03.04.2015

Podziękowania

muzyka
I'll come back when you call me
No need to say goodbye
~ Regina Spektor - "The Call"


        Nic nie ma końca. Opowiadania nie kończą się na tym, że ktoś umiera i tym samym zabiera ze sobą wszystko. Pozostają bliscy, którzy nadal tutaj są, nadal czują. Nadal tworzą.
        Widzicie, moja przygoda z tym blogiem dobiegła końca. I będę tutaj szczera, gdy napisze "Nareszcie". Nie czułam tej historii, ona we mnie nie żyła. Nie zatracałam się w wątkach, nie myślałam na lekcjach co napiszę w następnym rozdziale, nie potrafiłam tego zrobić. Sama fabuła przyszła znikąd, spisałam ja na kartce i po prostu pisałam według punktów. Inspirowałam się na początku "Cieniem", później całkowicie zmieniłam bieg wydarzeń, bo uznałam, że to nie moje klimaty. Jeszcze na etapie tworzenia zamieniłam bohaterów, bo na początku miała to był obsada z House of Anubis. Na koniec zostali tylko Brad i Ana. Czekałam tylko na to, żeby jak najszybciej skończyć to opowiadanie.
        Musicie wiedzieć, że od czasu opublikowania prologu do teraz, gdy to pisze, jestem zupełnie inną osobą. W ciągu ostatnich miesięcy znalazłam powody, dlaczego czuję się taka nieszczęśliwa, co mnie ogranicza i co muszę zmienić. Po prostu wyłączyłam Twittera i zaczęłam myśleć nad swoim życiem. Ale o tym odrobinę późnień.


Żaden dzień się nie powtórzy, 
nie ma dwóch podobnych nocy, 
dwóch tych samych pocałunków, 
dwóch jednakich spojrzeń w oczy. 
~ Wisława Szymborska - "Nic dwa razy"


