.
-Nalegam - odpowiedział na to ojciec Any przez zaciśnięte zęby. Po kilku chwilach najwyraźniej policjant skapitulował, bo usłyszałam głos pana Jimmy'iego:
-Kochanie, dasz rady wstać? - powiedział, a ja otworzyłam oczy i ujrzałam wyciągniętą ku mnie rękę.
-Tak, myślę że tak - odrzekłam, łapiąc wyciągniętą dłoń, która zacisnęła się mojej ręce. Najpierw wstałam do pozycji siedzącej, zaciskając zęby. Kompres na głowę został na poduszkach. Potem powoli wstałam, a ramię mężczyzny zacisnęło się na mojej tali. Zrobiłam pierwszy krok, potem drugi. Funkcjonariusz ruszył za nami jak cień.
-Przynajmniej wiesz, kto cię uderzył? - zapytał z nadzieją w głosie, gdy znajdowaliśmy się w drzwiach, a pan Mulvoy-Ten spiorunował go wzrokiem. Poczułam chłody wiatr na twarzy.
-Ja... ja... - jąkałam się, nie mając pojęcia ,jak z tego wybrnąć. Zmarszczyłam brwi, jakbym usiłowała sobie przypomnieć, ale tak naprawdę szukałam rozpaczliwie rozwiązania.
-Nie pamiętasz? - zdziwił się policjant, po czym zwrócił się do lekarza - Amnezja?
-Całkiem możliwe - odmruknął w odpowiedzi. Wolną ręką otworzył drzwi radiowozu i pomógł mi usiąść na tylnym siedzeniu. Zapiął mnie pasami, a ja z ulgą przyjęłam to, że mogłam usiąść - Proszę nas zawieść do szpitala.
Amnezja. Tak oczywista przykrywka, że nawet o niej nie pomyślałam. Wystarczy mówić "nie pamiętam: i z głowy. Skłamać. Przynajmniej przez jakiś czas. Zdawałam sobie sprawy, że to złe. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że nie pisnęłam ani słowa, więc nie skłamałam. Po prostu nie zdemaskowałam niedomówienia. Silnik zamruczał. Po chwilę sunęliśmy po wiejskiej drodze, potem wjechaliśmy na asfalt, co powitałam z ulgą, bo od podskoków samochodu robiło mi się niedobrze.
Jechaliśmy może z pół godziny, gdy samochód zatrzymał się. Otworzyłam zamknięte oczy.
Droga była zablokowana. Karetka i radiowozy stały na niej. Biały dym unosił się w bladoniebieskie niebo. Odpięłam pasy i wyszłam z samochodu.
-Ariana!
 Ludzie biegali dookoła i krzyczeli coś do siebie, panował straszliwy huk i błyski świateł pojazdów. Sunęłam wśród tego całego bałaganu, jak duch z otwartymi ustami i prawie tak samo nieobecna. Stanęłam przy czerwonej wstędze, rozwieszaną dookoła miejsca wypadku. Spojrzałam na samochód, głos ugrzązł mi w gardle.
-Brad... - zdołałam wychrypieć cichutko, a wypowiedziane imię zginęło wśród całego zamieszania. Moje oczy same odnalazły nosze, na których ratownicy wieźli do karetki czarnowłosą postać. Ruszyłam w tamtą stronę, powtarzając cicho jego imię jak w transie, lecz czyjeś silne ramiona otoczyły mnie od tyłu, uniemożliwiając ruch. Nie należały one ani do Ashton'a, ani nawet do Chloe... Zaczęłam się wyrywać, wymachując nogami, drapiąc i wrzeszcząc z całych siły, tyle ile miałam powietrza w płucach.
-Brad! Brad! - krzyczałam i zawodziłam, szamocząc się i próbując uwolnić, ze łzami w oczach widząc, jak ratownicy wykrzykują polecenia, jak załadowują jego bezwładne ciało do karetki i zamykają drzwi. W końcu mi się udało wyswobodzić. Zaczęłam biec do pojazdu, potrącając ludzi, na wpół oślepiona przez łzy. Nie dobiegłam. Kartka ruszyła zanim dotknęłam jej drzwi. Biegłam jeszcze za nią wolno, zataczając się jak pijana, wrzeszcząc rozkaz, żeby wrócił i mnie nie zostawił, że nie może.
Czyjeś ramiona znów mnie pochwyciły i przytuliły do piersi, tłumiąc szloch. Płakałam. Płakałam gorzko, uczepiona koszuli ojca mojej najlepszej przyjaciół, przyjaciółki tej Ariany, której kiedyś byłam, i słuchając jego bezwartościowych słów i zapewnień:
-Uspokój się, wszystko będzie dobrze...
Nic nie będzie dobrze. Nigdy nic nie było dobrze. Obiecał, że mnie będzie chronić. Więc dlaczego teraz mnie opuszcza? Dlaczego nie wróci, kiedy po raz pierwszy w życiu go oto proszę? Dlaczego wsiadł do tego przeklętego samochodu, co było jak wyrok... śmierci.
Zawyłam, gdy te słowo pojawiło się w moim umyśle. Wróć, błagam cię, wróć, nie opuszczaj mnie.
Moje usta szeptały, powtarzając jego imię jak zaklęcie, które miało sprowadzić go z powrotem.
-Brad, Brad Brad...

