01.04.2015

Epilog


Wiele chciałabym Wam powiedzieć, ale naprawdę nie mam pojęcia jak zacząć pierwsze zdanie. By nie zanudzić Was gadaniną typu " Było ciężko, jest ciężko, ale wracam do względnej normalności".
A z resztą, co mi szkodzi.
Kopnęłam kamyk, chowając dłonie w kieszenie swetra. Był pochmurny, typowy londyński dzień. Zmierzałam w stronę szpitalu, z nieobecnym wzrokiem wbitym w szary chodnik, myślami błądząc po krainach mojego umysłu i wymyślając sytuacje, które nigdy się nie wydarzą. Kątem oka spostrzegłam, że ktoś za mną idzie i uważnie mnie obserwuje. Westchnęłam w duchu i podążyłam dalej swoją drogą.
Ostatnie miesiące były trudne. Ciągłe przesłuchania, rozprawy... Posłuchałam Chloe i powiedziałam, że wszystko już sobie przypomniałam. Po prostu udałam, że znów uderzyłam się w głowę, po czym oświadczyłam, że pamiętam każdy, nawet najdrobniejszy szczegół. Po wstępnym przesłuchaniu poleciałam do dziadków na Florydę, żeby odpocząć. Odwiedziłam grób mamy i tam, wybaczając sobie i innym wszystko, wróciłam do Londynu. Śledztwo było niczym w porównaniu z tym całym bagnem, w który wpadłam już dawno. Byłam przypadkiem jednym z wielu, a dzięki Mortez mieli mnóstwo materiałów dowodowych, które sobie w spokoju badali i z dumą przyznawali, że zrobili wielki krok w postępowaniu. Za każdym razem, gdy mówili o tym w radiu, wyłączałam je.
Zostałam otoczona opieką psychiatry. Znaczy się, próbowali mnie ją otoczyć. Pewnego dnia przyszła do mnie mama Any i poprosiła, żebym się ubrała i poszła z nią do poradni. Nie potrafiłam jej odmówić i buntować zaczęłam się dopiero w poczekalni, gdzie strącałam jej rękę z ramienia i mruczałam wściekłym głosem:
-Po cholerę mi jakaś terapia, nie jestem psychiczna...
-Kochanie - zaczęła zaniepokojona, gdy mój głos stał się głośniejszy i ludzie zmierzali mnie zdegustowanym spojrzeniem - Dużo przeszłaś, to dla twojego dobra.
Prychnęłam i jak na rozkaz otworzyły się drzwi gabinetu i zaproszono mnie do środka. Usiadłam na sofie a na przeciwko mnie psychiatra, pedagog czy cholera tam wie kto. Zaczął pieprzyć, że wie jakie to trudne, że dużo przeszłam i to zrozumiałe, że najpierw nie będę chciała się otworzyć, ale z czasem mi się to uda.
-Musisz po prostu zrozumieć, że tak już musiało być, zaakceptować i przyjąć to, co dał ci los. Takie było twoje przeznaczenie...
-Przeznaczenie jest dla takich nieudaczników jak pan, którzy nie biorą swoje życia we własne ręce i czekają na cholerny cud, który nigdy się nie wydarzy.
W duchu przeżyłam chwilę satysfakcji, gdy ujrzałam jego zmieszana minę. Po czym znów zaczął swoje, a ja nawet nie trudziłam się, by udawać, że go słucham. Mi to wszystko nie było potrzebne. Tak samo ochrona, którą zorganizowała mi policja, sąd i inne państwowe instytucje. Tak trudno było im zrozumieć, że chce żyć normalnie i zapomnieć o tym wszystkim?
Tylko Ana w tym całym zamieszaniu była moją jedyną pociechą. Postawiła sprawę jasno i spytała się, jak ma się teraz zachowywać. Czy ma dać mi spokój i odejść, czy rozmawiać ze mną o tym, czy też po prostu być i udawać, że to wszystko było nocnym koszmarem, który nie wpłynął na nasze życie. Wybrałam opcję trzecią, czasem przeskakiwałam na drugą. Tak też Ana podsunęła pomysł dodawania filmów na YouTube jak śpiewam. Uznała, że mam dokonały głos i mogę coś osiągnąć. Nadal się waham, czy dodać cover, który nagrałam niedawno, czy dać temu zwariowanemu pomysłu spokój. Sława chyba nie jest dla mnie, choćbym nie wiadomo jak była utalentowana.