Wiele osób przyczyniło się do tego, że to opowiadanie powstało. Chciałabym im tutaj podziękować. Być może nie wymienię wszystkich i niektórzy poczują się urażeni. Ale przynajmniej spróbuje.
        Klaudia. Wiesz jak bardzo cię kocham. Wiesz, jak bardzo mi na Tobie zależy. Zawsze byłaś przy mnie, choć nawet tego nie oczekiwałam. Nie wiem co napisać. Poważne. Więc po prostu podziękuje. Dziękuje ci za to, że zawsze mogłam do Ciebie napisać w każdej sprawie. Że starałaś się wczuć w moja sytuacje, pomóc mi najlepiej jak potrafiłaś. I nawet nie wiesz, jak bardzo wtedy mi pomagałaś. Wydawało ci się, że tak naprawdę nic nie zrobiłaś. Owszem, zrobiłaś. Po prostu byłaś. Nawet gdy chciałam sobie przerwę od pisania tej historii, dałaś mi czas i radziłaś. Wiedziałaś, że to dla mnie trudne. A jednocześnie widziałaś, że i tak nie odejdę, bo znasz mnie tak dobrze, że czasami jest to przerażające. Nigdy się nie spotkałyśmy. Ale w końcu się nam uda, rzucimy sobie w ramiona i będziemy płakać milcząc, i w ten sposób powiemy sobie wszystko.
        Wiktoria. Poznałyśmy się przez to, że napisałam jak bardzo nie lubię sprzątać w swoim pokoju. Do tego czasu nic się nie zmieniło. Nadal tego nienawidzę robić. Tobie też dziękuje. Za to, że mogłam się  ciebie zwrócić w trudnych sytuacjach, że pocieszałaś mnie kiedy łzy lały się tak bardzo, że nie mogłam ich powstrzymać. Nadal liczę na wspólne jedzenie arbuza. Bądź silna kochanie.
        Dagmara. Nie utrzymujemy ze sobą kontaktu od października. Chyba żadna z nas nie próbuje. Poszłyśmy innymi drogami. Może dobrze, że odbyło się to bez płaczu i ckliwych pożegnań. Na początku, gdy zaczęłam pisać to opowiadanie, wysyłałam ci rozdział do sprawdzenia i oceny. Dziękuje ci za to, że poświęcałaś mi czas, choć nie musiałaś. Bądź szczęśliwa, idąc swoja drogą, teraz już beze mnie.
        Ewelina i Karolina. No cóż. Jesteście bo siostry muszą ze sobą wytrzymywać. Dziękuje Wam. Karolinie za użyczanie komputera, gdy chciałam pisać, a ten główny był zajęty. Obie się nie interesujecie, co ja stukam w tą klawiaturę przez trzy godziny. Ewelina jako pierwsza poznała zakończenie przed finałem. Gdy powiedziałam, że Ariana wyjdzie cała i zdrowa, Ashton zwieje bez pożgania do Australii, Chloe do Ameryki, a Brad zapadnie w śpiączkę po wypadku samochodowym odpowiedziała: "Nie, tylko nie Braduś. Albo zabijasz wszystkich, albo nikogo."
        Droga mamo i tato. Tak w sumie to ciesze się, że nie macie pojęcia o tym, co pisze, jak pisze i po co piszę. Ale dzięki Wam nie byłabym tutaj. I dzięki, że jeszcze ze mną nie zwariowaliście i nadal płacicie za internet.
        Droga klaso, oddział FT w rokach 2014/2018. Dziękuje, że dzięki Wam odzyskałam chęć wstawania rano i udania się do szkoły, do klasy, gdzie czuje się lubiana i rozumiana. Nie zamieniłabym Was na nikogo innego, chociaż czasem czuję, że zaraz walnę każdego po kolei patelnią. Ale te sytuacje ginął w gąszczu dobrych wspomnień. A to dopiero początek, jeszcze przed nami trzy lata. Jesteście najlepsi.
        Wiktoria. Dziękuje ci, że jako jedna z pierwszych komentowałaś "Winnego" i czekałaś z niecierpliwieniem na rozdział. Życzę ci, żebyś spełniała marzenia i pisała dalej, robiąc to co kochasz. 
        Julio . Chyba jesteś jedną z tych nielicznych osób, które przeżywają to, że opowiadanie się wreszcie skończyło. Dziękuje, że oczekiwałaś z takim niecierpliwieniem nowych rozdziałów.
        Twitterze. Wszyscy ludzie z Twittera. Gdyby nie Wy, ten blog by się nigdy nie rozkręcił. to wy byliście tym paliwem, dzięki któremu to wszystko ruszyło z miejsca. Jesteście niesamowici. Życzę Wam szczęścia i każdego dnia przeżytego jak najlepiej.
        No i przechodzimy do tej najtrudniejszej części.

(...) lepiej tracić niż nigdy nie spotkać.
~ Clive Staples Lewis – Cztery miłości