~*~
Tydzień później

Głaskałam bezmyślnie jego dłoń, nieobecna i wpatrzona w biel ścian. Ciche pikanie aparatury było nieodłącznym dźwiękiem, gdy go odwiedzałam. Czy to nigdy już nie zamilknie? Czy w  mojej głowie nigdy nie nastanie cisza?
Byłam w Londynie. W szpitalu. Miałam wstrząśnienie mózgu, co stwierdziło grono bardzo mądrych lekarzy w bardzo białych służbowych strojach z bardzo ważnym zadaniem, by doprowadzić bardzo ważną Arianę Grande-Butera do stanu bardzo dobrego. Żeby będzie można ją przesłuchać. I żeby odzyskała pamięć.
Westchnęłam ciężko. Byłam bezpieczna. Czemu więc czułam się tak jak po śmierci mamy, tak jakbym już nigdy nie miała się uśmiechać?
Ana czekała tutaj, gdy tylko pojawiłam się, przywieziona karetką z najbliższej kliniki w miejscu, gdzie mnie znaleźli. Przebiła się przez moją "ochronę" i omal mnie nie udusiła. Płakała, a ja nie. Cieszyłam się, że w końcu ją widzę, że w końcu znalazłam się w jej ramionach. Zasmuciło mnie jednak to, że jej włosy straciły blask, skóra poszarzała, a pod oczami miała sine worki. Ale to była ta sama Ana, którą pamiętałam. Pachniała jak Ana, uśmiechała się przez łzy też jak Ana.
Popłakałam się natomiast, gdy w końcu zobaczyłam tatę. Był skatowany, ale żywy. Zaczął żyć, gdy zobaczył swoją córkę, swoje jedyne dziecko, całe i zdrowe. Widząc jego siniaki, szwy w tak wielu miejscach, ból w mojej piersi rósł i rósł. Przytuliłam się do niego pomimo protestów niezadowolonych lekarzy. I nie ruszałam się przez dwie godziny, dopóki nie zasnęłam. Obudziłam się we własnym, szpitalnym łóżku.
Spojrzałam na jego spokojną twarz.
Przywieziono go dwa dni po wypadku samochodowym. Kosztowało mnie dużo energii, kopniaków, gróźb, łez i przekleństw, żeby dostać się na oddział, w którym leżał. Jego widok wcale nie polepszył mi samopoczucia. Miałam nadzieje, że przynajmniej będzie przytomny.
Zapadł w śpiączkę. Lekarze mówią, że to cud, że żyje.
Cud. Bradowi by się to spodobało. Nazwali go cudem.
Był podłączony do tylu przyrządów, że nie zdołałam ich zliczyć. Wszystkie kontrolowały jego funkcje życiowe. Chociaż, co to za takie życie.
Cztery dni wcześniej, gdy przyszłam go odwiedzić, zobaczyłam, że już ma gości. Jego babcia i czarnowłosy chłopiec siedzieli przy jego łóżku. Domyśliłam się, że to właśnie jest Reece. Wycofałam się powoli na palcach, oszczędzając sobie i babci Brada bólu, którego nie mogłybyśmy znieść.
Chloe i Ashton nie dawali znaku życia.
-Wróć do mnie - szepnęłam do Brada, poprawiając mu kosmyk włosów, który opadł mu na czoło - Po prostu do mnie wróć.
Podniosłam jego dłoń, przyciskając sobie ją do policzka. Nadal miał je ciepłe. A ja nadal miałam swoje lodowate.
-Panienko Grande? - spytał ktoś nieśmiało. Podniosłam znudzony wzrok na młodą siostrę, która pojawiła się w drzwiach - Grace McCoy czeka w bufecie i pragnie się z tobą zobaczyć.
Zmarszczyłam brwi. Nie znałam nikogo takiego. Mimo to wstałam, przyrzekając sobie, że jeszcze tu wrócę i ruszyłam na parter, gdzie mieścił się bufet. Nie obyło się bez szeptów i ciekawskich spojrzeń. To ta Ariana Grande. Byłam jednak zbyt bardzo zmęczona, by się tym przejąć.
W szpitalnej kawiarence śmierdzącej środkami czystości siedziała brunetka w kwiecistej sukience. Włosy zakrywały jej twarz, więc dopiero gdy podniosła głowę znad kawy kupionej w automacie, rozpoznałam ją.
Chloe uśmiechnęła się do mnie smutno.
Z wrażenia grzązł ugrzązł mi w gardle. Włosy miała ciemne, makijaż naturalny a ciuchy... no cóż, ciuchy były moje. Poznałam swoją sukienkę, która dla niej była nieco przyciasna w biuście. Można było zauważyć, że to ta sama dziewczyna tyko patrząc na paznokcie, która miała pomalowane czarnym lakierem.