Nie zamknęłam się w domu i nie płakałam całymi dniami i nocami. Zbyt długo byłam sama, bez towarzystwa innych ludzi. Darowałam sobie tylko imprezy, bo ochota na zabawę i alkohol całkowicie mi przeszła.
Dużo natomiast myślałam o tym, co powiedziała mi Chloe podczas naszego ostatniego spotkania. Ostatnio dostałam kartkę z Nowego Jorku. Od Grace McCoy. U niej wszystko w porządku. Zaczynała od nowa, dostała się na studia i zapewne jest tam najlepsza na swoim roku, jeśli nie na całej uczelni.
Ashton zniknął z mojego życia równie niespodziewanie jak się w nim pojawił.
Wbiegłam po schodach prowadzącym do szpitala i pchnęłam drzwi. W moje nozdrza uderzył dobrze znany zapach.
Brad obudził się pięć dni temu. Leżał w śpiączce ponad cztery miesiące. Prawie wszyscy stracili nadzieje, że coś się zmieni. Wszyscy prócz jego brata, babci... i mnie. Gdy na własne życzenie wypuszczono mnie z szpitala, przychodziłam tu codziennie, by go odwiedzać. Jego i tatę.
Nauczyłam się czegoś. Nie tylko tego, żeby na imprezach uważać na swoje napoje, ale również czegoś o naszym losie. Nie należny czekać na cud i prosić Boga, żeby  w naszym życiu się coś stało. Nie lepiej samemu przerwać tą szarą monotonię? Wypłakać się za wszystkie czasy, wypłakać ten ból, którzy inni ludzie nam zadali i który sami sobie zadaliśmy niewłaściwymi decyzjami... i po prostu sobie wybaczyć.
Wbiegłam na piętro, gdzie mieścił się oddział, na którym leżał Brad.
Ludzie biegali. Pielęgniarki coś wykrzykiwali, policja kręciła się po korytarzu. Nikt nie zwracał na mnie uwagi, gdy szłam oszołomiona do jego pokoju. Nic nie rozumiałam. Dopiero słowa pielęgniarki tłumaczącej funkcjonariuszowi co się stało, sprawiło, że w mojej głowie wszystko stało się jasne.
Zajrzałam do pokoju przez uchylone drzwi.
-No po prostu... wieczorem jeszcze tu leżał... a dzisiaj jak przyszłam, to już go nie było...
Łóżko było puste.
"Co zrobisz, kiedy to wszystko się skończy?"
Wszystko będzie dobrze. Obiecuje. A ja obietnic dotrzymuje.
Gdy tylko to powiedziała, powiedziałem sobie, że muszę cię chronić.
Oni nie ścierpią tego, że winny zostanie na wolności.
"Wyjadę. Sam."
Moje usta rozciągnęły się w smutnym uśmiechu. Kolejna cześć mnie odeszła bez pożegnania. Bolało. To tak, jakbyś darzył kogoś uczuciem przez wiele lat i niedawno sobie zdał sprawę z tego, że już go nie kochasz. Te łzy, gdy sobie to uświadamiasz, gdy wmawiasz sobie, że przecież coś tak wielkiego, silnego i pięknego nie może skończyć się rozstaniem. Ale tak jest. I z każdą blizną stajemy się silniejsi, dojrzalsi... Dostałam to, czego chciałam. Życie, bez osób, które zaprowadziły w nim chaos. Ale myślę, że nie odeszły tak naprawdę. Zostanie jakiś ślad. Zawsze zostaje. Pozostaną myśli, do których mogę powrócić. To tak jak przypomnieć sobie czasy, znajdując starą fotografię w wytartych, niemodnych jeansach. Z jednej strony żałujemy, że to minęło, a z drugiej strony to lepiej, bo dzięki tym zdarzeniom jesteśmy tymi osobami, które jesteśmy. Każda decyzja nas tworzy. Problem pojawia się wtedy, gdy sobie tego nie uświadomimy. Gdy nie zaakceptujemy siebie, swoich decyzji i swojej przeszłość. Ja się tego uczę. Wy też powinniście. Zróbmy to razem.
Nie bądźmy więźniami własnego umysłu.

1 komentarz:

  1. Głębokie.. ouch.. touche.... chyba najlepsze z wszystkiego co napisałaś
    Braduś spierniczył do Liverpoolu i chowa się w pokoju Bre. I know it.
    i co ja teraz będę robić? wszystkie ff mi się skończyły, ew :(
    ~Klaudia

    OdpowiedzUsuń