        
        Teraz chciałabym podziękować szczególnym osobom, bohaterom tego opowiadania, ludziom, których nazwiska i imiona wykorzystywałam wiele razy w rozdziałach. A mianowicie Bradowi, Arianie, Ashton'owi i Chloe. Byliście inspiracją. Wasza twórczość, sposób w jaki poprawialiście mi humor... To było wspaniałe, gdy po długim dniu, siadałam, włączałam sobie Waszą muzykę bądź oglądałam filmy z Waszym udziałem. Byliście dla mnie wszystkim, kiedy nie miałam nic. Inspiracją, pociechą, jedyną nadzieją...
        Ale jak mówiłam na samym początku, zaczęłam myśleć. Przeczytałam jedną, mega inspirująca książkę i zrobiłam to, co nakazała autorka. Wsłuchałam się w głos w swojej głowie, poszukałam źródła wszelkiego smutku. No i go znalazłam. Nie potrafię sobie wybaczyć. Rozgoryczenie swoją przeszłością, swymi błędami... Wiem, że gdybym mogła przenieść się w czasie, wymazałabym kilka bolesnych dla mnie decyzji.         A potem zadałam sobie pytanie, kiedy to wszystko zaczęło się psuć. Kiedy stałam się tak wrażliwa, że każda obelga była niczym nóż wbijany w moje serce.
        I znalazłam odpowiedź. Odkąd założyłam Twittera, znalazłam idoli stałam się marną imitacją swojego życia. Uwielbiałam okres tych dwóch lat, kiedy moje spadało na drugi plan, a ich grało pierwsze skrzypce w mojej szarej codzienności. A potem zaczęły się problemy. Zbyt bolesne dla mnie, żeby je tu opisywać. Błędy innych ludzi, moje błędy. A oni zawsze byli ze mną. Skupiałam się na nich, nie na sobie. I to mnie zniszczyło. Nie szukałam siły we własnej osobie, tylko w ich głosach. Mówię tutaj głównie o Bradzie. Wypłakałam z nim wiele godzin, wyśmiałam tyle samo. Dzięki niemu poznałam moją kochaną Klaudię, Wiktorię... I dziękuje Bogu za to, że tak się stało, bo zyskałam ludzi, do których mogę napisać zawsze.
        Tylko że na zawsze w odniesieniu do idoli, trwało zdecydowanie dla mnie za krótko.
        Mam dziennik. Pierwszy post napisałam w sierpniu, a później o nim zapomniałam. Potem stało się coś, że miałam za dużo myśli w głowie. Po raz pierwszy nie włączyłam Twittera, tylko wzięłam zeszyt i zaczęłam pisać. I tak mi zostało. Po części dlatego, że wiedziałam, że nie mogę sobie pozwolić na lenistwo wśród natłoku obowiązków i sprawdzianów, a zeszyt otwiera się szybciej niż włącza mój komputer. No i wpadałam coraz częściej w melancholie, zastanawiając się, dokąd ja właściwie chce dojść. I co ja właściwie robię? I po co to robię?
        Wiecie, jak się spostrzegłam, że nie kocham już Brada tak mocno jak wcześniej? Jak doszłam do tego, że te, teraz już trwające trzeci rok uczucie się wypaliło? Nie czułam już ciepła w mojej piersi, kiedy go słuchałam. Nie macie pojęcia, ile łez wylałam, pytając się Boga "dlaczego" i dochodząc do wniosku, że mój czas naszedł. Wiedziałam, że kiedyś odejść, ale myślałam, że to będzie później. Okłamywałam samą siebie przez pełne trzy miesiące, zanim dobyłam się na odwagę i powiedziałam to głośno, patrząc sobie w oczy i mówiąc " Pora, żebyś ruszyła w drogę bez niego". Jeszcze nigdy słowa, że z Fandomu nie da się odejść, nie wydawały mi się tak prawdziwie. Dotąd wiedziały o tym tylko Klaudia i Wiktoria.


Żad­na wiel­ka miłość nie umiera do końca.
~ Jonathan Carroll - Poza ciszą

        Jestem cholernie wdzięczna za te lata spędzone w fandomach i na Twitterze. Poprawiłam swój angielski ( okay, nauczyłam się angielskiego), poznałam niesamowitych ludzi... Ale pora się rozstać. Nie odchodzę. Po prostu ograniczam. Klaudia jest gotowa przejąc większość administratorskiej pracy na Brad Kavanagh Poland na swoje barki, co i tak robi od dawna, bo ja już straciłam do tego całe serce. Na Twittera też nie będę wpadać zbyt często. Ogólnie, daje sobie spokój z internetem. Zbyt bardzo mnie uzależnia. Chce się skupić na sobie. Zacznę znów ćwiczyć, bo się rozleniwiłam i we wrześniu znów spróbować w szkole modelek działającej w moim technikum. Od dawna dołączyłam do teatru szkolnego i zamierzam naprawdę pokazać tam klasę, co jest możliwe tylko przez pracę. Chce również mieć jeszcze lepsze wyniki w nauce. Na wakacjach zapisałam się na staż. Dodatkowo będę angażowała się w szkolne życie, już mam kilka propozycji, takich jak wystawianie mojej sceny sztuki na dniach otwartych, kręcenie w hotelu scenek po niemiecku. Podczas tego całego życia, nie będę mieć wolnego czasu.