-Grace McCoy? - mruknęłam na wpół roześmiana, na wpół wstrząśnięta.
-Masz ochotę na rozmowę? - spytała cicho, pokazując krzesło naprzeciw niej. Rozejrzałam się uważnie dookoła, by sprawdzić, czy nikt nas nie obserwuje i dopiero wtedy usiadłam. - Amnezja? Czemu to robisz?
Nie odpowiedziałam, tylko zbyłam jej pytanie, pytając rozdrażniona.
-A ty co tu robisz? - Byłam zła, że dopiero tydzień po wypadku zdobyła się na odwagę, by przyjść.
-Chce porozmawiać - oznajmiła, zadzierając podbródek do góry, tak jak pamiętałam - Myślisz, że łatwo się do ciebie dostać? Czuję się... winna, że odejdziemy tak bez wyjaśnienia ci kilku rzeczy.
Pokręciłam głową.
-Nie mów mi, nie chce wiedzieć. Im mniej wiem, tym mniej ze mnie wyciągnął. Będziecie bezpieczniejsi.
Chloe-Grace zacisnęłam wargi w linię, po czym oznajmiła cichym głosem:
-Dorosłaś.
Zamrugałam, zbita z tropu. Dziewczyna westchnęła ciężko.
-Jesteś dorosła, ale dopiero teraz dorosłaś. Kiedyś ci się wydawało, że skoro masz dziewiętnaście lat, możesz wszystko. Imprezowałaś, piłaś alkohol, chciałaś pozbyć się stereotypów na swój temat, tak jak każda nastolatka. Wydawało ci się, że na tym to wszystko polega. Ale dopiero teraz zrozumiałaś, jak może być ciężko. Teraz wiesz, że nie jest tak kolorowo, że nie zawsze będzie ktoś przy tobie, kto cię ochroni i sama musisz walczyć, by pozostać w miejscu, którym pragniesz. Przez całe życie ukrywałaś się, usprawiedliwiałaś się przed samą sobą, okłamywałaś. Teraz jesteś szczera. Życie nie składa się z samych przyjemności. Dopiero gdy nas porządnie kopnie w dupę, możemy zrozumieć, jak bardzo potrzebujemy siebie nawzajem i jak bardzo jesteśmy niewdzięczni za to, co mamy. Ale nie załamałaś się. Dążyłaś do celu. I to w tobie podziwiam.
Ostatnie zdanie podziałało mnie mnie jak kubeł zimnej wody. Podziwiam. Chloe przerwała na chwilę, upiła łyk kawy i powiedziała:
-Jutro wylatuje do Ameryki.
-Co?
-Odchodzę Ariano. Więcej mnie nie zobaczysz.
-A Ashton?
Chloe spuściła wzrok na papierowy kubek.
-Ashton już wyleciał. Jest w Australii, w Sydney.
Poczułam się, jak zimna dłoń zaciska się na moich wnętrznościach. Poczułam żal do niego, że nie zaczekał, żeby się ze mną pożegnać. Czy może tak było lepiej? Dla nas obojga?
-Tak po prostu było lepiej - odrzekła Mortez, wypowiadając moje myśli na głos - Musimy iść dalej sami.
-Co będziesz robić? - spytałam.
-Złoże papiery na studia informatyczne - wzruszyła ramionami - Może nie jest jeszcze za późno. Ariano, dla ciebie również. Jutro przyznaj się, że wszystkich oszukiwałaś. Powiedź, jak było naprawdę, tylko nie mów, gdzie jesteśmy. Będziesz miała kłopoty, gdy będziesz ciągnąć to dalej.
Kiwnęłam głową. Chloe wstała, wygładzając sukienkę. Również podniosłam się z krzesła, a wtedy ona porwała mnie w ramiona.
-Obiecaj, że się nim zaopiekujesz - wyszeptała mi cicho w ucho.
-Obiecuje - szepnęłam z chrypą w głosie. Puste słowa. Ale jestem gotowa się postarać.
Wypuściła mnie z objęć. Przypatrzyła się dobrze mojej twarzy, a ja jej. Żadna z nas nie płakała. Powiedziałyśmy sobie już wszystko.
-Żegnaj Ariano.
-Żegnaj Chloe. I dziękuje.
Ruszyła do wyjścia. Zatrzymała się jeszcze, zanim wyszła, jak gdyby chciała coś dodać, ale nie odwróciła się, opuszczając kawiarenkę i moje życie.
Zostawiła mnie samą i pozwalała patrzeć, jak cześć mojego życia odchodzi na zawsze.
Ale będę o niej pamiętała. Pamiętała o nich wszystkich - ta pamięć sprawi, że będą nieśmiertelni i zostaną na zawsze częścią mnie.