Tworząc książkę, autor pisze list do siebie sa­mego po to, 
by opo­wie­dzieć so­bie rzeczy, o których inaczej by się nie przekonał.
~ Carlos Ruiz Zafon

        Bez pisania będę nikim. Nie mam innego talentu, niż spisywanie wydarzeń rozgrywających się w mojej szkole. Gitara jest miłym przerywnikiem, daje odprężenie po godzinie rozwiązywania równań matematycznych. Ale to pisanie daje mi wolność. Ostatnio się zagubiłam w tym wszystkim. Zatraciłam także radość tego, co robiłam. Gdy piszę, nie czuje ciepła w piersi, nie odczuwam tak głębokiej satysfakcji. Pora na przerwę, nie wiem jak bardzo długą. Dlatego ogłaszam, że po "Winnym" nie opublikuje już żadnego nowego fanfiction. Kończę z publikowanym pisaniem na jakiś czas. Może nawet i na rok. Podczas tych miesięcy muszę się zastanowić, posłuchać własnych rad i wziąć swoje życie we własne ręce. Przerwać monotonie. Nie zamierzam jednak z tego rezygnować. Posłucham Was i nie "zmarnuje takiego talentu". Nie będę publikowała opowiadań, tylko pisała do szuflady. Mam kilka pomysłów, według mnie ciekawych. Może kiedyś wrócę. Może już nie jako Joylitte... Pod innym pseudonimem. Nie wiem. Naprawdę.

Kochać to także umieć się roz­stać.
~ Vincent van Gogh

        Dziękuje Wam wszystkim za wsparcie, jakie mi udzielaliście. To było piękne czytać wszystkie komentarze, zdobywać wysokie noty... Będę za tym tęsknić. Ale z każdą decyzją zyskujemy coś innego. Dziękuje Wam za każde przeczytane zdanie, za słowa uznania i krytyki, za każdą otartą łzę.
Pora się uściskać i życzyć sobie wszystkiego najlepszego.

Niestety to chyba koniec. Już tu nie wrócimy.
Nie wrócimy?
Wy dwoje tak. Przynajmniej tak mi się wydaje.
Ale czemu? Oni zrobili coś złego?
Wręcz przeciwnie, najmilsza. Ale wszystko ma swój czas. Twój brat i siostra nauczyli się już w Narnii. Pora rozpocząć dorosłe życie.
Nie martw się. Inaczej to sobie wyobrażałem. Ale nie szkodzi. Kiedyś przyznasz mi racje.
~ Opowieści z Narnii. Książę Kaspian (film)


        Może się ze mną nie zgodzicie. Ale przyjdzie taki czas, że przyznacie mi racje. Życzę Wam, żeby to nie było tak bardzo bolesne tak jak dla mnie. Zacznijcie spełniać swoje marzenia, zanim zrobią to inni. Kocham Was. Nigdy nie przestane.

Żegnajcie.