3 komentarze:

  1. Ty wredna osóbko, przez ciebie się popłakałam... :(
    Rozdział cudny, jak wszystkie zresztą ❤
    Został tylko epilog, prawda?
    Dopatrzyłam się paru literówek, ale to normalne, każdemu się zdarza ;)
    To, co zrobiłaś z moim sercem... Jak tak mogłaś? Jezu, proszę tylko o to, żeby Brad się obudził, i żeby byli razem, i żeby do więzienia nie trafił... Bo jak trafi, to to złamie mi serce...
    Dodawaj tą końcówkę szybko, bo jestem strasznie ciekawa tego, co się będzie działo :D
    Mam nadzieję, że u ciebie wszystko dobrze :)
    Kocham Cię ❤

    xxxx,
    Lost in dreams

    OdpowiedzUsuń
  2. Czuję pustkę... po tym rozdziale tylko i wyłącznie pustka, żadnych myśli... czekam na epilog misia xx Po tym wszystkim sama czuję się jakbym dorosła hah... Do zobaczenia w następnym, ostatnim tutaj komentarzu xo
    Piszesz pięknie... literowki były ale nie jestem w stanie ci tego wypominać :)
    Ostatni raz życzę weny xx
    Buziaczki :**

    OdpowiedzUsuń
  3. W końcu mam moment by skomentować eh...
    Ari wczuła się w 'I wish that I could wake up with amnesia'.....
    wtf co za... ugh.. z Ashtona. Mamusia nie uczyła że to tak nieładnie wyjeżdżać bez pożegnania, tym bardziej, oh, z dziewczyną z którą się pocałował? Btw gratulacje bo chyba pierwszy raz po przeczytaniu, moja reakcja na Chloe była jak "aww"
    A teraz... Brad. Ma. Wrócić. Do. ŻYWYCH. Takie 'boomsh, biczys, po co te rurki mam przyczepione, ile spałem'? Hahahaha okay nic, nie słuchaj mnie.
    Czekam na epilog, kocham Cię mocno xx
    ~Klaudia

    OdpowiedzUsuń