01.04.2015

Epilog


Wiele chciałabym Wam powiedzieć, ale naprawdę nie mam pojęcia jak zacząć pierwsze zdanie. By nie zanudzić Was gadaniną typu " Było ciężko, jest ciężko, ale wracam do względnej normalności".
A z resztą, co mi szkodzi.
Kopnęłam kamyk, chowając dłonie w kieszenie swetra. Był pochmurny, typowy londyński dzień. Zmierzałam w stronę szpitalu, z nieobecnym wzrokiem wbitym w szary chodnik, myślami błądząc po krainach mojego umysłu i wymyślając sytuacje, które nigdy się nie wydarzą. Kątem oka spostrzegłam, że ktoś za mną idzie i uważnie mnie obserwuje. Westchnęłam w duchu i podążyłam dalej swoją drogą.
Ostatnie miesiące były trudne. Ciągłe przesłuchania, rozprawy... Posłuchałam Chloe i powiedziałam, że wszystko już sobie przypomniałam. Po prostu udałam, że znów uderzyłam się w głowę, po czym oświadczyłam, że pamiętam każdy, nawet najdrobniejszy szczegół. Po wstępnym przesłuchaniu poleciałam do dziadków na Florydę, żeby odpocząć. Odwiedziłam grób mamy i tam, wybaczając sobie i innym wszystko, wróciłam do Londynu. Śledztwo było niczym w porównaniu z tym całym bagnem, w który wpadłam już dawno. Byłam przypadkiem jednym z wielu, a dzięki Mortez mieli mnóstwo materiałów dowodowych, które sobie w spokoju badali i z dumą przyznawali, że zrobili wielki krok w postępowaniu. Za każdym razem, gdy mówili o tym w radiu, wyłączałam je.
Zostałam otoczona opieką psychiatry. Znaczy się, próbowali mnie ją otoczyć. Pewnego dnia przyszła do mnie mama Any i poprosiła, żebym się ubrała i poszła z nią do poradni. Nie potrafiłam jej odmówić i buntować zaczęłam się dopiero w poczekalni, gdzie strącałam jej rękę z ramienia i mruczałam wściekłym głosem:
-Po cholerę mi jakaś terapia, nie jestem psychiczna...
-Kochanie - zaczęła zaniepokojona, gdy mój głos stał się głośniejszy i ludzie zmierzali mnie zdegustowanym spojrzeniem - Dużo przeszłaś, to dla twojego dobra.
Prychnęłam i jak na rozkaz otworzyły się drzwi gabinetu i zaproszono mnie do środka. Usiadłam na sofie a na przeciwko mnie psychiatra, pedagog czy cholera tam wie kto. Zaczął pieprzyć, że wie jakie to trudne, że dużo przeszłam i to zrozumiałe, że najpierw nie będę chciała się otworzyć, ale z czasem mi się to uda.
-Musisz po prostu zrozumieć, że tak już musiało być, zaakceptować i przyjąć to, co dał ci los. Takie było twoje przeznaczenie...
-Przeznaczenie jest dla takich nieudaczników jak pan, którzy nie biorą swoje życia we własne ręce i czekają na cholerny cud, który nigdy się nie wydarzy.
W duchu przeżyłam chwilę satysfakcji, gdy ujrzałam jego zmieszana minę. Po czym znów zaczął swoje, a ja nawet nie trudziłam się, by udawać, że go słucham. Mi to wszystko nie było potrzebne. Tak samo ochrona, którą zorganizowała mi policja, sąd i inne państwowe instytucje. Tak trudno było im zrozumieć, że chce żyć normalnie i zapomnieć o tym wszystkim?
Tylko Ana w tym całym zamieszaniu była moją jedyną pociechą. Postawiła sprawę jasno i spytała się, jak ma się teraz zachowywać. Czy ma dać mi spokój i odejść, czy rozmawiać ze mną o tym, czy też po prostu być i udawać, że to wszystko było nocnym koszmarem, który nie wpłynął na nasze życie. Wybrałam opcję trzecią, czasem przeskakiwałam na drugą. Tak też Ana podsunęła pomysł dodawania filmów na YouTube jak śpiewam. Uznała, że mam dokonały głos i mogę coś osiągnąć. Nadal się waham, czy dodać cover, który nagrałam niedawno, czy dać temu zwariowanemu pomysłu spokój. Sława chyba nie jest dla mnie, choćbym nie wiadomo jak była utalentowana.
Nie zamknęłam się w domu i nie płakałam całymi dniami i nocami. Zbyt długo byłam sama, bez towarzystwa innych ludzi. Darowałam sobie tylko imprezy, bo ochota na zabawę i alkohol całkowicie mi przeszła.
Dużo natomiast myślałam o tym, co powiedziała mi Chloe podczas naszego ostatniego spotkania. Ostatnio dostałam kartkę z Nowego Jorku. Od Grace McCoy. U niej wszystko w porządku. Zaczynała od nowa, dostała się na studia i zapewne jest tam najlepsza na swoim roku, jeśli nie na całej uczelni.
Ashton zniknął z mojego życia równie niespodziewanie jak się w nim pojawił.
Wbiegłam po schodach prowadzącym do szpitala i pchnęłam drzwi. W moje nozdrza uderzył dobrze znany zapach.
Brad obudził się pięć dni temu. Leżał w śpiączce ponad cztery miesiące. Prawie wszyscy stracili nadzieje, że coś się zmieni. Wszyscy prócz jego brata, babci... i mnie. Gdy na własne życzenie wypuszczono mnie z szpitala, przychodziłam tu codziennie, by go odwiedzać. Jego i tatę.
Nauczyłam się czegoś. Nie tylko tego, żeby na imprezach uważać na swoje napoje, ale również czegoś o naszym losie. Nie należny czekać na cud i prosić Boga, żeby  w naszym życiu się coś stało. Nie lepiej samemu przerwać tą szarą monotonię? Wypłakać się za wszystkie czasy, wypłakać ten ból, którzy inni ludzie nam zadali i który sami sobie zadaliśmy niewłaściwymi decyzjami... i po prostu sobie wybaczyć.
Wbiegłam na piętro, gdzie mieścił się oddział, na którym leżał Brad.
Ludzie biegali. Pielęgniarki coś wykrzykiwali, policja kręciła się po korytarzu. Nikt nie zwracał na mnie uwagi, gdy szłam oszołomiona do jego pokoju. Nic nie rozumiałam. Dopiero słowa pielęgniarki tłumaczącej funkcjonariuszowi co się stało, sprawiło, że w mojej głowie wszystko stało się jasne.
Zajrzałam do pokoju przez uchylone drzwi.
-No po prostu... wieczorem jeszcze tu leżał... a dzisiaj jak przyszłam, to już go nie było...
Łóżko było puste.
"Co zrobisz, kiedy to wszystko się skończy?"
Wszystko będzie dobrze. Obiecuje. A ja obietnic dotrzymuje.
Gdy tylko to powiedziała, powiedziałem sobie, że muszę cię chronić.
Oni nie ścierpią tego, że winny zostanie na wolności.
"Wyjadę. Sam."
Moje usta rozciągnęły się w smutnym uśmiechu. Kolejna cześć mnie odeszła bez pożegnania. Bolało. To tak, jakbyś darzył kogoś uczuciem przez wiele lat i niedawno sobie zdał sprawę z tego, że już go nie kochasz. Te łzy, gdy sobie to uświadamiasz, gdy wmawiasz sobie, że przecież coś tak wielkiego, silnego i pięknego nie może skończyć się rozstaniem. Ale tak jest. I z każdą blizną stajemy się silniejsi, dojrzalsi... Dostałam to, czego chciałam. Życie, bez osób, które zaprowadziły w nim chaos. Ale myślę, że nie odeszły tak naprawdę. Zostanie jakiś ślad. Zawsze zostaje. Pozostaną myśli, do których mogę powrócić. To tak jak przypomnieć sobie czasy, znajdując starą fotografię w wytartych, niemodnych jeansach. Z jednej strony żałujemy, że to minęło, a z drugiej strony to lepiej, bo dzięki tym zdarzeniom jesteśmy tymi osobami, które jesteśmy. Każda decyzja nas tworzy. Problem pojawia się wtedy, gdy sobie tego nie uświadomimy. Gdy nie zaakceptujemy siebie, swoich decyzji i swojej przeszłość. Ja się tego uczę. Wy też powinniście. Zróbmy to razem.
Nie bądźmy więźniami własnego umysłu.